„Ciało i krew albo niewypowiedziane” w reż. Iwony Kempy w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Pisze Agnieszka Loranc w Teatrze dla Wszystkich.
Czy Iwona Kempa odmieniła już kobiecość przez wszystkie przypadki? Reżyserka i jej (w większości) stały zespół realizatorsko-aktorski tym razem przyglądają się kwestii tabuizowania kobiecej cielesności z kilku perspektyw. Ciało i krew albo niewypowiedziane to energia rozkwitów i blednięcia, dojrzewanie: płciowe, do ról społecznych, ale także do samoświadomości. Wszystko to zamknięte w zwięzłej, kilkuaktowej strukturze opatrzonej prologiem i epilogiem.
Prolog to ekspresowy skrót tego, co kobiety sądzą o swoich ciałach, o czym mówią światu, a czym niechętnie się dzielą. Tytułowa deklaracja własności – „Moje ciało” – okazuje się grą pozorów, w której kobiece „ja” staje się wątpliwe, chwiejne, poddawane dyskusji, okrywane płaszczem wstydu karmionego patriarchalną trucizną. Opowiadają o tym figury napisane przez Kempę i dramaturżkę Annę Bas, choć są to przecież prawdziwe herstorie, w które aktorki przelały także cząstki własnych doświadczeń. W końcu postaci nie należą do kategorii fikcji: Dorota Godzic to Dorota, Martyna Krzysztofik to Martyna, Anna Tomaszewska to Anna, a Katarzyna Zawiślak-Dolny to Katarzyna.
O naturze mówi się jako o matce, dlatego kolejne akty–pieśni opatrzone są nazwami pór roku. „Wiosna” odsłania moment, w którym ciało po raz pierwszy ujawnia swoją kobiecość. Menstruacja – krew będąca oczyszczeniem i odnową – staje jednocześnie naprzeciw wiekowym zabobonom. Ta sama substancja, która ma w sobie życiodajną siłę, bywała powodem do izolacji społecznej, lęku, obrzydzenia, zepchnięcia do „mysiej nory”. „Lato” odnosi się do doświadczeń ciąży, lecz nie tej pomyślnej. Bohaterki czynią intymne wyznania o zmaganiach, możności i niemożności zajścia w ciążę, o przypadkach jej niedonoszenia, o ulotnych radościach z jej posiadania. To swego rodzaju przesłuchanie: aktorki kolejno zasiadają na krześle okalanym zimnym, ostrym światłem, a kamera w przybliżeniu ukazuje emocje na ich twarzach. „Jesień” staje się emblematem menopauzy – stadium, które język publiczny określa pogardliwie „przekwitaniem”. Ale jesień u Kempy nie jest jedynie spokojnym opadaniem liści. To raczej wewnętrzny żywioł, gwałtowna przemiana. Nie bez przyczyny przecież żeńskimi imionami nazywane są największe huragany. „Zima” domyka cykl. Starzenie dotyczy każdego, ale w przypadku kobiet obarczone jest intensywniejszą społeczną kontrolą. To pora, w której ciało „przestaje być widziane”. Kempa dotyka tej niewidzialności z wyczuciem – jako stanu, który może zacząć się na długo przed kresem życia.
Można powiedzieć, że spektaklom Kempy towarzyszy pewna tendencyjność. Dla niektórych ta schematyczność formalna staje się jednak przestrzenią bezpieczeństwa i rozpoznania. Ciało i krew albo niewypowiedziane traktuję jako przedłużenie Szczelin istnienia, również granych w Domu Machin. Tym razem widowni – zamiast żurku – podawana jest aromatyczna herbata; powracają też echa esejów Jolanty Brach-Czajny i odniesienia do twórczości Emilie Pine. Duet dramaturgiczny Kempy i Bas doskonale wie, co wydobyć z tekstów, jak umieścić je w kontekście scenicznym oraz jak przedstawić historie z humorem, ale i z odrobiną goryczy.
Scenografia Jolanty Zemanek w spektaklach Iwony Kempy ma zwykle formę bardzo prostą, a przez to wymowną. Tu tworzą ją dwie prostokątne, marmurowe ławy w piaskowym odcieniu. Gdy bohaterki na nich zasiadają, przywodzą na myśl posągi antycznych bogiń. Ta refleksja wypływa przede wszystkim z podobieństwa nadgryzionych przez czas rzeźb – niekiedy bez kończyn, z deformacjami i defektami – do bohaterek, które na różnych etapach życia wchodzą na piedestały kobiecości i z nich schodzą, doświadczając przemian psychicznych, fizjologicznych i fizjonomicznych. Uzupełnieniem spektaklu jest warstwa dźwiękowa. Na scenie performuje zespół „Chłopki” – Adrianna Kania, Magdalena Mayer i Joanna Zemanek – wykonujący muzykę na żywo. Kontrabas, wiolonczela, bębny i lira korbowa tworzą puls będący podporą dla białego śpiewu bohaterek: czystego, przenikliwego, odsyłającego do korzeni i pierwotnego doświadczenia wspólnoty.
Czy więc Iwona Kempa odmieniła kobiecość przez wszystkie przypadki? Z pewnością jeszcze nie, bo wciąż zbyt wiele pozostaje w cieniu. Społeczne niedomówienia i tabu nadal domagają się wysłowienia i przepracowania. I może właśnie Dom Machin stanie się na dobre Domem Iwony Kempy – przestrzenią, w której poznamy kolejne odsłony herstorii dopiero zaczynających wybrzmiewać pełnym głosem.
9/10