To spektakl-podróż do odnalezienia zdekonstruowanej tożsamości - o "Śmierci i zmartwychwstaniu świata" w reż. Eweliny Marciniak w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie pisze Tomasz Kaczorowski z Nowej Siły Krytycznej.
Kiedy wchodzę na Nową Scenę Starego Teatru na "Śmierć i zmartwychwstanie świata moich rodziców we mnie", mojego wzroku nie przykuwają czekający już aktorzy: Roman Gancarczyk, który stoi w bezruchu dokładnie w centrum z czerwoną walizką u boku, Katarzyna Krzanowska myjąca podłogę, trzy aktorki harcujące za błyszczącym przepierzeniem z lewej strony. Interesuje mnie scenografia (Michał Korchowiec). Z lewej strony odsłonięto okno na ulicę Jagiellońską, którą przechodzą gapie, spoglądając do środka. Przestrzeń wypełniają kolorowe materace. W oczy rzuca się skryta za zasłoną ze złotych nitek ściana oklejona plakatami i fototapetą z hawajskim motywem (świetne podkreślenie płaskości marzeń o dostatnim życiu) i labirynty czarnych półek (jakaś dziwna pusta meblościanka), za którą, w głębi, jest stos szarych drabin. Wszystko wygląda niesamowicie. Bohater spektaklu, Mężczyzna (Roman Gancarczyk), wprowadza się do wynajętego mieszkania. Ma