09.11.2020, 09:34 Wersja do druku

Dżungla z łaj-fajem, czyli spektakl doświadczony i podwójnie rodzinny

"Księga dżungli" Rudyarda Kiplinga w reż. Jakuba Szydłowskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Pisze Piotr Wyszomirski w Gazecie Świętojańskiej.

fot. Rzemieślnik Światła/mat. teatru

Ten spektakl przejdzie do historii Teatru Muzycznego – mam nadzieję, że z dwóch powodów. Pierwszy to jego losy. Premierę zaplanowano na 14 marca 2020 r., poprzedzały ją liczne w planach biletowane pokazy przedpremierowe. 12 marca nastąpił lockdown, udało się jeszcze w tym dniu pokazać „Księgę” dwa razy, pokaz o 12:00 był ostatnim spektaklem Teatru Muzycznego w Gdyni przed trzymiesięcznym zamknięciem. Po odmrożeniu było różnie, część z kilkunastu październikowych, kolejnych pokazów przedpremierowych odwołano z powodu słabej frekwencji (szkoły odwoływały rezerwacje), zdarzały się też sytuacje odwrotne (więcej rezerwacji niż miejsc na widowni Sceny Nowej), gdy w tempie ekipy technicznej z pit stopów Formuły 1 montażyści Mirosława Niebodajewa przenosili scenografię ze sceny Nowej na Dużą. Wszystko po to, by w tym szalonym czasie jak najwięcej widzów obejrzało spektakl. Pokaz 25 października oznaczono jako premierowy – to kolejny, spektakularny fakt związany z eksploatacją „Księgi” – oficjalna inauguracja nastąpiła po ponad 20 pokazach przedpremierowych! 7 listopada miał się zacząć kolejny set „Księgi” – zaplanowano 10 spektakli w dniach 7-13 listopada.

Po raz pierwszy piszę recenzję po tak wielu pokazach przedpremierowych. Jest dziwnie, jest inaczej: bez odświętności i wyjątkowości, bez tradycyjnej celebry, bez niespodzianki, bez możliwych i ekscytujących czasami problemów pierwszego razu. „Bez”, pogłębione 25% frekwencją wynikającą z obostrzeń, jest jakieś… hybrydowe (uśmiech).

Rodzinny Dream team

Jakub Szydłowski jest autorem scenariusza, słów piosenek i reżyserem. To nieczęste zjawisko, nawet Wojciech Kościelniak oddaje piosenki komuś innemu. Reżyser gdyńskiej „Księgi dżungli” jest bardzo wszechstronny, jako aktor teatru muzycznego ma na rozkładzie wszystkie najważniejsze sceny w Polsce (najczęściej grał w Romie), był Claudem w Kościelniakowym, legendarnym musicalu „Hair” (1999), po którym opuścił Gdynię, dzięki której stał się aktorem (to Baduszkowiec). Wokalista, aktor musicalowy i dubbingowy, reżyser, od tego roku zastępca dyrektora ds. artystycznych Teatru Muzycznego w Łodzi, który zdaje się iść drogą wrocławskiego Capitolu (koniec z operetkami, czas na musicale). Szydłowski do współpracy zaprosił uznanych realizatorów z czołowych scen muzycznych w Polsce. Za muzykę odpowiedzialny jest kierownik muzyczny Teatru Roma Jakub Lubowicz, za choreografię zastępczyni dyrektora ds. artystycznych Teatru Muzycznego w Poznaniu Paulina Andrzejewska-Damięcka:

Kostiumy zaprojektowała Dorota Sabak z Łodzi, ze scenografem Grzegorzem Policińskim chce współpracować każdy teatr muzyczny w Polsce (najczęściej udaje się to Chorzowowi), wizualia są dziełem „Białego Misia”, firmy współpracującej z Operą Podlaską w Białymstoku. Ekipa Szydłowskiego to zespół specjalistów znających się jak mało kto na teatrze muzycznym: jego znakach, emocjonalności i specyfice. Nie jest regułą w polskim teatrze, bo teatr muzyczny, uważany przez realizatorów teatru dramatycznego za gatunek podrzędny, wcale nie jest tylko lekki, łatwy i przyjemny. Dream team realizatorów jest uzupełniony pierwszym garniturem aktorskim – w „Księdze” występują prawie wszyscy najlepsi aktorzy Muzyka i każdy ma coś do zagrania. Oglądając „Księgę”, wyjątkowo często się uśmiechałem, bo oprócz wysokiej akceptacji propozycji artystycznej, podziwiałem bardzo dobrą robotę teatralną, uważność i skupienie na detalach oraz rzadką kreatywność. Każda scena, każde ustawienie, każde „ujęcie” ma pomysł, wiele z nich także smaczki dla starszych widzów. 90 minut spektaklu to niekończący się festiwal dobrych pomysłów podanych w adekwatnym tempie, które pociąga za sobą różnorodna muzyka, zagrana z werwą i lekkością. Efektowne kostiumy, energetyczna choreografia, funkcjonalna scenografia i czytelne wizualizacje – wszystko jest tutaj na właściwym miejscu, w dobrych proporcjach i natężeniu. Oglądając spektakl, czułem się jak zaproszony na spotkanie przez grupę przyjaciół wzajemnie się wspierających i uzupełniających, z których każdy przyniósł na spotkanie, co miał najlepszego. Jakub Szydłowski, powróciwszy do Gdyni po 20 latach, skompletował rodzinny Dream team.

