Przedstawienie Chopin kontra Szopen niewiele ma wspólnego z okolicznościową wieczornicą z okazji 200. rocznicy urodzin Naszego Wielkiego Kompozytora, który - jak wiemy - w swoich utworach "ukrył armaty wśród kwiatów".
Chociaż akademia na cześć stanowi niewątpliwie jedno ze źródeł inspiracji, a scenariusz spektaklu jest typowym dla akademii kolażem, bowiem wszystko teksty, które padają ze sceny, pochodzą z niezmiernie bogatej literatury na temat Chopina. Nie chodzi także o to, by na siłę odbrązowić postać artysty, dzięki któremu wszak "ludu polskiego łzy porozrzucane po polach w diademie ludzkości się zebrały" (Cyprian Kamil Norwid). Jakkolwiek obrazoburczo by to zabrzmiało, postać Chopina potraktowana została jako pretekst, jako rodzaj soczewki, ogniskującej naszą polską skłonność do żywienia się sztucznie wykreowanymi pięknymi fikcjami, do szukania duchowych protez. Przywołane w spektaklu mniej lub bardziej znane fakty (i liczne zmyślenia) z biografii artysty więcej bowiem mówią o nas, Polakach, o naszych traumach, osobistych i narodowych niespełnieniach i wynikającej stąd nieodpartej potrzebie mitologizowania rzeczywistości. Punktem wyjścia