Trudno nie lubić przedstawień Hanuszkiewicza, choćby dlatego, że w jego teatrze nigdy nie grozi nuda. Każde z jego przedstawień ma w sobie jakieś pomysły, jakieś chwyty, zmuszające do aktywnego w nim uczestniczenia. Aktywny stosunek inscenizatora do wystawianego utworu udziela się tu zawsze odbiorcy, sprawia, że spektakle Teatru Powszechnego, reżyserowane przecież z reguły przez samego Hanuszkiewicza, bywają bardzo dobre, bywają złe, albo nierówne, ale nigdy nie są nijakie.
Tak samo oczywiście jest i z przedstawieniem "Ich czworo", choć nie jest to na pewno dobre przedstawienie. Cała inscenizacja oparta została na kilku "pomysłach". Pierwszy z nich, to przeniesienie akcji w lata trzydzieste, a więc w epokę kostiumologicznie bardzo nam dziś bliską. Drugi pomysł, to stylizacja, stwarzająca dystans do naturalistycznie potraktowanej przez Zapolską materii tej komedii. Ten pomysł, a raczej "chwyt", polega na tym, że akcja sceniczna co pewien czas nagle się zatrzymuje, a biorące w niej udział osoby zamierają w dramatycznych pozach, tworząc pełen napięcia żywy obraz; jednocześnie rozlega się melodia i za chwilę akcja toczy się dalej. Jest to rzeczywiście bardzo ładna i dowcipna stylizacja - po trosze pastisz niemego filmu. Gdyby całe przedstawienie zostało w niej utrzymane, byłoby bardzo udane. Niestety, trzeci pomysł polega na tym, że stanowi zaprzeczenie poprzedniego. Dość przecież łagodny naturalizm Zapolskiej został w c