"Księgę Hioba" w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu ocenia Krzysztof Kucharski.
Wybierając się na "Księgę Hioba" od rogu ulic - św. Mikołaja i Rzeźniczej - trzeba sobie zacząć intensywnie powtarzać jak różaniec: ja wcale nie idę do teatru, ja wcale nie idę do teatru, ja wcale... Ja wcale nie żartuje. Już na konferencji prasowej reżyser Piotr Geplak ostrzegał, że przepędzi ze sceny teatr i wszelką teatralność na cztery wiatry. Słowa dotrzymał w 95 procentach. Każdy, kto zechce zobaczyć najnowszą premierę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, trafi na koncert rozpisany na trzy głosy kobiece, sześć męskich oraz trio muzyczne nastrajające dramatycznie. Zastanawiamy się tylko, po cholerę wiszą te czarne szmaty wokół estrady wypolerowanej też na czarno. Może po to, by skupić uwagę na grajkach? Jak przed każdym koncertem na estradę wychodzi konferansjer (Maciej Tomaszewski) stosownie do wzniosłej chwili ubrany w czarny smoking i pięknie streszcza nam utwór, żebyśmy wiedzieli, czego będziemy słuchać. Potem już tylko