Logo
Recenzje

Come with me, come with me

15.05.2026, 11:41 Wersja do druku

„Drakula” Bram Stokera w reż. Kipa Williamsa w Noël Coward Theatre w Londynie. Pisze Tomasz Domagała na stronir DOMAGAŁAsięKULTURY.

fot. Daniel Boud/ mat. prasowe

Angielski teatr jest przede wszystkim teatrem autora i aktora. Spektakle, które oglądamy na scenie, zwłaszcza te oparte na klasycznych opowieściach, znanych powszechnie odbiorcom zanurzonym w kulturze, są prawie zawsze wierne oryginałom. Siłą zaś tego typu widowisk jest zazwyczaj wybitne realistyczne aktorstwo, skupione na powołaniu do życia świata zaklętego w słowach. Nie oznacza to oczywiście, że angielscy artyści tej konwencji nie kwestionują czy nie sprawdzają jej granic, jeśli jednak tak się dzieje, odbywa się to zawsze sposobami na pierwszy rzut oka niewidzialnymi. Z drugiej strony należy też uczciwie przyznać, że teatr ten – zauważając technologiczny progres społeczeństwa zapełniającego widownie – ciągle próbuje poszukiwać nowych sposobów opowiadania, bo realistyczny styl, w ramach którego aktorzy (nawet ci z wielkimi nazwiskami), siedzą za stołem i rozmawiają przez dwie godziny, zaczyna trącić myszką i odchodzić do lamusa. Opowieści o jego końcu są oczywiście przesadzone, wie to każdy, kto chociaż raz robił przegląd tego, co na londyńskim West Endzie modne i pożądane. Piszę tu oczywiście o teatrze dramatycznym, świat musicali bowiem rządzi się w Wielkiej Brytanii zupełnie innymi prawami. 

Reżyser Kip Williams należy do grupy artystów poszukujących, eksplorujących w teatrze jego mariaż z filmem na niespotykaną dotąd skalę. Próbuje w ten sposób znaleźć nowe sposoby opowiadania, bardziej adekwatne dla percepcji widzów epoki internetu i sztucznej inteligencji. Jego poprzedni spektakl „Portret Doriana Graya” – zrealizowany w konwencji monodramu z gwiazdą – którego głównym założeniem było rozpisanie opowieści Oscara Wilde’a na jedną aktorkę (znaną z serialu „Sukcesja” Sarah Snook) oraz kilka kamer, przyniósł mu na West Endzie oszałamiający sukces. Pewnie dlatego zdecydował się powtórzyć swój koncept, biorąc się tym razem za znakomitą fabułę Brama Stokera i angażując do jej opowiedzenia niekwestionowaną gwiazdę West Endu – Cynthię Erivo, opromienioną dodatkowo sławą występu w hollywoodzkiej wersji musicalu „Wicked”.

Williams powierza jej więc dwadzieścia trzy postaci występujące w powieści, rozgrywając fabułę „Drakuli” przy pomocy nałożenia na siebie żywego teatralnego planu, nieustannie realizowanego na żywo jego streamingu oraz nagranych wcześniej filmowych sekwencji. W czasie spektaklu owe plany są ze sobą w najwymyślniejszy sposób połączone, a wszystko po to, żeby aktorka w różnych konfiguracjach relacji swoich bohaterów mogła w wiarygodny sposób przedstawić fabułę Brama Stokera. Oglądamy to wszystko na scenie (królestwo Cynthii, teatralnej aktorki) oraz na ogromnym ekranie, na którym wyświetlają się obrazy konstruowane przez reżysera. Napięcie między tym, co widzimy na żywo a tym, co jest nam wyświetlane, stanowi dramaturgiczny trzon spektaklu, zabierając widza w naprawdę hipnotyczną teatralną podróż. Co ciekawe, nie jest to sztuka dla sztuki. Jako że „Drakula”  jest opowieścią o wampirach, a więc o istotach, które nie odbijają się w lustrze, często oglądamy scenę w dwóch wymiarach jednocześnie. W realnym żywym planie bohaterka Cynthii Erivo, stająca się nagle również narratorką, opowiada nam kolejny epizod fabuły, na ekranie zaś oglądamy ją w tej samej scenicznej rzeczywistości, uzupełnionej obecnością wampirycznych postaci, granych oczywiście przez… Cynthię, tyle że we fragmentach filmowych. Wiele scen ma więc różnych narratorów, co świetnie dialoguje z formą oryginału, który jest przecież napisany w konwencji powieści epistolarnej. Tyle forma.

