Teatr Telewizji pokazał na żywo trzy jednoaktówki Aleksandra Fredry. Nie te najbardziej wyrafinowane opowieści o ludzkiej naturze, typu "Zemsta" czy "Pan Jowialski", lecz małe wprawki; etiudy.
Zawsze pojawia się pytanie podstawowe: czy pokazano nam coś, co przetrwało próbę czasu. Weźmy jednoaktówkę "Świeczka zgasła" w reżyserii Jerzego Stuhra. Wtedy, w XIX w., opowiastka o pani i panu, którzy zmuszeni do wspólnego postoju po wypadku dyliżansu, najpierw się nie znoszą i kłócą, a potem zauważają swoje powaby, była odkrywcza. Nikt się wcześniej takimi obserwacjami ludzkich przywar i ułomności nie zajmował, zwłaszcza w Polsce. Potem opowiedziano nam jednak tysiące takich historii, pewnie zręczniej i z większymi komplikacjami. Mamy więc świadectwo nowatorstwa Fredry, ale co z tego, mógłby ktoś powiedzieć. A jednak twórca przetrwał próbę czasu, bo jego najbardziej błaha i oczywista opowiastka daje aktorom pole do popisu. Mogą się bawić tekstem. Szczególnie dobrze widać to było w wyreżyserowanej przez Jana Englerta, granej w tempie farsy, rozkosznej przebierance "Nikt mnie nie zna". Piotr Adamczyk, Janusz Gajos, Ewa Bułhak, rewela