Przesłanie "Praskiego Si-Fi" nie polega na jałowym defetyzmie - spektakl dobitnie wyraża pewne rzeczy, których teatr w Polsce w swoim odruchowym konformizmie przebranym za zaangażowanie przyznawać nie lubi - pisze Witold Mrozek.
"Kapitanowie we własnych wannach" - tak powiedział kiedyś o felietonistach klasyk gatunku, Daniel Passent. Za marynistyczno-łazienkową metaforą kryje się konstatacja, że w paru mniej lub bardziej żartobliwych akapitach, zza nieformalnego, półpoważnego tonu - można powiedzieć nieraz coś, co inaczej niekoniecznie by "przeszło". Tak przynajmniej miało być w złotych czasach polskiego felietonu, gdy niektórzy uwielbiali Passenta liberalnego ironistę, a inni nienawidzili Passenta reżimowego hipokryty. Skąd ten prasoznawczy wstęp? Teatr, mam wrażenie, zaczyna w ostatnich sezonach powielać ten sam mechanizm. Najistotniejsze rzeczy o sobie i swoim miejscu w świecie mówi w małych formach robionych "na boku". I tak w wakacje, w ramach niewielkiego projektu festiwalowego, na kameralnej scenie i w parę tygodni, powstała najważniejsza może premiera Teatru Powszechnego za dyrekcji Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego - tętniące ostrym humorem i politycznymi kon