Logo
Magazyn

Córka Kantora: był reżyserem i scenografem codzienności

15.05.2026, 17:06 Wersja do druku

Na scenie tworzył Teatr Śmierci, poza nią – bezkompromisowy teatr życia. Postać Kantora znów przyciąga za sprawą wystawy jego prac, którą otwarto w Wenecji. - Także w miejscach, gdzie mieszkał, tworzył niezwykłą atmosferę. Teatr codzienności z wyjątkową scenografią - wspomina w rozmowie z PAP Life córka artysty, Dorota Krakowska.

Misternie tkaną automitologię Kantora najlepiej poznać poprzez jego dzieła. Szansę na to daje m.in. trwająca do 22 listopada wystawa „Tadeusz Kantor (1915–1990). Emballage, Cricotage and Madame Jarema”, organizowana przez Fundację Rodziny Staraków w weneckich wnętrzach Procuratie Vecchie przy placu św. Marka. To jedno z oficjalnych wydarzeń towarzyszących tegorocznemu Biennale Sztuki. Prezentowane są najważniejsze wątki malarskiej twórczości Kantora, uzupełnione o oryginalne rekwizyty i obiekty z jego spektakli, w tym wybór kompozycji informel (ekspresyjne, niegeometryczne obrazy) z przełomu lat 50. i 60. oraz ambalaże (artysta opakowywał przedmioty codziennego użytku) z lat 1964-1978. Wystawa stała się impulsem dla PAP Life do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, kim był Kantor prywatnie. - Kantor zawsze miał artystyczną prezencję. Sztuka była we wszystkim, był reżyserem i scenografem codzienności. Jest jedna rzecz, która jest dla mnie bardzo ważna - estetyka wszystkich jego mieszkań. W miejscach, które zasiedlał, tworzył niesamowitą atmosferę. Teatr codzienności z wyjątkową scenografią. Z pomocą teatralnych stolarzy pozbijał meble z desek, to miało urok – wspomina w rozmowie z PAP Life córka artysty, Dorota Krakowska.

Ten eksperymentalny reżyser, malarz, scenograf i współtwórca polskiego happeningu zdobył międzynarodowe uznanie. Tworzył wokół siebie aurę lidera, bezkompromisowego twórcy. Nigdy nie schodził ze sceny – dyrygował aktorami niczym orkiestrą i z premedytacją ustawiał widownię tak blisko nich, aby zacierać bezpieczną granicę. Ekspresja w gestach i ruchach składała się na jego zapamiętany przez wszystkich wizerunek.

„Kantor (…) pracował nad swoją sylwetką, mówił, że każdy powinien mieć opracowany wygląd i na pewno wystudiował sobie przed lustrem te szaliki, kapelusze i nawet ruchy. Ruchy miał jak na mężczyznę trochę zabawne, robił małe kroczki… Bardzo dużo przekazywał przez gest” – tak opisała go Janina Kraupe-Świderska w książce „Zostawiam światło, bo zaraz wrócę. Tadeusz Kantor we wspomnieniach swoich aktorów” pod redakcją Jolanty Kunowskiej.

Jego wizerunek sceniczny i pozasceniczny dopełniał prosty, ale niezwykle starannie dopracowany, elegancki strój. Jak czytamy na stronie Cricoteki, w szafie przechowywanej w pracowni przy ulicy Siennej „zachowało się kilkadziesiąt par takich samych czarnych, skórkowych, włoskich mokasynów, białe koszule, porządne wełniane marynarki. Na wieszaku wisi czarny płaszcz, beret i szalik. Taki jak na jego szkicach do Pomnika Wiecznego Wędrowca, który jest jego autoportretem”. Nawet takie elementy, jak płaszcz, kapelusz, szal i papieros w dłoni, można postrzegać jako jego osobiste rekwizyty.

Czy zatem Tadeusz Kantor dał się poznać poza sztuką? - W pewnym sensie tak – przyznaje Natalia Zarzecka, dyrektor Ośrodka Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka w Krakowie. - Naszą siedzibę przy ulicy Siennej Kantor pozostawił z wyraźną dyspozycją, że ma pozostać taka, jak ją opuścił. Zatem mamy możliwość zobaczenia jego codzienności, miejsca, w którym spędził ostatnie lata życia. Nawet jeżeli widzimy go prywatnie - w bardzo intymnych rysunkach, szkicach, tekstach, bo przecież takie też zostawił - to jest jeden warunek. To jest na jego zasadach. Pamiętajmy jednak, że Kantor żył sztuką, ona była dla niego najważniejsza – dodała Zarzecka.

