24.06.2020, 17:52 Wersja do druku

Gosia Mielech: Uświadomienie sobie strachu to nabywanie odwagi

Gosia Mielech


- Dla tancerzy czas zatrzymania jest dodatkowo niekomfortowy: my musimy być cały czas w formie. To poniekąd jeszcze jeden rodzaj presji. Z jednej strony wydaje się, że może warto skupić się na poszukiwaniu inspiracji albo "planu B" na swoje życie. Z drugiej strony: w każdej chwili możesz wrócić do pracy, chcesz więc być w szczycie formy - z Gosią Mielech, artystką freelancerką rozmawia Hubert Michalak w cyklu "Rozmowy na czas kwarantanny" w portalu Teatrologia.info.

- Jestem z koronawirusem od samego początku dość "blisko".

Co masz na myśli?

- Przez cały styczeń byłam w Tajlandii na urlopie, tam usłyszeliśmy, mój partner i ja, o tajemniczym wirusie, zaczęliśmy śledzić temat - ja nie aż tak bardzo, on mocniej. Później okazało się zresztą, że pierwszy tajlandzki przypadek wirusa rozpoznano w wiosce, w której byliśmy, wyjechaliśmy dwa dni po wykryciu pierwszej osoby zarażonej. Stamtąd poleciałam do pracy do Singapuru, gdzie przypadków choroby było już sporo - około setki. Dzisiaj nie wydaje się to wiele, ale gdy wirus dopiero się rozprzestrzeniał, ta liczba mroziła krew w żyłach, zwłaszcza, że Singapur jest mały. By przekroczyć granicę musiałam składać oświadczenia, że nie byłam w Chinach i że jestem zdrowa, mierzono nam temperatury, maseczki były obowiązkowe. Ale można było pracować w teatrach. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności rozchorowałam się. Musiałam w połowie pobytu odwołać moje zajęcia, zamknęłam się w hotelu i odbyłam prywatną kwarantannę. Raczej nie był to koronawirus, jednak faktycznie byłam poważnie chora. W dalszych planach była Nowa Zelandia: miałam przez miesiąc pracować z tancerzami nad moim repertuarem oraz prowadzić zajęcia Gaga. Jednak ze względu na stan zdrowia z ciężkim sercem postanowiłam, że przekładam ten wyjazd i wracam do domu jak tylko będzie to możliwe.

Udało się bez kłopotu?

- Miałam szczęście: złapałam ostatnie miejsce w bezpośrednim samolocie z Singapuru do Warszawy i na przełomie lutego i marca wróciłam do Poznania. Tam miałam chwilę przerwy, bez zaplanowanych wydarzeń, co pozwoliło mi do końca wyzdrowieć. W marcu wznawialiśmy "Halkę wileńską" w reżyserii Agnieszki Glińskiej w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. I to tam, podczas próby, dowiedzieliśmy się, że ogłoszono lockdown. O 13:00 dostaliśmy informację od dyrekcji, że teatr jest zamykany. Musieliśmy się rozjechać do domów. Jestem wdzięczna losowi, że byłam w tym czasie w Polsce. Moi znajomi tancerze musieli zostać zagranicą - dwójka na przykład w Nowej Zelandii właśnie. Gdybym w Singapurze postanowiła lecieć na Antypody, również bym tam została. Oczywiście są gorsze miejsca, w których można utknąć...

Gdybym mógł wybrać miejsce na ziemi do przeżycia tego czasu, bez wahania wybrałbym Nową Zelandię.

- Nie wątpię. Jednak najlepiej spędzić ten czas w swoim domu. To, co się wydarzyło jest tak abstrakcyjne, że aż nie do pojęcia. W styczniu mój chłopak mówił "Nie wiem czy powinnaś lecieć do Nowej Zelandii, jak wrócisz do domu jeśli zamkną lotniska? Czy jesteś gotowa, by spędzić tam trzy miesiące?", ale wydawało się to nierealne. Rzeczywistość uległa błyskawicznej zmianie, to, co chwilę temu wydawało się nie do pomyślenia, nagle się wydarzało.