W sferze treści „Drakula” Williamsa jest bardzo wierny Bram Stokerowi, co nie oznacza, że sceniczna adaptacja jest tradycyjna, bez aluzji do współczesności. Modyfikacje względem oryginału są jednak delikatne i opierają się przede wszystkim na aktorstwie Cynthii Erivo oraz różnych sposobach kreacji bohaterek/bohaterów. Wrażliwy widz może się udać ich śladem, otrzyma wtedy niepowtarzalną szansę zobaczenia w tym spektaklu czegoś więcej niż klasycznej adaptacji znanej powieści. W scenie finałowej na przykład Van Helsing i spółka dopadają wreszcie Drakulę (dostojna i tajemnicza Cynthia Erivo w różowej peruce), który w ostatniej trumnie z niepoświęconą ziemią próbował wrócić do swojego zamku w Transylwanii. Wampir, wiedząc już, że zostanie unicestwiony, zwraca się nagle do swoich oprawców, łapiąc się ostatniej deski ratunku – ich empatii. Inaczej niż w książce wampir  wychodzi z roli wcielonego zła, pokazując swoją prawdziwie ludzką twarz. Cynthia Erivo pojawia się osobiście na proscenium i – zwracając się bezpośrednio do widzów – śpiewa poruszający fragment piosenki, której refren brzmi „Come with me (Chodź ze mną)”. Ta delikatna zmiana zakończenia, w połączeniu z nigeryjskim akcentem, jakim posługuje się Erivo, żeby sportretować hrabiego, sprawia, że przedstawienie to nabiera nieoczekiwanie charakteru politycznego. Gdyby bowiem przyjrzeć się na chłodno samej opowieści o Drakuli, okaże się ona również historią „innego”, który podąża do obcego dla siebie kraju, motywowany wieczną samotnością oraz desperackim wręcz pragnieniem miłości (a szerzej – lepszego życia). Z tej perspektywy, spektakl Kipa Williamsa można więc odczytywać również jako mocny głos w obronie migrantów, pojawiających się w Europie dokładnie w tych samych celach. Ową narrację puentuje Van Helsing czyli Erivo ucharakteryzowana na Sarumana z tolkienowskiej trylogii. Daje znak swoim towarzyszom, którzy ostatecznie przemocą uwalniają hrabiego od jego nieszczęsnego losu. Kamery gasną, operatorzy znikają, a my znowu jesteśmy w rzeczywistym miejscu i czasie, tu i teraz, w Noel Coward Theatre. Aktorka/narratorka Cynthia Erivo leży na scenie, widzowie siedzą w fotelach, kłopotliwa nieśmiertelność właśnie przestała być problemem. No właśnie „kłopotliwa nieśmiertelność”, nadająca głębokie znaczenie filmowej warstwie spektaklu, z wirtuozerią budowanej tu przez reżysera i jego ekipę. Wszystkie elementy układanki trafiły właśnie na swoje miejsce.

Erivo jest znakomita. Filmowy styl spektaklu sprawia, że nie uprawia ona tu aktorstwa w UK powszechnego, a więc polegającego na fałszem podszytym udawaniu swoich postaci. Ona swoimi bohaterkami czy bohaterami się staje, manifestując fałszywość teatralnej konwencji, nie podgrywaniem swoich bohaterów, a zmianą kostiumu na naszych oczach. Przepuszcza przez siebie ludzi, nie udając ich, i to mimo tego, że zarówno pierwszoosobowy ton opowieści, jak i nieustanne przeskakiwanie między granymi rolami jej tego nie ułatwia. Im bardziej reżyser wraz z operatorami i Erivo obnaża teatralność tej opowieści, tym bardziej ona i jej narracje wydają się prawdziwe. Dlatego też najmocniej poruszają te momenty, gdy aktorka zwraca się do nas bezpośrednio. Tak jest w finale, tak jest w scenie, gdy jako Lucy, w białej spektakularnej peruce umiera, żeby przerodzić się w wampira. Nie ma tych chwil w spektaklu Williamsa wielu, ale dzięki tej strategii, mają one dużo większy ciężar emocjonalny i znaczenie, będąc źródłem prawdziwej magii.

Warto jeszcze dodać, że tego spektaklu nie byłoby, gdyby nie wybitna praca Craiga Wilkinsona, odpowiedzialnego za koncepcję i wykonanie video oraz Nicka Schliepera, autora świateł. Kostiumy Marg Horwell to najlepsza praca w tym elemencie przedstawienia, jaką widziałem w teatrze od lat, a to dlatego, że cała ekspozycja 23 postaci (a więc i spektakl) opiera się właśnie na nich. Są one dla widza precyzyjnym drogowskazem – oczywiście obok znakomitych wcieleń Erivo – jak się po całej tej opowieści poruszać. Dodatkowo są perfekcyjne wymyślone, uszyte i piękne – w końcu „Drakula” to przecież opowieść… kostiumowa. Dodatkowym mistrzostwem Horwell są tu sposoby, jakie musiała wymyślić, by kostiumy dało się zmienić w kilka sekund na naszych oczach – słowem: sztos! Znakomita jest muzyka Clemence Williams – przetworzone fragmenty Chopina, Czajkowskiego czy… Bjork – bez której cały ten świat Brama Stokera nie mógłby scenicznie zaistnieć – muzyka, dodajmy, uzupełniona pejzażem dźwiękowym Jessiki Dunn, transformującym ostatecznie tę opowieść na poziom zmysłów.

„Drakula” Williamsa to coś więcej niż spektakl z gwiazdą, to znakomite widowisko – nowoczesne, technologicznie oszałamiające, świetnie zagrane. Wisienką na torcie jest talent, wszechstronność i autentyczna aktorska prawda Erivo. „Come with me…”.

Tytuł oryginalny

Come with me, come with me – „Drakula” Bram Stokera/Kipa Williamsa w londyńskim Noël Coward Theatre

Źródło:

DOMAGAŁAsięKULTURY

Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

01.05.2026

Wątki tematyczne

Sprawdź także