- Odbudowanie z gruzów polskiego repertuaru współczesnego jest jedną z najpotrzebniejszych rzeczy, jakie istnieją - mówi JAN MATYJASZKIEWICZ.
Janusz R. Kowalczyk: Charakterystyczny, niepodrabialny głos - w radiu nie do przecenienia - przyniósł panu prestiżową nagrodę Złotego Mikrofonu. Czym w pana życiu jest to medium? Jan Matyjaszkiewicz: Prawdziwą fascynacją. Kiedy w 1956 r. skończyliśmy studia w warszawskiej szkole teatralnej, opiekunka naszej grupy Rena Tomaszewska, ceniona aktorka i znakomity pedagog, część podopiecznych wzięła ze sobą do radia. Byłem najstarszy, bo otarłem się wcześniej o architekturę, i zostałem obwołany starostą roku. Niezwykłego, zważywszy że większość ukończyła studia z wyróżnieniem, m.in. Anna Ciepielewska, Aleksandra Dmochowska, Wanda Majerówna, Jan Kobuszewski, Zbigniew Zapasiewicz. Radio mieściło się w dawnej ujeżdżalni koni przy Myśliwieckiej. Miejsce okazało się charyzmatyczne, ludzie też. Byliśmy młodzi, zapaleni i chcieliśmy nie tyle zdobyć wszystko szturmem, ile - takie miałem odczucie - przedłużyć model teatru reprezentowany przez