27.05.1987 Wersja do druku

Justyna czyli niedole teatru

Niestety wiosna nie jest najlepszą porą roku ani dla mnie, ani, jak się okazuje, dla teatru. Przesilenie daje się dotkliwie we znaki, dopadając nas w najmniej spodziewanych momentach. Podejrzewam, że dyrekcja Teatru Polskiego decydująca się na wystawienie sztuki markiza de Sade pt. "Justyna czyli niedole cnoty" liczyła na pewien sukces. Faktycznie nazwiska na afiszu (z autorem na czele) zdają się gwarantować więcej, niż odpowiedni poziom. Jednym słowem było wszystko co potrzebne do powtórzenia, na skalę kameralną, powodzenia "Kandyda". Z kobietami jest jednak ...jak z kotami. "Justyna" postanowiła pójść własną drogą i broń Boże nie pokalać swej cnoty rozgłosem, sprzedając swe wdzięki na scenie dość oszczędnie i oględnie. Nazwisko markiz de Sade już u współczesnych mu obrastało niezdrową legendą. Publicznie potępiony z powodu skłonności do erotycznego okrucieństwa (oprócz biczowania bardzo lubił wlewać gorący wosk do świeżych ran) za

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Justyna czyli niedole teatru

Źródło:

Materiał nadesłany

"Słowo Polskie" nr 121

Autor:

Roman Różański

Data:

27.05.1987

Realizacje repertuarowe