EN
16.12.2021, 14:40 Wersja do druku

Znikający festiwal znikającej wolności

W dniach 17-21 sierpnia odbył się w estońskiej Narwie Festiwal Wolności – Vabaduse Festival – w teatrze Vaba Laba Narva, będącym filią funkcjonującego od 2010 roku niezależnego teatru finansowanego na zasadach partnerstwa publiczno-prywatnego Vaba Laba Tallin - pisze Agnieszka Lubomira Piotrowska w Biuletynie Teatralnym ZAiKSu.

"Mein Kampf" z Teatru Powszechnego w Warszawie, fot. Magda Hueckel

Vaba Laba to instytucja prowadzona przez dwóch jej twórców i managerów Märta Meosa i Allana Kaldoję. Za linię programową i repertuar obu teatrów odpowiada kurator wybierany na dwuletnie kadencje. Przez ostatnie dwa lata pełnił tę funkcję najwybitniejszy litewski dramatopisarz Marius Ivaškevičius (jego dwie sztuki w przekładzie na język polski zostały opublikowane w miesięczniku „Dialog” i są pod ochroną ZAiKS) – a swój program opierał na współpracy litewsko-łotewsko-estońskiej. Tematy, po które sięgał (głównie związane z 30-leciem odzyskania przez te państwa niepodległości) zainspirowały powstanie festiwalu i program jego pierwszej edycji.

Spektakle festiwalowe grano w hucznie otwartej dwa lata temu siedzibie Vaba Laba Narva – w pięknie odrestaurowanej dawnej fabryce papieru oraz w opustoszałej, kiedyś jednej z największych w Europie Manufakturze Kreenholm z 1857 roku. Zaproszono spektakle z państw, w których występują problemy z wolnością słowa, w których pojawia się cenzura, ograniczana jest twórczość artystyczna. Jak sami organizatorzy informowali „Narwa jest najlepszym miejscem dla takiego festiwalu, jako miasto graniczne dwóch cywilizacji, wolny świat kończy się w Narwie”. W centrum miasta, niedaleko ratusza znajduje się przejście graniczne między Estonią (a w zasadzie Unią Europejską) a Rosją. Po drugiej stronie mostu nad rzeką Narwą tuż przy ujściu do Zatoki Fińskiej zaczyna się już Iwangorod. Narwa jest w 95% zamieszkana przez Rosjan, przesiedlonych tutaj w latach 40-tych i 50-tych, natomiast do II wojny światowej była etnicznie estońska. Z tego też powodu twórcy Vaba Laba Narva postanowili przy teatrze otworzyć centrum nauki języka estońskiego.

W programie festiwalu znalazły się liczne spektakle oraz wstrząsający ukraiński film (prezentowany w zeszłym roku na festiwalu w Wenecji a w tym roku został ukraińskim kandydatem do Oscara) Złe drogi opowiadający o konflikcie na Donbasie – to reżyserski debiut dramatopisarki i scenarzystki Natalii Worożbyt (znanej w Polsce dzięki inscenizacji jej sztuki Dzienniki Majdanu w Teatrze Powszechnym w Warszawie). Worożbyt stara się przedstawić (na ile to możliwe) obiektywnie obie strony konfliktu, pokazać, że nikt na nim nie zyskuje, a wszyscy tracą, ale też podkreśla, że ta wojna, agresja zaczęła się w głowach ludzi dużo wcześniej.

Węgierski spektakl Sacra Hungarica w reżyserii Andrasa Urbana z Teatru Studio K – jedynego niezależnego teatru działającego na Węgrzech w systemie repertuarowym był dzikim, wściekłym, punkowym manifestem artystów, ich niezgody na reżim i państwową propagandę. Dramaturżka Kata Gyarmati zebrała w scenariuszu fragmenty węgierskich dzieł literackich wraz z wypowiedziami nacjonalistów o sytuacji w kraju, ich stosunku do całej UE oraz poszczególnych państw członkowskich, a także imigrantów.

Rumuński Rovegan (autorką i reżyserką jest Catinca Draganescu) opowiadał o emigracji ekonomicznej kobiet, głównie do Włoch. Spektakl kończy materiał dokumentalny, pokazujący całkowitą bezradność mężczyzn, którzy bezrobotni pozostają w domach z dziećmi i czekają na przelewy od żon.

