"Czarodziejski flet" w reż. Jerzego Lacha w Warszawskiej Operze Kameralnej. Pisze Jacek Marczyński w Ruchu Muzycznym.
Dziwne, że nikt wcześniej nie wpadł na pomysł wykorzystania dla opery dziedzińca pałacu w Wilanowie. Jego fasada może być tłem dla wielu spektakli. Jest też wystarczająco dużo miejsca, by zbudować widownię, a oddalenie od ruchliwych ulic sprawia, że nie przeszkadza samochodowy hałas. Można, co prawda, zapytać, jak do Czarodziejskiego fletu przystaje architektura XVII-wiecznej rezydencji królewskiej, ale tę operę Mozarta inscenizowano już na tysiące sposobów. Realizatorzy wciąż próbują rozwikłać sens opowieści, pozornie prostej, a obdarzonej tyloma zagadkami. A może nie należy zagłębiać się w jej symbolikę i zastanawiać się nad nielogicznościami akcji lub niedookreśleniem postaci? Trzeba całą historię opowiedzieć wartko i atrakcyjnie. Takie założenie przyjął reżyser Jerzy Lach, który pamiętał, że widowisko w plenerze rządzi się innymi prawami niż tradycyjny spektakl. Jeśli miałbym powiedzieć, o czym był Czarodziejski flet w