26.02.2007 Wersja do druku

Drewniane brzydkie kaczątko

Beata Pejcz starała się zachować klimat smutnej opowieści o brzydkim, niedopasowanym do otoczenia i niechcianym kaczątku, które wyrosło na pięknego łabędzia, ale przedstawienie nie jest udane. Brakuje w nim lekkości, wdzięku, poezji. Trudno jakoś przejąć się losami tułającego się po nieprzyjaznym świecie szarego drewnianego kaczątka.

Niby wszystko jest jak u Andersena: kacze rodzeństwo ograniczone i złośliwe, kot i kura zarozumiali i okrutni, gąsiory głupie, kaczątko nieszczęśliwe i pragnące miłości. Reżyserka nie skupiła się jednak na opowiadaniu historii, lecz na rozwiązywaniu poszczególnych scen zgodnie z tym, co wymyśliła jako zasadę spektaklu. Spektakl rozpoczyna się bieganiną pod zamkniętymi białymi drzwiami. Biega cała obsada - osiem osób - tupiąc, uciszając się nawzajem i tworząc takie napięcie, że jeden z małych widzów nie wytrzymał i rozpłakał się straszliwie. Cały ten horror służy przekazaniu informacji, że oto za drzwiami pan Andersen pisze baśń i nie wolno mu przeszkadzać. Mam nadzieję, że prawdziwy Andersen tworzył w lepszych warunkach. W każdym razie baśń powstaje po kawałku - co jakiś czas drzwi się otwierają i wyjeżdża zza nich krzesło. Na krześle - rekwizyty służące przeistaczaniu się aktorów grających domowników Andersena w postac

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Drewniane brzydkie kaczątko

Źródło:

Materiał nadesłany

Gazeta Wyborcza - Kraków nr 48

Autor:

Joanna Targoń

Data:

26.02.2007

Realizacje repertuarowe