Logo
2.04.1998 Wersja do druku

Dynda, dynda stryczka cień

Ma Witkacy swój teatr czystej formy! Aby oczarować widzów, Jan Szurmiej nie poskąpił niczego: jest nawet trap bohaterki, kołyszący się na sznurku nad sceną w upiornych poświatach - jak żywy!

Nie bardzo umiem ten spektakl zrecenzować. Bo to żywioł na scenie. Jest tu chór teatru rewiowego, dramat realistyczny a la Bałucki, mistyczna technodyskoteka, wodewil rodem z Krumłowskiego, scenki z objazdowego teatrzyku, żywe obrazy według Perzyńskiego, ekspresjonizm dekoracji według dr. Mabuse, secesyjna bielizna, żydowski folklor i klezmerskie zaśpiewy. Dość, by oczarować albo zdezorientować, jeśli kto potraktuje inscenizację tekstu Singera serio. Ja - nawet mrużąc oko na widok wisielca na scenie i nucąc refren Jeremiego Przybory o dyndaniu - czuję się zdezorientowany. Choć nie o gustach i przesłaniach myślę, lecz stylu. Bo ten "Sztukmistrz z Lublina" to produkt naszych czasów, czyli kompletny miszmasz form: od realizmu kostiumów po upiorne "neonowe" poświaty nad sceną, od Wagnerowskich, zdumiewająco długo wytrzymanych dźwięków smyczków po rzeczywiście spazmatyczne jak oddech zdradzonej kochanki okruchy motywów, od radosnych ewolucji kuglarzy

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Dynda, dynda stryczka cień

Źródło:

Materiał nadesłany

"Gazeta Dolnośląska" nr 128

Autor:

Leszek Pułka

Data:

02.04.1998

Realizacje repertuarowe