Logo
Magazyn

Czterech mężów, fakty i tajemnica, którą zabiera się do grobu

15.09.2026, 14:13 Wersja do druku
„Femme Fatale” to spektakl dla tych, którzy kochają teatr w starym stylu. Bez fajerwerków, bez efektów specjalnych, taki, który opiera się na prawdzie i historii. A życie Iny Benity było bardziej skomplikowane niż fabuły wszystkich filmów, w których grała jako przedwojenna gwiazda. Przekonamy się o tym 12 i 13 września na scenie Teatru im. Adama Mickiewicza. W roli głównej – Sylwia Oksiuta-Warmus.

fot. mat. teatru

Czy hotelowa pokojówka, mieszkająca w latach 60. na amerykańskiej prowincji – to Ina Benita, gwiazda polskiego przedwojennego kina? A jej śmierć w czasie powstania warszawskiego, to mistyfikacja? Tymi pytaniami zapowiadacie spektakl „Femme Fatale”, w którym grasz tytułową rolę. W nowym sezonie wraca gościnnie na częstochowską scenę. Widzowie o niego dopytywali, a biletów już praktycznie nie ma. To cieszy?

Sylwia Oksiuta-Warmus: Bardzo, bo spektakl został dobrze przyjęty. Nie było to na początku takie oczywiste, bo to raczej niszowa produkcja. Jeśli ktoś interesuje się starym kinem, to na pewno się zaciekawi, ale dla innych mogła być to wyłącznie zaprzeszła historia. Na szczęście okazało się, że temat się spodobał. Feedback - najpierw od widzów krakowskich, bo tam gramy „Femme Fatale” dłużej, potem od częstochowskich - udowodnił, że warto stawiać na takie opowieści. Co dla mnie szczególnie ważne, bardzo przychylne były również opinie dwóch biografów Iny Benity – Marka Telera i Piotra Gacka [autora książki „Ina Benita za wcześnie na śmierć” - przyp. red.]. To również dodało mi wiatru w skrzydła.

Zatrzymajmy się przy pierwszym nazwisku, bo bez książki „Zagadka Iny Benity. AK-torzy kontra kolaboranci”, ten spektakl by pewnie nie powstał.

- To Marek Teler w 2018 roku odkrył, kontaktując się - najpierw z wnukiem Iny - Gregiem, potem z jej synem - Tadeuszem, że aktorka przeżyła powstanie warszawskie. Do tej pory wszyscy myśleli, że zginęła w kanałach. Taką informację do dziś zresztą podaje np. Encyklopedia Teatru Polskiego. Prawda okazała się inna. Przez Austrię, Niemcy, Francję (gdzie śpiewała na pogrzebach i tańczyła w klubach m.in. w Cannes), ale też Algierię i Maroko dotarła do Stanów Zjednoczonych. Tam – z czwartym już mężem – założyła rodzinę. Nikomu z bliskich nie powiedziała, kim była w przedwojennej Polsce, nie wspominała, że grała w „Dwóch Joasiach” czy „Puszczy”. Gdy ją dopytywano o przeszłość, mówiła, że trafiła do obozu, nie miała jednak tatuażu z numerem. Jej synowa wspominała, że pytała ją o dawne życie wielokrotnie, jednak Ina zabrała tajemnicę do grobu. Zmarła w 1984 roku, przyczyną była obturacyjna choroba płuc.

fot. mat. cgk.czestochowa.pl

Nałogowo paliła papierosy…

- Korzystała z lufki, paliła bardzo dystyngowanie. Miała zresztą wiele takich cech gwiazdy, które nie do końca pasowały do tego, czym jako pokojówka i sprzątaczka zajmowała się w Ameryce. Zawsze miała więc na przykład pomalowane paznokcie. W wolnych chwilach malowała też obrazy. Niestety, w większości uległy zniszczeniu, gdy przez miejscowość, w której żyła, przeszedł huragan.

Te tajemnice najpierw trafiły do biografii, potem na scenę. Skąd pomysł spektaklu?

