"Zielony wędrowiec" w reż. Krzysztofa Raua w Białostockim Teatrze Lalek. Pisze Jerzy Szerszunowicz w Kurierze Porannym.
Przedstawienie jest tak wielkiej urody plastycznej, że wiele można mu wybaczyć. Na przykład nieco przywiędłe przesłanie czy piosenki na granicy słyszalności. Scenograf Wojciech Stefaniak napracował się, a efekty jego trudu są imponujące. Zaprojektował postaci zwierząt balansując na pograniczu realizmu i wyobrażeń symbolicznych. Ciało zharmonizował z kostiumem, ale nie ukrył aktora. Kostiumy Stefaniaka to formy zatrzymane w pół drogi pomiędzy pełnym przebraniem (w którym aktor jest tylko maszynerią napędzająco-gadającą) a lalką. Najciekawszy pod tym względem jest chyba ślimak. Aktor ma muszlę zamocowaną na plecach, natomiast mordka i oczy to pacynka - lalka wdziewana na dłoń, jak rękawiczka. Dobrym przykładem pomysłowości i wyobraźni scenografa jest też zając, którego uszy umieszczono jako... przedłużenie dłoni aktora. Gdy trzeba zagrać zająca, wystarczy podnieść dłonie do głowy. Szare gadanie Szary Stworek z szarej Stworii