01.04.2010 Wersja do druku

I po PPA

Cieszę się bardzo, że opiniotwórcze media zajęły się nami, choć irytuje sytuacja w mediach publicznych, które nie mają już ponoć pieniędzy na rejestrację festiwalowych koncertów, czy relację radiową w ogólnopolskim programie. Przestańmy się oszukiwać i nazywać owe media publicznymi. Są to zwyczajne komercyjne przedsiębiorstwa, z misją niemające wiele wspólnego. Tym bardziej cieszą w tej sytuacji sympatyczne próby wspierania nas przez przyjaciół z "niższych pięter" Woronicza czy Myśliwieckiej - refleksje dyrektora Konarda Imieli po zakończeniu tegorocznego PPA we Wrocławiu.

Zakończył się festiwal. Zaczęła się wiosna. Okrzepłem trochę, wyspałem się wreszcie, pograłem z Michałem Juzoniem w badmintona i spieszę z kilkoma refleksjami. Jestem zadowolony z tegorocznej edycji PPA. Pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym diagnozującym rodzaj energii wyprodukowanej przez 9 dni niech będzie ostatni wieczór w Klubie Festiwalowym - capitolowym Ośrodku. Oto na tej naszej maleńkiej scenie: L.U.C, ZGAS, Leszek Możdżer, wiolonczelowe duo z Vagabond Opera, a jeszcze Natalka Grosiak, oszalały ze szczęścia Phil Fairweather (na co dzień występujący na wrocławskim Rynku), a między nimi niewielki człowieczek-lalka (którą niezwykle operował jeden z naszych młodych galowych rewolucjonistów) beztrosko zjeżdżający po wiolonczelowym gryfie i skaczący po możdżerowych klawiszach. To było jedno z wydarzeń PPA, swoisty bonus, suplement zrodzony samoistnie w ostatni festiwalowy wieczór. Mam świadomość, że nie wszystko udało się perfekc

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał nadesłany

Data:

01.04.2010