"Opowieści o zwyczajnym szaleństwie " w reż. Waldemara Śmigasiewicza w Teatrze Powszechnym w Łodzi ocenia Leszek Karczewski.
Waldemar Śmigasiewicz szukał w tekście Zelenki prawdopodobieństwa. I znalazł - ale jakim kosztem... Otworzyć "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" kluczem obyczajowym - to oglądać nudę i marazm. Oddać je środkami realistycznymi - to zająć widzom naprawdę sporo czasu. By "walc samotnych" - Piotra (Marek Bogucki) i jego sąsiadów - mógł toczyć się we właściwym sobie rytmie: polegiwanie w łóżku, rozmowa telefoniczna, kłótnia, polegiwanie, rozmowa... Gorzej, że wówczas spółkowanie z odkurzaczem, z umywalką, z manekinem, pod przynoszącym rozkosz wzrokiem obserwatora, staje się przede wszystkim dewiacją, a nie znakiem alienacji. Tekst Zelenki wiele na tym traci. A jego filmowa narracja, rozbijająca wątki na mikroscenki, nie ma teatrowi wiele do zaoferowania. Już jego dramatyczność jest wątpliwa. Wewnątrz tego dyskusyjnego zamysłu Waldemara Śmigasiewicza migoczą jednak świetne pomysły. Choćby parodia chwytu charakteryzowania postaci przez