Pewne rzeczy jednak się nie wydarzyły...

- Zaplanowałam niemal wszystkie weekendy do końca roku. Miałam grać mój najnowszy spektakl "FearLess", zakwalifikowany do pokazów w ramach Polskiej Sieci Tańca. Wraz z managerką, Anną Wróblowską, opracowałyśmy w styczniu tournée. Na szczęście pokazy w ramach PST zostały przesunięte na drugą połowę 2020 roku, jednak kilka festiwali, na które zamierzałam pojechać, zostało definitywnie skasowanych. Planowałam również kilka wyjazdów z warsztatami, np. w Szkocji miałam ponownie poprowadzić zajęcia dla zespołu Scottish Dance Theatre. Nawiasem mówiąc, szkocki teatr tańca był jedyną instytucją, która wypłaciła mi honorarium; Szkoci uznali, że zapłacą teraz, a zajęcia przeprowadzę gdy tylko będzie to możliwe. To było miłe zaskoczenie, zwłaszcza że nawet największe instytucje nie wyciągają pomocnej dłoni do twórców. Wsparcie innego typu okazał wrześniowy Non Stop Festivalen w Norwegii. Tegoroczna edycja nie będzie odwołana, ale przeniesiona w rzeczywistość wirtualną. W związku z tym organizatorzy poprosili, bym przygotowała spektakl do pokazu w formie livestream. Transmisja ma być na żywo miksowana, żeby wrażenie żywego pokazu było jak najmocniejsze. Chcemy poprzez pewną surowość czy brak perfekcjonizmu maksymalnie zbliżyć się do efektu scenicznego. Trzeba będzie znaleźć przestrzeń, zespół realizacyjny - no i zatańczyć solo bez fizycznej obecności widowni, ale z wewnętrznym przekonaniem, że ona tam jest. To plan na wrzesień, ale już się na niego cieszę.

Gosia Mielech

 Twoje regularne zajęcia on-line mogą cię poniekąd przygotować do tego występu. Uczysz gagi, prowadzisz cykl M.O.V.E. (Movement Online Virtual Escape) oraz zajęcia GoPiYoga. Czy te działania zrodziły się pod wpływem pandemii, czy też planowałaś je już wcześniej?

- Nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym coś takiego zaproponować. Główną barierą był fakt, że dzieje się to na żywo. Zajęcia z GoPiYogi na przykład można nagrać, przygotować materiał idealny, z którego będę zadowolona - oczywiście kosztem prób, błędów i powtórek. Nie miałam jednak na to nigdy czasu. Skupiam się przede wszystkim na pracy twórczej i tańcu.

Praca na żywo była największą przeszkodą?