fot. Rzemieślnik Światła/mat. teatru

Swobodna adaptacja i niebanalny dydaktyzm

Szydłowski podszedł bardzo swobodnie do pierwowzoru literackiego. Mowgli nie jest chłopcem wychowywanym przez wilki, zachowuje się bardzo swobodnie, nie ma najmniejszego problemu z wyrażaniem negatywnych emocji, co jest tak charakterystyczne dla współczesności, ale w tym przypadku nie ma zagrożenia dla polskiego rządu, co najwyżej może ucierpieć znienawidzona książka. 11-letni Mowgli mieszka w Gdyni, o czym informują nas elementy scenografii, ale nazwa miasta nie pada w spektaklu. Lektura „Księgi dżungli” go męczy, co prowadzi go do nieodkrywczego, ale rozpowszechnionego sądu, że czytanie nie ma sensu. Zaraz po tym przenosi się z dżungli miejskiej (plac budowy w Gdyni) do ciągu trochę abstrakcyjnych lokacji (Góry Skaliste, tropikalna dżungla, rodzime Tatry). Napotyka tam postaci znane z pierwowzoru literackiego (tygrys bengalski, szakal, wilki, małpy, pantera, pyton) i ujrzane inaczej (miś podhalański Baluś to swojski odpowiednik niedźwiedzia Baloo). Gdyńska inscenizacja to podróż wyobraźni inspirowana Kiplingiem, dzieci nie powinny uczyć się z niej geografii i uznawać, że zaliczyły lekturę, tylko kodować nienachalnie podany system wartości.

Nie chodzi o władzę, nie chodzi o szmal, chodzi o to, byś się bał

Song Shere Khana

W spektaklu dominuje poetyka lekko pixarowska. Nie jest tak odważnie jak w amerykańskich animacjach, ale dla dorosłych przygotowano tak dużo dygresji, że zdecydowanie należy się wybierać na „Księgę” zespołowo: od dziadków po wnuki. Szydłowski umieścił w swojej adaptacji refleksje na temat władzy, gwiazdorstwa, przewagi technologii nad człowiekiem, kryzysu klimatycznego, losu emerytów, złego dotyku i nie zapomniał o promocji czytelnictwa (uśmiech). Podane jest to bardzo lekko, nienachalnie. Twórcy i aktorzy wsparli całość różnorodnym, pełnym inwencji komizmem: postaci, sytuacyjnym i językowym (choćby zestaw współczesny z łaj fajem w scenie z pytonem Kaa – w tej roli na premierze Mateusz Deskiewicz).

Uważny obserwator uśmiechnie się, dostrzegając uzbrojenie wilków: to wariacje na temat mopów i szczotek, a Akela (Andrzej Śledź) dzierży arcyszczotę niczym rzymski chorąży legionista.

Pyszny jest Rafał Ostrowski jako główny czarny charakter, czyli tygrys bengalski. Jego Shere Khan wygląda jak Elvis Presley w okresie narkotykowo-lasvegasowym, jest zgorzkniały, cyniczny i perwersyjny. Truskawka z tortu tym razem powinna trafić do Bernarda Szyca. Jego Baluś, miś podhalański, niegdyś gwiazda Jutjuba, jak mówi o sobie, to perełka komizmu. Doświadczony aktor bawi się postacią, językiem, sytuacją, ale między atakami śmiechu udaje mu się przemycić Chaplinowską refleksję o skomplikowaniu losu ludzkiego. Baluś najzabawniejszym outsiderem! (uśmiech).

Cieszy występ Jakuba Mrowca w roli Mowgliego (jego piosenka tutaj). Młody aktor nie szarżuje, ale zachowuje młodzieńczą energię, co jest zdecydowanie nieczęste w przypadku dziecięcych występów.

„Księga dżungli” Jakuba Szydłowskiego to spektakl atrakcyjny i mądry. Bazując na klasycznej literaturze i wykorzystując atrakcyjne środki wyrazu, jakimi dysponuje teatr muzyczny, bawi i urefleksyjnia. To wzorcowy wręcz przykład teatru na dzisiejsze czasy, teatru komunikatywnego i zarazem wyrafinowanego, który daje satysfakcję artystom i widzom. Czas poranił go, ale gdy wróci normalność, pełna widownia wydobędzie z niego wszystkie barwy i smaki.


Tytuł oryginalny

Dżungla z łaj-fajem, czyli spektakl doświadczony i podwójnie rodzinny

Źródło:

Gazeta Świętojańska online
Link do źródła