Logo
Aktualności

Kraj. „Ucieczka z kina »Wolność«” ma już 35 lat

15.10.2025, 08:22 Wersja do druku
Inne aktualności

35 lat temu, 15 października 1990 r. odbyła się premiera filmu „Ucieczka z kina »Wolność«” w reżyserii Wojciecha Marczewskiego. To z pozoru film o cenzorze, ale ta opowieść może również dotyczyć każdego z nas – powiedział PAP artysta.

„Wolność prasy i zgromadzeń przysługuje wyłącznie tym, którzy mają odpowiedni stosunek do Polski” – ogłosił w maju 1945 r. Jakub Berman z Biura Politycznego Komitetu Centralnego PPR. Wypowiedź ta odzwierciedlała politykę, za pomocą której władza zamierzała formować odpowiednie, jej zdaniem, postawy wśród obywateli. W tym celu powstał Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który pod nieco skorygowaną później nazwą, przetrwał aż do 11 kwietnia 1990 r.

Kontrola ta miała w PRL-u charakter prewencyjny i obejmowała niemal wszystkie dziedziny życia społecznego. Przez cenzorskie ręce przechodziły publikacje prasowe, naukowe, kulturalne – w zasadzie wszystko, co miało się ukazać, musiało uzyskać odpowiednią aprobatę. „Cenzura PRL-owska przede wszystkim była wszechogarniająca, obejmowała wszystko” – powiedział w 2015 r. w rozmowie z PAP historyk, prof. Andrzej Friszke.

Szacuje się, że w ostatniej dekadzie istnienia PRL funkcjonowało około 350 cenzorów. Jedną z takich osób jest Rabkiewicz (Janusz Gajos) – fikcyjna oczywiście postać z filmu Wojciecha Marczewskiego „Ucieczka z kina »Wolność«”. Podczas seansu filmu „Jutrzenka” dochodzi do sytuacji, która wydaje się nieprawdopodobna. Aktorzy zamiast odgrywać przypisane im role, zaczynają toczyć między sobą prywatne rozmowy, wciągając w nie skonsternowaną publiczność. Niebawem w kinie „Wolność” pojawia się rzeczony cenzor.

- W swoich filmach zawsze starałem się stawiać na człowieka. „Ucieczka z kina »Wolność«” to z pozoru opowieść o cenzorze, ale może ona dotyczyć również każdego z nas – podkreślił w rozmowie z PAP Marczewski. - Ma nas zachęcić do stawiania sobie pytań, o własną uczciwość, odwagę, przyznania się do błędów, które zazwyczaj staramy się ukryć. Skłonić do spowiedzi wobec samego siebie. Każdy z nas ma coś do rozstrzygnięcia – dodał.

Oprócz Gajosa na ekranie oglądać możemy m.in. Teresę Marczewską, Michała Bajora, Artura Barcisia, Piotra Fronczewskiego, Władysława Kowalskiego, Krzysztofa Wakulińskiego i Zbigniewa Zamachowskiego. „Ucieczka… rodziła się dość długo, chyba mniej więcej od połowy lat osiemdziesiątych. Wreszcie nadszedł rok 1988, może 1989, kiedy poczułem, że dojrzałem, by zrobić ten film” – wspominał reżyser w książce Jacka Wakara „Przyczajony geniusz Janusz Gajos. 21 opowieści”.

„Sytuacja na zewnątrz też zaczęła umożliwiać realizację filmu o całym naszym pokoleniu. O ludziach, którzy w tamtym systemie coś stracili, gdzieś się zagubili, czegoś im nie starczyło, a może nie mieli dość siły na to, żeby zupełnie czysto wyjść z tej sytuacji. Jako postać główną wybrałem cenzora, ponieważ miałem poczucie, że to przez lata był nasz największy wróg, a przy tym najbardziej oczywisty” – zaznaczył Marczewski.

Rabkiewicza poznajemy jako cyniczną i uwikłaną w państwową machinę kontroli postać, która jednak nie zawsze taka była. Zanim został cenzorem, pracował jako dziennikarz i ceniony krytyk. Jego przychylna przed laty recenzja pozwoliła zaistnieć aktorce grającej obecnie w „zbuntowanym filmie”. „Mój cenzor kiedyś był poetą, krytykiem teatralnym, kiedyś był po drugiej stronie i marzył, że będzie robił coś pięknego, a jednak znalazł się w innej sytuacji. Wiedziałem, a może tylko przypuszczałem, że jest to sytuacja bardzo często spotykana w moim pokoleniu. Chcielibyśmy być piękniejsi, bardziej odważni. To nie dotyczy tylko cenzora…” – tłumaczył artysta we wspomnianej książce.

