„Jadwiga” Piotra Rowickiego w reż. Anny Gryszkówny w Mazowieckim Instytucie Kultury. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Policzono, że Jadwiga to dziesiąty monodram w dorobku Agnieszki Przepiórskiej. Nieźle jak na mniej więcej piętnaście lat. Pierwsze były inne, oparte na fikcji fabularnej, częściowo także wchodzące w prywatność wykonawczyni. Galeria wizerunków kobiet z niedawnej przeszłości rozpoczęła się od Zuzanny Ginczanki. Potem były Simona Kossak, Anna Walentynowicz, Barbara Sadowska, Irena K., ofiara obozu przejściowego na warszawskim Zieleniaku podczas Powstania. Dołożyłbym Wisławę Szymborską; spektakl był co prawda dwuosobowy, ale postać poetki szkicowana tą samą kreską. A teraz doszła Jadwiga Stańczakowa. Być może najtrudniejsza do sportretowania, bo mająca najmniej spektakularnych skrętów w życiorysie, najmniej punktów ciężkości, na których można stawiać dramaturgiczną i aktorską konstrukcję.
Co więcej, ta outsiderka ma już swój konterfekt – ekranowy. Dwadzieścia lat temu Andrzej Barański nakręcił film Parę osób, mały czas o niej i o Mironie Białoszewskim, z którym się przyjaźniła i któremu w pewnym sensie sekretarzowała. Stańczakową zagrała Krystyna Janda inaczej niż kiedykolwiek: z pokorną nieśmiałością, owszem, z determinacją walki o miejsce w tym dziwnym związku, ale schowaną za liczne wstydy i zahamowania. Miron grany przez Andrzeja Hudziaka wypadł w tym obrazie mało sympatycznie ze swoim egocentryzmem i z obcesowością, z jaką odsądzał od wartości jej wiersze. Kameralny film, wzruszający dla każdego, kto pamięta ciasne, zagracone książkami (i gośćmi) mieszkania sprzed pół wieku, nie przebił się na ekrany; przypomina go co pewien czas TVP Kultura.
O pełną, samodzielną sylwetkę ociemniałej poetki upomniała się w wydanej w 2024 roku książce Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej Justyna Sobolewska, krytyczka literacka związana z „Polityką”, a skądinąd wnuczka bohaterki. Agnieszka Przepiórska przyznaje, że właśnie ta biografia była dla niej inspiracją.
W spektaklu firmowanym przez Mazowiecki Instytut Kultury, gdzie o stronę wizualną zadbała Matylda Kotlińska, może bardziej znaczące niż to, co jest w obrazku, zdaje się to, czego w nim nie ma. Ciemnych okularów na przykład. Janda była w nich na każdym fotosie z filmu Barańskiego. Nie ma maszyny do pisania z klawiaturą braille’a, o której jest mowa w scenariuszu; aktorka nie imituje w ruchach czy gestach, zachowania osoby niewidomej. To częsty w tych monodramach chwyt: Przepiórska gra swoje bohaterki i jednocześnie opowiada o nich nam, widzom, naturalnie i płynnie przechodząc od jednego „stanu” do drugiego. Ale też wynika to ze świadomie przyjętej perspektywy. Ociemniałość jest tu dyskomfortem wewnętrznym, rozbrajanym, na ile to możliwe, sarkazmem, dystansem, humorem niechby i wisielczym, nieustannym przekierowywaniem uwagi na to, co kluczowe: na samorealizację intelektualną. To dość ryzykowny chwyt w teatrze: widz, który nic nie wie o kalectwie bohaterki, może mieć kłopot z wejściem w opowieść, która zaczyna się, ni mniej, ni więcej staniem na głowie (Stańczakowa uprawiała jogę). Ale publiczność kameralnych pokazów raczej wie, na co przyszła. Na cudnym, inteligenckim, letnim festiwalu Carpe Diem w Czarnolesie, którego Przepiórska jest artystyczną szefową i gdzie oglądałem Jadwigę, widownia zdawała się iść trop w trop za kpinami narratorki z niezręczności i grubiaństw jakie ją spotykają nieustannie, śmiać się z jej niepowstrzymanego wigoru, doskonale rozumiejąc, co przysłania. Ten uśmiech – na przykład przy brawurowo odegranym epizodzie z wizytą pijanego w trzy trąby poety Broniewskiego – był niezbędny w opowieści, także jako kontrapunkt poezji Jadwigi Stańczakowej, w hurtowych ilościach troszeczkę, niech mi aktorka i wnuczka-pisarka wybaczą, nieznośnej.
Wracając do tego, czego nie ma w obrazku: nie ma w nim Mirona. Prawie nie ma; pojawia się niczym wzmianka, pod koniec. To z pewnością świadoma decyzja twórców, w kontrze do kliszy, jaka wciąż pokutuje: „Stańczakowa, a to ta od Białoszewskiego”. Interwencja w tej sprawie jest sednem tego zamierzenia, nie ma w niej wszakże żadnej zajadłości. Białoszewski był artystą niepowtarzalnym, a Jadwiga Stańczakowa, i obok niego, i bez niego, sama była niezwykłą postacią, ukazywaną tu w jasnym blasku; mądrą i utalentowaną kobietą. Godną też współczucia, gdy się słucha o jej okupacyjnych i rodzinno-życiowych losach, zgęszczonych w kapitalnej sekwencji snu, jednej z tych w teatrze Agnieszki Przepiórskiej, które odbierają dech. Godną szacunku po prostu. Mało? Dla mnie starczy.
Piszę „w teatrze Agnieszki Przepiórskiej”, aliści akcjonariuszy w tym przedsięwzięciu jest oczywiście więcej. Teksty tworzy Piotr Rowicki doskonale rozumiejący potrzebę monodramistki, żeby zmieniać tonację, budować wyraziste, dramatyczne sytuacje, które muszą się obronić w kilkuminutowej sekwencji, za chwilę przełamanej zupełnie innym przekazem. A reżyseruje Anna Gryszkówna, na co dzień aktorka Narodowego. Ma czułą rękę, celne wyczucie stylu, scenicznej puenty, ironii, ale i delikatności, nie musi sięgać po czerwoną farbę (jak Maja Kleczewska, która jeden z monodramów wyreżyserowała). Najwyższa pora, żeby dokonania tej trójki widzieć łącznie, nie jako poszczególne „odcinki”, raz bardziej, a raz mniej udane (choć trzymające fason), tylko właśnie jako jedną, imponująco rozrastającą się galerię wizerunków. Bezkonkurencyjną w obranym gatunku. Powinni się pospołu nazwać „Firmą portretową”, to dobry szyld, z tradycjami. Witkacy, który przecież robił dokładnie to samo: w niezwykły sposób portretował warte jego pędzla kobiety, uśmiechnie się pewnie do nich z chmurki.
Piotr Rowicki JADWIGA. Reżyseria: Anna Gryszkówna, scenografia i kostiumy: Matylda Kotlińska, muzyka: Piotr Skotnicki, choreografia: Karolina Kraczkowska, światła: Michał Głaszczka. Premiera w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie 1 czerwca 2025.