Z Rosji przyjechały dwa spektakle dokumentalne: Niewidzialne rodziny – przygotowany przez niezależny teatr aktywistów Filomela z Petersburga (reżyseria Żenia Mucha): osoby LGBT + opowiadają ze sceny historie rosyjskich rodzin jednopłciowych żyjących w ciągłym strachu po przyjęciu przez Dumę Państwową ustawy o zakazie propagandy homoseksualizmu (szczególnie rodzin posiadających dzieci) oraz spektakl Kantgrad Teatru.doc z Moskwy o powojennych przesiedleńcach do Kaliningradu.

Amerykański Wilma Theater z Filadelfii zaprezentował video-spektakl site-specific Herdes of the fourth turning autorstwa Willa Arbery w reżyserii Blanki Zizki, ukazujący spory światopoglądowe w gronie młodych republikanów. Czworo konserwatywnych przyjaciół katolików spotyka się nocą na imprezie w Wyoming w 2017 roku, by uczcić wybór nowej prezydentki college’u, którego są absolwentami, ich mentorki. Dawni przyjaciele nie mogą znaleźć nici porozumienia, dzielą ich ścieżki kariery, sukcesy życiowe, stosunek do konserwatywnych doktryn i kościoła.

Estońska realizacja sztuki Error 403 białoruskiego dramatopisarza i dysydenta Nikołaja Chalezina w reżyserii autora i Natalii Kaliady (premiera odbyła się w Tallinie, na widowni zasiadły prezydentka Estonii Kersti Kaljulaid i Białorusi Swiatłana Cichanouska). To spojrzenie na mińskie protesty z punktu widzenia trzech omonowców pałujących pokojowych demonstrantów. Tekst oparty został na rozmowach w zoom z policjantami, którzy niedawno odeszli ze służby.

Widzowie festiwalu mogli obejrzeć jeszcze trzy spektakle z Vaba Laba Production, jeden to oparty na rozmowach z byłymi współpracownikami KGB na Litwie, Łotwie i w Estonii Człowiek z KGB, drugi będący koprodukcją estońsko-austriacko-rosyjską Żryj! mówiący o kontrsankcjach Rosji wobec UE (zakazie eksportowania produktów spożywczych i likwidowania produktów zagranicznych przemyconych do Rosji) i trzeci najciekawszy oparty na najnowszych badaniach statystycznych Ludzie i cyfry. Widzowie busami byli dowożeni do wybranych przez grupę twórców mieszkań. Prywatnych autentycznych mieszkań obywateli Narwy, reprezentujących różne grupy społeczne. W busie aktorzy zapoznawali widzów z badaniami statystycznymi dotyczącymi życia codziennego w Narwie i całej prowincji Virumaa – dochody, wydatki, stan zdrowia, przekrój demograficzny itd. W każdym mieszkaniu oprócz wolontariuszy wprowadzających znajdował się aktor – alter ego właściciela, jednocześnie można było wysłuchać rozmowy z autentycznym właścicielem/najemcą mieszkania. Widzowie odwiedzili przygnębiającą kawalerkę bezrobotnego w najbiedniejszej dzielnicy (wiele mieszkań stoi tam pustych i można je wynająć za samą opłatę czynszu i rachunków), z odciętym prądem i wodą ciepłą, odklejającymi się tapetami, pozbawione mebli mieszkanie o duszącym zapachu zniszczenia; pięciopokojowe, z trzema balkonami, lecz zaniedbane mieszkanie emerytki, wdowy po generale, mieszkanie uderzające mocnym zapachem starości i lekarstw; cukierkowe, mieniące się chińskimi lampkami i ozdobami dwupokojowe mieszkanie nauczycielki, czy nowoczesny dom z basenem biznesmena-rozwodnika.

Najmocniejszym akcentem festiwalu stał się finałowy pokaz polskiego przedstawienia Mein Kampf w reżyserii Jakuba Skrzywanka z Teatru Powszechnego w Warszawie. To był jedyny spektakl grany na dużej scenie (z widownią na 480 miejsc), z bogatą scenografią i kostiumami. To był też jedyny spektakl wyprodukowany w miejskim teatrze repertuarowym – wszystkie pozostałe mogły odważnie opowiadać o otaczającej rzeczywistości w teatrach niezależnych, offowych, niszowych, z mikroskopijnymi budżetami, ponieważ teatry utrzymywane z publicznych środków nie mogą już w tych krajach „wtrącać się” do spraw społecznych i politycznych.