Obcowanie z nim wymagało akceptacji trudnego charakteru. - Miał charakter choleryczny – wybuchał, ale później to wszystko nie miało swojej kontynuacji, nie było pielęgnowania urazów – wspomina w rozmowie z PAP Life Lech Stangret, kurator, krytyk i historyk sztuk, były aktor teatru Cricot2. Stangert pod skrzydła Kantora trafił przypadkiem. Chciał zdawać na turystykę i rekreację na warszawskim AWF-e. Stołeczna uczelnia nie oferowała takiego kierunku, więc z uwagi na fakt, że w Krakowie mieszkała jego babcia oraz siostra ojca - Maria Stangret-Kantor, żona artysty – Stangret zamieszkał w stolicy Małopolski.

- Babcia powiedziała, że Marysia i Tadeusz akurat są w Krakowie, sugerując odwiedziny. Tadeusz był przemiły, zresztą bardzo zainteresował się tym, co mam zamiar robić. Powiedziałem, że zdaję na AWF. Trochę się żachnął, chyba nie bardzo podobało mu się moje zainteresowanie tą dziedziną, dodał tylko żebym po egzaminach przyszedł do niego. Egzaminy mi nie poszły, gdy się o tym dowiedział, odparł: „To znakomicie, to doskonale się składa, bo potrzebuję takiego młodego człowieka do Wielopola. Pojedziesz do Florencji. Pojechałem, zupełnie zielony, niemający wcześniej nic wspólnego z teatrem – wspomina. 

Ta decyzja na dobre odmieniła jego życie. Jednocześnie, historia Stangreta w nieoczywisty sposób pokazuje zakulisowego Kantora, który pisał długie, płomienne listy, w których to Stangreta przedstawiał jako postać najważniejszą dla polskiej kultury, by odroczyć jego służbę wojskową. Podczas półrocznego pobytu we Florencji osobiście uczył go wrażliwości na piękno i sztukę. Pod wpływem tych doświadczeń Stangret zdał na historię sztuki. Edukacja u Kantora bywała jednak bolesna. Opowieści o jego atakach furii na próbach stały się środowiskowymi legendami.

- Na próbach dostawałem w kość. On pokazywał, co mam robić. Ja próbowałem, ale nie wychodziło. Wtedy się denerwował, krzyczał. Do dziś pamiętam, jak wykrzykiwał, żebym nie robił mu Teatru Kolejarza, a ja nie wiedziałem, o co mu chodzi z tym teatrem. Właściwie nie było chyba aktora, który nie dostałby od niego bury. A później kończyła się próba i mówił: „Dzisiaj świetnie, znakomicie poszło, dajcie wino” – przyznaje.

Za tą szorstką fasadą kryła się jednak głęboka troska o zespół i świadomość własnych metod pracy. - Po jednej z takich prób, na której znowu dostałem burę, wszyscy wyszli, ja poczekałem. A tu się okazało, że Kantor na mnie czekał. Wziął mnie za ramię i powiedział, żebym się nie przejmował tym, co się dzieje na próbie. Że on nie denerwuje się na mnie, tylko na siebie, bo chce ze mnie wydobyć to, co widzi, że mogę zrobić. Kantor był świetnym nauczycielem, znał teatr od podszewki, pracował bardzo emocjonalnie, tworzył coś w rodzaju gorączki, był malarzem, patrzył na spektakl, jak na obraz – wspomina.

Próba oddzielenia prawdziwego Tadeusza Kantora od jego scenicznej legendy wydaje się niemożliwa, ponieważ on sam starannie zacierał te granice. Po spektakularnym, międzynarodowym sukcesie „Umarłej klasy”, gdy krytyka okrzyknęła spektakl arcydziełem, reżyser zaczął drobiazgowo analizować własną przeszłość, karierę, by dociec powodów swojego sukcesu.

- Swego czasu postawiłem taką tezę, że Kantor nie pisał swojej autobiografii, on pisał swoją automitologię – przyznał Stangret.

Źródło:

PAP

Sprawdź także