- Mam w sobie coś z belfra - przekonywał, dworując sobie z osób zadających gwałt językowi polskiemu, Jacek Fedorowicz, który był gościem cyklu Niny Repetowskiej "Ludzie estrady" - pisze Wacław Krupiński w Dzienniku Polskim.
Trzeba być osobowością na miarę tego artysty, by trzymać w ręku kartki z tekstami (acz z nich nie czytał!), by ostentacyjnie spoglądać na zegarek (- Będę sprawdzał czas, żeby państwa nie zanudzić tym moim gadaniem) i nie irytować takim mało scenicznym zachowaniem. O nudzie zresztą nie było mowy. Fedorowicz zjadł zęby na estradzie, zatem świetnie wie, jak ograć puentę, jak rozłożyć akcenty, jak skontrastować tonację bardziej serio i tę lżejszą. I niezmiennie umie wyłapywać nasze słabostki, śmiesznostki, bezsensy. Mimo drugiego członu w nazwie cyklu - "Śpiewane rozmowy" - piosenek nie było (- Ja mam bardzo słaby słuch, jeśli gdzieś tam czasami w radiu czy w telewizji pojawiałem się jako niby śpiewający, to była to udawanka, oszustwo, poprzedzane długimi godzinami spędzonymi w studiu, gdzie wszyscy obdarzeni dobrym słuchem już mdleli z wyczerpania...), ale rozmowa jak najbardziej. O Bim-Bomie, gdzie Fedorowicz zaczynał, o wizytach