- Chciałam nim uczcić 20-lecie pracy artystycznej, które obchodziłam w ubiegłym roku. Lubię literaturę biograficzną, czytając trafiłam na częstochowskie wątki. Okazało się, że gwiazda kina chciała spełnić się jako aktorka dramatyczna. Do naszego teatru przybyła w ślad za Iwo Gallem, ówczesnym dyrektorem instytucji. W sezonie 1933/1934 wystąpiła aż w 15 premierach! Wtedy był to Teatr Kameralny, duża scena nie istniała, a oni te nowe produkcje realizowali wręcz masowo. Ina grała i epizody, i główne role. Za każdym razem robiła ogromne wrażenie.

Pomyślałam, że opowiedzenie jej historii na scenie kameralnej, na której grała Benita i której dziś patronuje właśnie Gall, będzie dobrą klamrą. Niestety, plany na mój jubileuszowy sezon były w Częstochowie napięte, spektakl powstał więc w Teatrze Współczesnym w Krakowie, z którym współpracuję już od kilku lat. Po tamtej premierze, dyrektor Magdalena Woch [szefowa „Mickiewicza” – przyp. red.], zaprosiła „Femme Fatale” do naszego miasta. Graliśmy ją na przełomie lutego i marca, a teraz wracamy na otwarcie nowego sezonu.

Reżyserii spektaklu podjął się Jacek Koprowicz. Znaliście się wcześniej, w jego „Mistyfikacji” zagrałaś Marylin Monroe.

- To był epizod, ale dla mnie ważny. Poznaliśmy się jednak wcześniej, pewnie z 18 lat temu, gdy studiowałam w Krakowskiej Szkole Scenariuszowej. To taka pełnoletnia już znajomość. Zupełnie przypadkiem (choć przypadków podobno nie ma), dwa lata temu udało nam się odnowić kontakt. Zrobiliśmy „Femme Fatale” i mamy kolejne wspólne plany.

Opowiadacie o tajemnicach, czym najbardziej zaskoczyła Cię Benita?

- Jej mottem życiowym było „jestem na śmierć zakochana w życiu”. Kierując się nim, udało się Inie przetrwać. Mnie zaskoczyła odwagą, tym jak szła przez życie. Gdy - na tle rabunkowym – zamordowano jednego z jej mężów, Niemca [Hansa Georga Pascha – przyp. red.], potrafiła iść do baraków, pić z robotnikami, by dowiedzieć się, kto dokładnie odpowiada za śmierć jej ukochanego.

W ogóle posiadanie czterech mężów to już odwaga (śmiech!). Ale tak poważnie, to nie wiem, czy zdobyłabym się na podobną wytrwałość. Przez tyle lat nosiła swoje tajemnice, nie zdradziła ich nawet najbliższym. Nie wiem, czy bym wytrzymała. Choć oczywiście rozumiem, że milczała, bo mogła obawiać się posądzenia o kolaborację, jej losy były dosyć burzliwe. Kontakty z Niemcami, dawny kochanek Austriak, miłość do Igo Syma [słynnego amanta filmowego – przyp. red.], który podpisał volkslistę… Jednak w tym wszystkim Ina zachowała jakiś kręgosłup moralny, nigdy na przykład nie wystąpiła w filmie antypolskim, choć Sym ją do tego mocno namawiał.

Przyznam, że bałam się tego, jak jej historia zostanie odczytana, czy Ina nie zostanie odebrana jako ta, co się „sprzedała”, która zdradziła. Sama daleka jestem od oceniania, świat nie jest czarno-biały, nie wiem, jak zachowałabym się w wojennych czasach, gdy musiałabym chronić swoją rodzinę. Nie znam odpowiedzi.

W „Femme Fatale” również nie podajecie rozwiązań na tacy…

- Przedstawiamy tę historię z perspektywy operatora dźwięku Jacka Urbaniaka, który również inspirowany jest autentyczną postacią. Ten spektakl w 99 proc. oparty jest na faktach. To takie biograficzno-psychologiczne przedstawienie. Jedynie spotkanie Iny i Jacka w hotelu jest hipotetyczne, a jednocześnie możliwe, bo on w tym czasie mieszkał kilkaset kilometrów od niej.