- W takiej sytuacji prowadzący jest w pewien sposób obnażony: nie można zmienić niczego co się powiedziało lub wykonało, każdy ruch jest oceniany przez grupę, w której część osób nie włącza kamerek, jest więc anonimowa. "Na żywo" oznacza w tym wypadku wyeksponowanie siebie - to mnie stresowało. Sama myśl, by się podjąć takiego działania sprawiała, że czułam napięcie. Byłam sceptyczna - i wiem, że wiele osób nadal uważa, że zajęcia on-line nie mają sensu. A jednak to działa. Szczególną wartość tych spotkań odkryć mogą osoby nieśmiałe, które próbują spotkań z ruchem po raz pierwszy. Forma zajęć daje komfort działania w bezpiecznej przestrzeni, np. we własnym pokoju, można wyłączyć kamerę, więc nikt nie obserwuje, zresztą i tak nie ma na to czasu. Zajęcia on-line mogą również spodobać się osobom zapracowanym: na pół godziny można się wyłączyć z codziennych działań, biorąc udział w zajęciach, tym samym odzyskując dla siebie przestrzeń i czas, a w dodatku nie trzeba dojeżdżać, zatem zysk czasowy jest realny. Mimo mojego sceptycyzmu lubię wyzwania, więc dwanaście tygodni temu stwierdziłam, że po prostu spróbuję. Od razu rzuciłam się na głęboką wodę proponując dwie lekcje Gagi dziennie - codziennie. To dużo. Potem, oczywiście, modyfikowałam plan: oprócz Gagi pojawiła się GoPiYoga i wspomniany przez ciebie cykl M.O.V.E. Stworzyłam go specjalnie na ten czas, ma pomóc radzić sobie z okresem pandemii, jego frustracjami i lękami, zaakceptować rzeczywistość i wszystko to, czego nie możemy zmienić. Jednocześnie chcę pomóc uczestnikom w nabieraniu odwagi do zmiany tego, co zmienić można. To bardzo indywidualne zajęcia, które i dla mnie są eksperymentem, a ich format ukształtował się samoistnie, podczas pracy. Nie spodziewałam się, że będę prowadzić zajęcia z taką ilością pracy z emocjami. Lubię fizyczność, nieśmiało podchodzę do rozmowy o emocjach podczas uczenia. Jednak okazało się, że właśnie te rozmowy są jednym z filarów zajęć. Wszystkie te propozycje, mam wrażenie, działają. Nie ma znaczenia, że nie jestem z uczestnikami w tej samej przestrzeni, bo więź i tak się wytwarza. Gdy uczę w rzeczywistości, spędzam z uczestnikami kilka godzin - i na tym kończy się nasza relacja. Teraz to się zmieniło, spotykamy się regularnie, niemalże każdego dnia. Mamy swoją podróż.

Jak reagują uczestniczki i uczestnicy tych zajęć?

- Jestem zaskoczona tym, że ani razu nie musiałam odwoływać spotkań. Zawsze ktoś ze mną jest, zawsze więcej niż trzy osoby. Są to głównie Polacy, bo prowadzę po polsku, ale jest i osoba z Nowego Jorku, która loguje się na polskojęzyczne zajęcia - wtedy oczywiście mówię po polsku i po angielsku. W piątki prowadzę zajęcia M.O.V.E. po angielsku, wtedy też spotykam się ze studentami z całego świata. Zależało mi na tym by zaoferować zamocowany w kalendarzu, stały rytuał poruszania się. Niekoniecznie ze mną - jeśli komuś spodobają się inne zajęcia to równie dobrze, ważne, aby ruch i taniec stał się dla nas codziennym rytuałem, bez którego dzień nie będzie kompletny. Feedback, jaki otrzymuję, jest piękny, głosy osób uczestniczących - bardzo pozytywne. Są wśród nich ludzie, z którymi już pracowałam, moi przyjaciele, osoby, z którymi się spotkałam, ale i i tacy, których nigdy nie poznałam w rzeczywistości, a teraz mamy bliską więź. Emocje się przenoszą, tworzymy społeczność połączoną ruchem i chwilą historyczną, bo Polka, Australijczyk czy Niemiec są w bardzo zbliżonej sytuacji. Dla mnie to wielki fenomen. Coraz częściej też słyszę zaniepokojone pytania "jak to będzie bez zajęć on-line?"!

No właśnie - zamierzasz kontynuować ten nurt pracy?

- Tak - jeśli będą chętni. Sama uczestniczę w zajęciach on-line, chciałam poczuć na własnej skórze jak to jest być w takiej sytuacji. Traktuję to jak edukację własną. Zależało mi, by sprawdzić, co jest ważne, co sprawia, że nawiązuję relację z nauczycielem, co nauczyciel musi mieć, bym chciała wrócić na jego zajęcia i nie czuła się na nich anonimową osobą z drugiego końca świata.

Jakie są te obserwacje?

- Główną rolę gra autentyczność nauczyciela. Nie mogę jako uczestniczka odnosić wrażenia, że prowadzący odgrywa spektakl - nie szukam performera tylko mentora. Dodałabym również spontaniczność i brak perfekcji, cechy, które trudno jednoznacznie nazwać, ale są do uchwycenia. Ponadto optymizm, którego potrzebujemy.