Jeden z wieczorów uczestnicy festiwalu spędzili na uroczystości trzydziestolecia odzyskania niepodległości przez Estonię – festiwalu pieśni w głównym parku Narwy. Festiwal Pieśni nawiązuje do „śpiewającej rewolucji” – masowych nocnych śpiewów w Tallinie w 1988. Śpiew jest mocno zakorzeniony w estońskiej tradycji, a w czasach radzieckich wspólny śpiew na festiwalach stanowił element kształtujący tożsamość i opór wobec komunizmu i rusyfikacji. Wspólnym śpiewem pieśni estońskich i rosyjskich uczczono więc jubileusz niepodległości. Każdy uczestnik wydarzenia przy wejściu do parku otrzymywał śpiewnik i mógł razem z chórem wykonywać utwory.

Program filmowo-spektaklowo-koncertowy uzupełniały codzienne wieczorne dyskusje podsumowujące dany dzień festiwalu i jego wydarzenia oraz poranne dyskusje o sytuacji społeczno-politycznej i kulturalnej w poszczególnych krajach. Twórcy z Rumunii narzekali przede wszystkim na niskie budżety (a tłumaczka dramaturgii na brak jakiejkolwiek ochrony i możliwości otrzymywania tantiem przez autorów Wielkich Praw), słuchając rozmowy z węgierskimi twórcami można było wywnioskować, że stracili już jakąkolwiek nadzieję na zmiany, na powrót wolności i normalności. Odbyła się też rozmowa na temat kultury w państwach Azji Środkowej. Kuratorka z Uzbekistanu graniczącego z Afganistanem opowiadała o lęku przed wkroczeniem Talibów, kazachski dramatopisarz – o coraz powszechniejszej popularności radykalnego islamizmu wśród kazachskiej młodzieży. Napawała nadzieją waleczność białoruskich twórców, dysydentów i emigrantów, chociaż obecna sytuacja twórców i zwykłych obywateli jest katastrofalna. Zaskakująca była opowieść o niezwykle bogatym i burzliwym życiu teatralnym (niezależnym) w Ukrainie. Bardzo inspirująca okazała się rozmowa o Rosji, w której wciąż w środowisku artystycznym drzemią resztki nadziei na zmiany i wiary w działania oddolne, a pomimo sytuacji politycznej teatr (szczególnie w prowincji) wręcz rozkwita.

Wszyscy uczestnicy „rosyjskiej” dyskusji: redaktorki naczelne pism teatralnych Marina Dawydowa („Tieatr”) i Marina Dmitriewska („Pietierburgskij Tieatralnyj Żurnał”), kurator licznych projektów teatralnych w prowincji Oleg Łojewskij i Jelena Kowalska, dyrektorka moskiewskiego Centrum Meyerholda podkreślali, że strach zżera ich duszę, dyrektorzy teatrów żyją w codziennym nieustannym lęku, bo bardzo łatwo każdego usunąć (a nawet wytoczyć proces, jak to było w przypadku wielkiego reżysera Kiriłła Sieriebriennikowa) za fałszywe oskarżenia o naruszenia budżetowe. Kowalska opowiadała, że na prezentacje ostrych społecznie i politycznie spektakli zatrudnia antyfaszystów do ochrony przed faszystami… Od czasu wprowadzenia przepisu, zakazującego „propagandy homoseksualizmu wśród nieletnich” częstą praktyką stało się też przyprowadzanie na spektakl dziecka, aby potem podnosić raban, że dziecko oglądało „propagandę homoseksualizmu”.

