- Jestem ciągle pod wielkim wrażeniem Lecha Wałęsy, jego siły i parcia do przodu. To jest tak, jak mówi mój bohater: ja muszę ciągle walczyć. Mnie takie postawy imponują i odpowiadają zwłaszcza w społeczeństwie, które coraz częściej kładzie uszy po sobie i wybiera postawy konformistyczne - Jerzy Stuhr, wybitny aktor mówi Jackowi Cieślakowi o tytułowej roli w "Wałęsie w Kolonos". Premiera w sobotę we Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie.
Rzeczpospolita: Co sprawiło, że zdecydował się pan zagrać w spektaklu Bartosza Szydłowskiego w Łaźni Nowej na podstawie tekstu Kuby Roszkowskiego, który przenosi polskie konflikty w wymiar greckiej tragedii? Jerzy Stuhr: Komentuję współczesne tematy w mediach - prywatnie, w garniturze, pod krawatem - i robię to z powodu mojej obywatelskiej postawy. Jednak czuję się przede wszystkim artystą i chcę wypowiadać się poprzez sztukę, na scenie. Miałem ostatnio wrażenie, że jak opisywał to Witold Gombrowicz, "ciamkamy" tylko, zamiast skonstruować poważną artystyczną wypowiedź. Domagałem się jej od moich studentów, byłych i obecnych, argumentując: "Nie ciamkajcie, tylko powiedzcie wszystko wprost, odważnie jak Smarzowski czy Pasikowski. Idźcie nawet dalej w opowiadaniu o tym, co nas otacza i jaki jest wasz stosunek do tego!". I nareszcie kogoś namówiłem. Mój były student Kuba Roszkowski i Bartosz Szydłowski spłodzili taką sztukę, na jaką czekałe