Do miasteczka przyjechał rewizor. Ten fakt równie zabawny, co w "Rewizorze" wyczerpuje jednak analogie między "Imieninami", a kapitalną komedią Gogola. A nawet w pewnym sensie uwypukla różnicę między obu sztukami, podkreśla usterki kompozycyjne farsy Skowrońskiego i Słotwińskiego. Komiczne "qui pro quo" stanowi tu nie punkt wyjścia dla dalszej akcji, czy dalszych nieporozumień, lecz jest punktem kulminacyjnym sztuki. Kacyk jest już zdemaskowany, a przed publicznością dostatecznie ośmieszony i z góry wiadomo jaki los go w końcu spotka. To, że musimy czekać na finał jeszcze półtora aktu usprawiedliwiają dalsze perypetie nie dyrektora Puchalskiego, a raczej wątek miłosny i kwestia, jak ten wątek zostanie rozwikłany. Lecz pierwsza część sztuki bawi nas świetnie swym humorem i prawdziwie satyrycznym zacięciem. Bo "Imieniny pana dyrektora", to przede wszystkim satyra, godząca w różnego rodzaju "dygnitarzy" i sobiepanów, wyszydzająca bezl
Tytuł oryginalny
Imieniny pana dyrektora
Źródło:
Materiał nadesłany
"Gazeta Pomorska"