Jednocześnie w takich warunkach życie kulturalne w Rosji kwitnie. Zgodnie z Konstytucją RF w kraju panuje wolność wypowiedzi twórczej, w odróżnieniu od ZSRR, gdzie była wprowadzona oficjalna cenzura, ale wbrew pozorom twórcom było łatwiej. Dlaczego? Obowiązywały ich wtedy wyraźne określone zasady, mogli z nimi „grać”, dogadywać się z cenzorem, a teraz nie ma żadnych konkretnych zakazów. Dyrektor i reżyser sam decyduje na ile jest wolny. W takiej sytuacji nigdy nie wiadomo, kiedy i w związku z czym wybuchnie afera. Czasem zupełnie niezauważenie przechodzą ostre wypowiedzi polityczne. A czasem delikatne – nie. Przykładem może posłużyć niedawny skandal w moskiewskim Teatrze Sowriemiennik, w którym polski reżyser Beniamin Koc wystawił sztukę młodego tatarskiego dramatopisarza (ucznia Nikołaja Kolady) Rinata Taszymowa Pierwyj chleb. Sztuka powstała kilka lat temu, była już czytana i wystawiana w bardzo licznych teatrach prowincjonalnych. Nagle po premierze moskiewskiej do władz centralnych trafił donos od Stowarzyszenia Oficerów Rosji, jakoby w spektaklu obrażana była pamięć weteranów. Doszło do surrealistycznej sytuacji – zaczęły się kontrole, a jeden z doradców społecznych przy ministerstwie kultury praprawnuk wielkiego romantyka Michaiła Lermontowa – również Michaił Lermontow zażądał przeprowadzenia kontroli we wszystkich teatrach w kraju, pod pretekstem sprawdzenia, czy w spektaklach nie pojawiają się wywrotowe słowa/myśli. Na szczęście nowa ministra kultury, Olga Lubimowa, nie poparła tej idei. Jednak nadal przesłuchiwani są aktorzy z moskiewskiej realizacji.

Estetyka w Rosji zawsze była spleciona z polityką. Funkcjonuje tam pewna normatywność estetyczna. Urzędnicy mają swoje wyobrażenie, jaka powinna być sztuka: realizm, piękno, dobro. Jeśli artysta mieści się w tej estetyce, wówczas może sobie więcej pozwolić na poziomie przekazywanych treści. Konwencjonalna sztuka to sztuka akceptowalna politycznie. Dlatego np. spektakl Kniaź wg Idioty Dostojewskiego w reżyserii Konstantina Bogomołowa, który nie podejmował kwestii politycznych, ale estetycznie był „trudny” – wywołał skandal i dyrekcja moskiewskiego Teatru Lenkom musiała zdjąć spektakl.

Marina Dmitrjewska kilkukrotnie cytowała utartą frazę wielkiego prozaika Siergieja Dowłatowa „Kto napisał 4 miliony donosów? (…) Napisali je zwykli radzieccy obywatele”. Obecna władza dała przyzwolenie i otwarła śluzy dla donosów. Piszą stowarzyszenia kombatantów, oficerów, rodzin prawosławnych i zatroskani zwykli widzowie. Często – z inicjatywy części zespołu niezadowolonej np. z nowej dyrekcji teatru.

Niedawno oburzenie wywołał szkic spektaklu przygotowany przez młodego reżysera wg Zbrodni i kary Dostojewskiego – w spektaklu odwoływał się on do zdarzenia ze stolicy Tatarstanu Kazania: absolwent szkoły dokonał masakry na nauczycielach i uczniach za dawne urazy. Pewna grupa „zatroskanych” okrzyknęła spektakl propagandą przemocy i wysłała donos do ministerstwa obrony.

Dużo dobrego przyniosła decentralizacja procesu teatralnego w Rosji. Laboratoria dramaturgiczne i reżyserskie, master classy ogarnęły wszystkie regionalne miasta i miasteczka. Oleg Łojewski podkreślał, że nigdy w dotychczasowej historii rosyjskiego teatru nie obserwowano takiego ożywienia teatralnego w prowincji. On to postrzega jako ruch sprzeciwu teatralnego wobec reżimu, kiedy w epoce głębokiej depresji w kraju, kipi życie kulturalne, właśnie jako sprzeciw.