Co ciekawe, Jacek Koprowicz jako dziecko poznał pierwowzór Urbaniaka i jego ojca, słyszał podobne rozmowy do tych, które padają na scenie. Bo scenariusz oparty jest nie tylko na podaniach historyczno-faktograficznych, ale też na przekazach rodzinnych.

Ina szukała aktorskich wyzwań na scenie i Ty też, pracując nad „Femme Fatale” się na takie odważyłaś. Śpiewasz w tym spektaklu, choć przez lata od tego stroniłaś.

- Nie czułam się na siłach, bo uważałam, że inne koleżanki są lepiej ode mnie wokalnie przygotowane. Nawet, gdy proponowano mi śpiewaną rolę, dziękowałam i polecałam kogoś innego. I dopiero dwa lata temu od dysfunkcji hiperfunkcjonalnej zaczęła się podróż z głosem. Okryłam, że to nie jest kwestia samego talentu, tylko też rozwijanie umiejętności słuchu muzycznego i otwarcia na to. Tożsamość głosu jest mocno związana z tym, w jaki sposób funkcjonujemy i myślimy o sobie w tym kontekście. Bardzo mnie to fascynuje. Nigdy nie będę piosenkarką, ale śpiewanie sprawia mi radość. Występy w kabarecie, to, że śpiewam w „Femme Fatale”. Nie robię tego, żeby zabłysnąć wokalnie, to nie jest moja droga, ale po to, żeby nie unikać zadań aktorskich, kiedy mi je dają. A tak robiłam przez całe lata.

Zależy Ci, żeby pamięć o Benicie podtrzymywać. Stąd po raz kolejny spektaklowi towarzyszą też inne wydarzenia.

- Ponownie w holu teatru zaprosimy na wystawę „Inna Ina”. Pokażemy m.in. obraz Izabelli Sowier-Kasprzyk, fotografie Piotra Dłubaka oraz rysunki Tomasza Brańskiego. Spektakl gramy dwukrotnie 12 i 13 września. Po sobotnim pokazie odbędzie się panel dyskusyjny, podczas którego porozmawiamy choćby o częstochowskim wątku w biografii Benity. Zaproszenie do jego prowadzenia przyjął dziennikarz Janusz Pawlikowski, który wcześniej już pisał o tej artystce. Opowiadać będziemy razem z reżyserem Jackiem Koprowiczem, dyrektorem Teatru Współczesnego i odtwórcą roli Urbaniaka – Bartoszem Jarzymowskim. Mam nadzieję, że czynny udział w dyskusji weźmie również częstochowska publiczność.

Dla kogo zrobiliście „Femme Fatale”?

- Nie tylko dla fanów starego kina, nie tylko tych, którzy lubią biografie, ale każdego, kto kocha teatr w starym stylu. Bez fajerwerków, bez efektów specjalnych, taki, który opiera się na prawdzie i historii.

Spektakl już w najbliższy weekend, ale dla Ciebie cały wrzesień jest zawodowo intensywny. Niebawem premiera „Trzech światów” w reżyserii Julii Szmyt. Również pokażecie ją na scenie kameralnej.

- Gram razem z Sylwią Kaczmarczyk i Szymonem Kowalikiem. Spektakl adresujemy głównie, ale nie tylko do młodzieży. Opowiadamy o wpływie wysokich technologii na codzienność, o relacjach między rówieśnikami, rodzicami, o cyberprzestrzeni, która nas otacza. „Trzy światy” pokażmy również w szkołach, a ja jestem szczęśliwa, że niektóre ze spektakli będą tłumaczone na język migowy. Bardzo mi na tym zależało.

Zdradzę, że gram tu czystą formą. Wymaga to ogromnego skupienia. Nie ma tu miejsca na moją emocjonalność, ani na wybryki natury improwizacyjnej. Tutaj muszę się zmieścić w „ramkach” i rzeczywiście jest to dla mnie sprawdzian. Aż tak mocno formalnej roli dotąd nie grałam. Taka odmiana bardzo mnie cieszy. Lubię wyzwania.

Tytuł oryginalny

Czterech mężów, fakty i tajemnica, którą zabiera się do grobu

Źródło:

www.cgk.czestochowa.pl
Link do źródła

Autor:

Zuzanna Suliga

Data publikacji oryginału:

11.09.2026

Sprawdź także