Oglądając premierę w odnowionej przestrzeni Teatru Nowego, z nostalgią myślałam o obskurnej salce w Domu Kultury Dąbrówka. To tam widziałam w zeszłym sezonie pierwszą część tryptyku Martina McDonagha - "Królową piękności z Leenane".
Nie mogę jej zapomnieć do dziś. Wraca do mnie scena po scenie, zdanie po zdaniu. Codzienna, zwyczajna nienawiść sączyłaś się w przedstawieniu Roberta Glińskiego kroplami, a te krople wypalały dziury w ciałach, sercach, mózgach. A potem cholernie chciało się żyć i kochać. "Samotny zachód" - najnowsza premiera Nowego - jest kolejną częścią leenańskiego tryptyku Martina McDonagha, młodego irlandzkiego dramaturga. Intryguje mnie ta miejscowość, intrygują jej mieszkańcy. Fascynuje spojrzenie autora na ludzi: ich ponurą codzienność i kaleką odświętność, ich zalety i wady, ich tragedie, nieszczęścia i klęski, spojrzenie na niemożność znalezienia się w świecie. McDonagh w odróżnieniu od większości młodych współczesnych dramaturgów naprawdę lubi ludzi, jest z nimi w bliskiej relacji: daleki zarówno od potępiania, jak i wynoszenia na piedestał. Daleki od ferowania jakichkolwiek wyroków. Bohaterowie "Samotnego zachodu" są sąsiadami post