Ten wielki kraj jest niezwykle różnorodny kulturowo i rozwojowo. Czasem pozwala na podróż w czasie i świadomości. W jednym regionie można poczuć atmosferę XVIII wieku, w innym XIX, ale zdarza się też wiek XXI. Wszystko zależy od lokalnych urzędników. Jeden z gubernatorów np. zlikwidował w swoim regionie status dyrektora artystycznego i głównego etatowego reżysera, bo nie umiał z rozmawiać z twórcami. Teraz w teatrach jego guberni są tylko dyrektorzy naczelni. W Rosji nawet w niewielkich miastach istnieją dobrze wyposażone teatry, radziecka władza ochoczo je budowała, jako element wspierania ideologii. Dzisiaj w tych ośrodkach twórcy mają dużo wolności. Pracują młodzi reżyserzy, szukają swojego języka, sięgają po nową dramaturgię. Kwitnie tam teatr. Stąd doszło do paradoksu: dawniej nowe trendy, nowe teksty płynęły z centrum (moskiewskich i petersburskich teatrów) na prowincję, dzisiaj jest odwrotnie: sprawdzone na prowincji teksty pojawiają się na stołecznych scenach. Prowincja stoi też festiwalami: międzynarodowymi, regionalnymi, tam dochodzi do wymiany myśli i rodzą się nowe projekty. To bardzo ożywia regionalne życie teatralne. Co ciekawe, powstało w ostatnim czasie sporo nowych szkół teatralnych w dużych, ale też małych miastach. Oczywiście, nie wolno zapominać, że tak w stolicy, jak i w prowincji jest wiele teatrów, które wypełniają zamówienia państwowe.

Ten obraz zarysowany przez rosyjskich krytyków i kuratorów uzupełnił dramatopisarz Marius Ivaškevičius, kurator Vaba Laba. Jego sztuka Masara, opowiadająca o wojnie w Donbasie nie ma szansy na wystawienie w Rosji. Ale mimo to – odbyło się wiele publicznych czytań w prowincji.

Marius Ivaškevičius rozpoczął stałą współpracę z teatrem rosyjskim w 2013 roku. Często bywał w Moskwie, pisał nowe teksty (zaczął nawet pisać po rosyjsku), współpracował przy produkcjach. W tym czasie obserwował w Moskwie gwałtowny rozwój, europeizację, poczucie swobody na zewnątrz ale jednocześnie wyczuwał, że wewnątrz ludzie odczuwają coraz więcej strachu. Pewne tematy tabu nawet w czasie „odwilży miedwiediewowskiej” nie były poruszane w sztuce, jak choćby rodzina prezydenta, czy prawosławie. Po kilku latach odwilży nawet liberalni twórcy teatralni nagle zaczęli sobie narzucać autocenzurę, żeby utrzymać się w profesji (wybierają formę przetrwania, nie emigrację).

Dziewiątego maja tego roku podczas spektaklu wg sztuki Ivaškevičiusa Rosyjski romans (o Lwie Tołstoju) gwardia znanego również w Polsce pisarza Zachara Prilepina ustawiła się pod Teatrem Majakowskiego w Moskwie z fotografią autora i okrzykiem „rusofoby won z Rosji”. To pierwszy tego typu incydent. Na Litwie Ivaškevičius ze względu na tak ścisłą współpracę z Rosją postrzegany był przez pewien czas jako zdrajca, agent kremlowski. Jednak w ostatnim roku, jak sam zauważył, coś się zmieniło. Nagle zaczęło docierać do Litwinów, że przecież w Rosji jest nie tylko władza, ale są też ludzie pragnący wolności i normalności. W czasie aneksji Krymu pisarz zastanawiał się, czy powinien kontynuować współpracę. Podjął decyzję o współpracy ze względu na bardzo liberalne środowisko teatralne. Podczas swojego wystąpienia w Narwie apelował do zebranych, że naszą misją jest nie porzucać Rosjan, ale trzymać ich za rękę.

To najważniejsze przesłanie estońskiego festiwalu, aby twórcy wspierali się nawzajem, współpracowali bez względu na sytuację polityczną w danym kraju. Aby podawali rękę białoruskim, rosyjskim, ukraińskim twórcom.

Już po zakończeniu festiwalu dotarła do wszystkich uczestników przykra wiadomość, że lokalne władze (zarząd miasta w 99% składa się z rosyjskich deputowanych, którzy tuż przed festiwalem odwołali prezydentkę Narwy Katri Raik, Estonkę, m.in. za wspieranie tej inicjatywy) postanowiły wycofać się z finansowania teatru Vaba Lava, a co za tym idzie – festiwalu Wolności. Dyrektorzy przy wsparciu międzynarodowej społeczności walczą o to wspaniałe przedsięwzięcie.

Tytuł oryginalny

Znikający festiwal znikającej wolności

Źródło:

Materiał nadesłany
Biuletyn Teatralny ZAiKS nr 2r

Wątki tematyczne