W jaki sposób wzbudzasz go u siebie wchodząc w rolę nauczycielki?

- Przede wszystkim czerpię przyjemność z ruchu oraz poszukuję takiego ruchu, dla którego przyjemność jest punktem wyjścia. On musi sprawiać radość, otwierać ciało, nie krzywdzić, wzmacniać. Poszukując szczęścia z bycia w ruchu, z researchu ruchowego, jestem w stanie skupić się na tu i teraz i na poszukiwaniu wolności. Ciało ma ogromny potencjał. Uwalniając je dokopujemy się do siły i jednocześnie zdajemy sobie sprawę z lęków i strachu, jawnych i ukrytych. Uświadomienie sobie strachu to nabywanie odwagi, kolejny etap radzenia sobie z niepokojem. Z tych właśnie powodów zależy mi, by podczas zajęć być w zgodzie z samą sobą, nie udawać. Czasem stosuję strategię coachingową fake it 'till you make it, dlatego, że pomaga. Niekiedy jestem bardzo zmęczona, brakuje mi inspiracji, świeżości, podróży, spotkania z człowiekiem, ruchu w grupie. Ale codzienne zajęcia stanowią ratunek dla mnie samej i jestem za nie ogromnie wdzięczna, bo wiem, jak czuję się przed nimi - a jak po nich. Doceniam codzienny, wartościowy ruch, który kreuje wyzwania, wzmacnia ciało, pokazuje słabości. Obserwuję, jak słabość staje się wyzwaniem, progiem do pokonania, górą, na którą możemy się wspiąć.

Czy udałoby się to osiągnąć w tradycyjnym trybie pracy?

- Wydaje mi się, że kłopotem byłaby regularność. Moja grupa odbiorców to ludzie z całego świata. Dzięki Internetowi mogę spotykać się codziennie z osobami, z którymi przed pandemią widywałabym się raz na kilka lat. Wystarczy mieć telefon czy komputer z dostępem do Internetu, nie trzeba dojeżdżać w konkretne miejsce, trzeba jedynie wygospodarować czas. Myślę, że w trybie przedpandemicznym taki rytuał, regularne spotkania, byłyby nie do utrzymania.

Regularność spotkań może nawet sprawiać, że twoi odbiorcy układają kalendarz w rytm spotkań z tobą.

- To się zdarza. Kilka osób, które pracują zdalnie z domu, powiedziało, że te zajęcia ratują je przed przepracowaniem.

A po uspokojeniu się epidemii - do jakiego teatru wrócimy? Jakie są twoje oczekiwania i nadzieje?

- Wydaje mi się, że temat epidemii i zamknięcia będzie towarzyszył twórcom jako motyw przewodni w ich działaniach kreatywnych. Możliwe, że wespół z tematem ucieczki i poszukiwaniem wolności. Oba te obszary są obecne np. w mojej pracy nad nowym spektaklem, którą kontynuuję mimo epidemii - i dzięki niej. Potrzeba wolności to temat inspirujący, staram się na niego patrzeć szeroko, dostrzec np. metaforyczne zamknięcia, wśród uprzedzeń czy wyimaginowanych przeszkód. No i mam nadzieję, że u publiczności pojawi się głód sztuki osiągalnej na odległość dotyku.

Prezentacje on-line to za mało?

- Nie obejrzałam żadnego spektaklu pokazywanego teraz w internecie. Jestem w stanie oglądać zapis przedstawienia pod warunkiem, że wcześniej obejrzałam ten spektakl z widowni. Wtedy łączę wrażenia z obu sytuacji, mogę powrócić do wspomnień. Ale świadomość istnienia cyfrowej alternatywy jest pocieszająca: jeżeli poczułbyś krańcowy głód teatru, masz opcję awaryjną. Nie musisz z niej korzystać, ale ona istnieje - i to jest kojące. Jednak wiemy oboje, że nawet rewelacyjne pod względem technicznym nagrania nie wytrzymują porównania z żywym teatrem. Emocje czy dramaturgia w teatrze są zaprojektowane inaczej niż np. w dziele filmowym. Potyczki sceniczne, zmęczenie tancerza, realność sytuacji - to ściśle teatralne doświadczenia, nie do odzwierciedlenia w sieci. Mam nadzieję, że nastąpi głód prawdziwości wśród widzów. Jednak co do samego funkcjonowania teatrów w przyszłości - jestem przerażona.

