Prawdę mówiąc, bez niewoli nie byłoby nigdy ostatecznego rozwiązania.
Albert Camus
Okazuje się, że Schiller, ten stary szlachetny marzyciel jest znacznie trudniejszym do wystawienia autorem dramatycznym aniżeli Samuel Beckett. Złudzenia są wzniosłe, ale ich brak upraszcza znacznie sytuację. Przy Schillerze u Becketta wszystko wydaje się jasne, z wyjątkiem sensu, natomiast w "Don Karlosie" sens jest wprawdzie jednoznaczny, ale za to sztuka mętna. Beckett jest współczesny aż do ostateczności, to znaczy do przyjęcia, z Schillerem są już kłopoty - czcigodny klasyk, którego jednak nie wypada nie grać. I nawet nie to jest problemem, czy wprowadzić na scenę Schillera, ale jak go grać, by przystał jakoś do naszej dwudziestowiecznej wiedzy o człowieku i historii. Na widowisko ściśle historyczne "Don Karlos" jest za nudny, znamy lepiej od Schillera wszelkie trudności władzy i nie możemy ulec jego złudzeniom, że szlachetność jednostki może przekształcić historię. Również i krzyk margrabiego Pozy o wolność myślenia wydaje się pozbawio