Ta uwaga wydaje się kluczowa dla recepcji filmu, który z jednej strony jest mocno osadzony w peerelowskiej rzeczywistości, z drugiej porusza problem uwikłania jednostki i dokonywanych przez nią wyborów. „Czy ja, gdyby moje życie inaczej się potoczyło, ojciec był innym ojcem, bracia byliby członkami ZMP, partii, gdybym miał inne książki w domu, to czy byłbym takim samym człowiekiem, czy istnieje możliwość, że znalazłbym się po drugiej stronie. Wyszedłem z założenia, że to byłoby możliwe. I czy to oznacza, że byłbym tak do końca świnią? Pisząc to, próbowałem wyobrazić sobie siebie jako tego cenzora” – wyznał w rozmowie z „Dziennikiem” reżyser.

Zdaniem pisarza i scenarzysty Jana Józefa Szczepańskiego swoim filmem Marczewski „zaskoczył polską publiczność nową formułą rozrachunku”. „Jego »Ucieczka z kina Wolność« jest komedią, ale komedią osobliwą, wzbudzającą więcej niepokoju niż wesołości (…). Rzecz polega na zbudowaniu filmowej iluzji przez wprowadzenie kina w kinie i równouprawnienie obu fikcyjnych rzeczywistości poprzez przyznanie tej drugiej scenicznej autonomii” – recenzował na łamach „Filmu”.

„Wątek »zbuntowanego ekranu« spełnia tutaj rolę alegorycznego sumienia. Swoista perfidia alegorii polega na tym, że jej adresatem i ofiarą jest cenzor, a więc ktoś, czyim obowiązkiem jest pilnowanie ustalonej urzędowo jednoznaczności wszelkich zjawisk i treści życia” – podkreślił Szczepański, który co warto zaznaczyć sam był ofiarą peerelowskiej cenzury.

Zdaniem Damiana Jankowskiego kontekst cenzury i sposób jej przedstawienia był w tamtym czasie dla Marczewskiego bardzo istotny. Jankowski zwraca uwagę na podjętą przez reżysera grę z konwencją, a także nawiązanie do twórczości Woody’ego Allena i jego „Purpurowej róży z Kairu” (1985). - U Allena było to jednak przedstawione w sposób bardziej klarowny, jako refleksja o kinie, życiu, o miłości. Film Marczewskiego jest bardziej skomplikowany, głębszy, pełen odniesień do jego wcześniejszej twórczości. Jednocześnie bardzo dobrze zrobiony od strony technicznej – zaznacza krytyk w rozmowie z PAP.

- Nie jest to jednak film dla każdego - taki, który ma się za wszelką cenę widzowi spodobać. Co prawda on się spodobał, ale bardziej w pewnych niszach, nie na masową skalę. „Ucieczka z kina »Wolność«” ma skłaniać do refleksji, wywołać określony efekt i uważam, że tak się dzieje. Osobiście zaliczam ten film do ważniejszych obrazów polskiego kina – podsumowuje Jankowski.

Takie zamierzenie jest charakterystyczne dla myślenia Marczewskiego o kinie. „Film, naprawdę dobry film, nie kończy się wraz z napisami końcowymi i opuszczeniem sali kinowej. Żyje w odbiorcy, pulsuje, daje do myślenia, powraca po latach, wreszcie – czyni go lepszym człowiekiem” – opowiadał reżyser w rozmowie z „Więzią”.

„Należę do generacji, która wierzy, że sztuka potrafi zmieniać życie, że nie jest zabawką, która nie pozostawia u odbiorcy emocjonalnych czy intelektualnych śladów. Obejrzane filmy i przeczytane książki ukształtowały mnie jako człowieka. Jeśli na przykład udałoby nam się uratować z tonącego statku, to ten moment zostanie w nas do końca życia. Wierzę, że podobną moc może mieć obcowanie ze sztuką” – podsumował Marczewski.

Tadeusz Sobolewski zwrócił z kolei uwagę na odniesienia do klasyków literatury, a konkretnie „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa. „Mamy wrażenie, jakby na naszych oczach zwijała się cała ta fantastyczno-groteskowa fabuła rodem z Bułhakowa i Woody'ego Allena. Wracamy do rzeczywistości. Więc nie wystarczy być solidarnym z buntownikami, aby oczyścić się z win?” – recenzował na łamach „Kina” Sobolewski.

11 czerwca 2012 r. w warszawskim kinie Kultura odbyła się premiera zrekonstruowanej cyfrowo wersji. „Myślę, że prawda życia, prawda ekranu polega na tym, że prawdziwy cenzor wyraził się negatywnie o scenariuszu, a filmowy cenzor przyjął prawie na klęczkach scenariusz. Przeczytałem go w jeden wieczór i stwierdziłem, że to jest taka szansa, która się bardzo rzadko zdarza. (…) Uważam go za jeden z najważniejszych w moim życiu zawodowym” – powiedział wówczas Janusz Gajos.

„Okazuje się, że film opowiada o jeszcze czymś innym: że przejść na drugą stronę barykady jest trudno, że się to może udać, ale jest tam również ostrzeżenie, że nie będzie tak łatwo. No i doświadczamy tego do dziś” – zaznaczył odtwórca roli cenzora.

Źródło:

PAP

Sprawdź także