Czy twórcy z innych krajów dzielą podobne niepokoje i nadzieje?

- Nie mam całościowego oglądu sytuacji, mogę się podzielić spostrzeżeniami osób, z którymi jestem w kontakcie. Moi nowozelandzcy studenci wrócili na uczelnię a teatry wróciły do prób. Tam wsparcie dla kultury jest ogromne. Fundusze są nieporównywalne z polskimi czy nawet europejskimi - Nowa Zelandia hołduje sztuce i pielęgnuje kulturę. Z kolei w Europie większość moich przyjaciół tancerzy jest wciąż w trakcie lockdownu. W Wielkiej Brytanii na przykład wszystko stoi pod wielkim znakiem zapytania - choć finansowo artyści są lepiej zabezpieczeni niż w Polsce. Większość teatrów europejskich jednak wciąż nie funkcjonuje. Z kolei izraelska Batscheva Dance Company powoli wraca do pracy, tancerze pracują w studiach. W tym roku nie będą mieli wakacji, kasują letnie urlopy i przedłużają sezon. Tancerze z tego zespołu pochodzą z różnych stron świata, nie mogą teraz tak po prostu odwiedzić rodziny w np. USA czy Kanadzie. Będą mieli za to dłuższy urlop w okolicy Bożego Narodzenia. Myślę, że przedłużenie sezonu ma sens: ludzie, którzy kochają swoją pracę, pragną do niej wrócić i pracować jak najwięcej. Dla tancerzy czas zatrzymania jest dodatkowo niekomfortowy: my musimy być cały czas w formie. To poniekąd jeszcze jeden rodzaj presji. Z jednej strony wydaje się, że może warto skupić się na poszukiwaniu inspiracji albo "planu B" na swoje życie. Z drugiej strony: w każdej chwili możesz wrócić do pracy, chcesz więc być w szczycie formy. Przypomina to nieustanne boksowanie się ze swoimi priorytetami.

Jakie są twoje plany na czas po COVID-19?

- Do końca roku, mam nadzieję, popracuję w Polsce. Mam kilka krajowych zaproszeń na warsztaty w lipcu i sierpniu, w studio lub w plenerze. Planujemy też prezentacje FearLess przesunięte z pierwszej połowy roku na jesień; będą to przede wszystkim pokazy w ramach PST. We wrześniu również planujemy pokaz w ramach norweskiego festiwalu, o którym wspominałam. Na jesień 2021 roku jeden z brytyjskich zespołów zaprosił mnie do stworzenia choreografii - ten termin wydaje się realistyczny. Staram się podchodzić do planów bez większych oczekiwań, ale z nadzieją, że uda się je zrealizować. Liczebność publiczności nie jest najistotniejsza: zaprezentowanie spektaklu nawet dla kilku osób na widowni jest pięknym doświadczeniem. Jestem ciekawa przyszłości - z drżeniem, ekscytacją i ciekawością wyczekuję tego, co się wydarzy. Póki co przy życiu trzyma mnie jednak alternatywa cyfrowa, możliwość spotykania się z ludźmi, bycia w ruchu, wyzwanie, by proponować nowe rzeczy, kontynuować świeży, soczysty research, unikać stagnacji. Muszę być cały czas zmotywowana, mam zobowiązania nadające sens mojej pracy. Zresztą za kilka lat zajęcia on-line, które my teraz odkrywamy, mogą stać się oczywistością. Rzeczywistość się szybko zmienia.

6 czerwca 2020

Tytuł oryginalny

Uświadomienie sobie strachu to nabywanie odwagi

Źródło:

teatrologia.pl
Link do źródła

Wątki tematyczne