08.04.2011 Wersja do druku

Cimcirymci po japońsku

- O świcie w barze znajomej mojego japońskiego przyjaciela śpiewałem japońskie piosenki, jak mi się oczywiście wydawało po japońsku. On góralskie przyśpiewki. Mówiąc za Gombrowiczem, "zbrataliśmy się" i zakochaliśmy się w sobie - o Japonii, do której początkowo wracać wcale nie chciał, opowiada JAN PESZEK

Jan Peszek: - Wszystko, co jest nie do zabrania z Japonii, to jej ulotność, tajemniczość. A także szczegół, którego my, Europejczycy, nie jesteśmy w stanie zauważyć Anna Goc: Mówi pan o sobie, że ma "niewyparzoną mordę". To musi przeszkadzać w kontaktach z Japończykami. Jan Peszek: Przeszkadza, nawet bardzo. Moja niewyparzona morda - czyli nazywanie zawsze rzeczy po imieniu i niepanowanie nad tym, co mówię w emocjonalnych sytuacjach - przeszkadzała najbardziej w pracy. Potrafiłem na próbach czy warsztatach przez 10 minut krzyczeć, a potem prosiłem tłumacza, żeby przekazał Japończykom, z którymi współpracowałem, tylko dwa zdania (śmiech). Tłumacz też się czasami uśmiechał, a artyści i tak doskonale rozumieli, że się denerwuję. Ale znosili to z cierpliwością wręcz niewolniczą, nigdy nie podejmowali rzuconej rękawicy. To było dla mnie podwójnie irytujące i od razu powstawało pytanie, czy kontakt z nimi jest w ogóle możliwy. Wola

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Cimcirymci po japońsku

Źródło:

Materiał nadesłany

Gazeta Wyborcza - Kraków nr 82

Autor:

Anna Goc

Data:

08.04.2011