22.05.2019 Wersja do druku

Królestwo zeza

Zacznę od tego, że "Królestwo" w reżyserii Remigiusza Brzyka oglądałem lekko zezując. Jednym okiem śledziłem adaptację i inscenizację miniserialu Larsa von Triera. To oko przymykało się z nudy. Drugie zaś z zaciekawieniem śledziło kontekst wydarzeń na scenie - funkcjonowanie zespołu aktorskiego Starego Teatru pod rządami rady artystycznej. Rozdwojenie spojrzenia jest męczące, ale na dłuższą metę konieczne, aby zrozumieć, o czym się opowiada przy placu Szczepańskim - pisze Piotr Urbanowicz z Nowej Siły Krytycznej.

"Królestwo" to spektakl nierówny. Paradoksalnie to, co miało być jego siłą, czyli adaptacja kultowego serialu sprzed niemal ćwierćwiecza, okazuje się jego słabością. Dzieje się tak z kilku zasadniczych względów. Osadzoną w duńskim szpitalu fabułę Larsa von Triera zasila napięcie między pozorną rutyną pracy lekarzy a nieodgadnioną tajemnicą. Odcinki przenika atmosfera dziwności. Przekłada się ona na relacje między bohaterami, objawia się w absurdalnych sytuacjach, destabilizuje pozornie realistyczny sposób obrazowania. Trzeba dodać, że dziwność wyraża się zarówno w grotesce, jak i grozie. Płynność przechodzenia między jednym rejestrem a drugim jest, moim zdaniem, najbardziej porywającą cechą estetyki filmu. W ten sposób może wyjść na jaw to, co ukryte. Jak bowiem przypomina czołówka każdego z czterech odcinków pierwszej serii serialu, szpital "Królestwo" zbudowany został na mokradłach, gdzie ludzie bielili płótna mocząc je w st

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał własny

Autor:

Piotr Urbanowicz

Data:

22.05.2019

Tematy w toku

Realizacje repertuarowe