EN
5.12.2022, 15:41 Wersja do druku

Cała Polska w teatrze Trzaskowskiego

Wojewoda mazowiecki ma racją, że władze Warszawy nie powinny powoływać Moniki Strzępki na dyrektorkę Dramatycznego. Ale czy prawica nie powinna w inny sposób walczyć o polski teatr? Pisze Piotr Zaremba w „Rzeczpospolitej”.

fot. Sisi Cecylia

Monika Strzępka odwołana! - alarmowały kilka dni temu media. Naturalnie, ciąg dalszy starcia wokół warszawskiego Teatru Dramatycznego nie może się równać rozgłosem z kwestią sprowadzenia do Polski niemieckich Patriotów czy z pomysłem na komisję weryfikacyjną badającą rosyjski wpływ na polską energetykę. Niemniej w teatrach toczy się jakiś wariant wojny kulturowej, a ta przekłada się na politykę.

Widmo cenzury

Przypomnę, że wojewoda Konstanty Radziwiłł zaprzecza, jakoby kogokolwiek odwołał. On jedynie podważył decyzję komisji konkursowej, która Strzępkę powołała w lutym. Komisja była wyłaniana w imieniu władz Warszawy. Wiceprezydent stolicy Aldona Machnowska-Góra natychmiast zareagowała oskarżeniami o cenzurę. Powtarzają tę formułkę broniący Strzępki artyści i dziennikarze, przede wszystkim z kręgów lewicowych.

Pozostawiam prawnikom ocenę, na ile wojewoda precyzyjnie interpretuje swoje prawo do kontroli organów samorządu „pod względem legalności". Nikt właściwie formalnych podstaw tej interwencji na razie nie kwestionuje, choć warszawscy politycy PO twierdzą, że Radziwiłł wyszedł poza swoją rolę, bo nie ograniczył się do ocen formalnych, ale ocenił program kandydatki. Ostatnie słowo będzie miał Naczelny Sąd Administracyjny. Władze Warszawy już zapowiedziały zaskarżenie decyzji wojewody. Teatrem kieruje bliska współpracownica Strzępki, na 8 grudnia zapowiadana jest pierwsza premiera jej kadencji. Czy wojewoda mógł zakwestionować wybór dyrektora teatru, nie wchodząc w rolę nadzorcy treści artystycznych? Rzecz w tym, że Radziwiłł twierdzi, iż organizatorzy konkursu ustalili kryteria wyboru, które następnie sami naruszyli, wybierając ofertę jaskrawo z nimi sprzeczną.

„Zgodnie z wymaganiami Organizatora, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy miał kontynuować tradycje tej sceny, łącząc poszanowanie tradycji teatralnego rzemiosła z poszukiwaniem nowoczesnych form scenicznych, z dbałością o wysoki poziom artystyczny. Organizator jednoznacznie określił linię programową Teatru, jako skierowanego do tzw. widzów środka. Wskazał wprost, że działalność Teatru powinna uwzględniać również stałą publiczność. Teatr powinien realizować ideę wspólnotowej niewykluczającej przestrzeni" - napisał urząd wojewody.

Dalej w uzasadnieniu decyzji znalazły się elementy polemiki ideowej z programem Strzępki, cały czas wiązane jednak z wymaganiami, jakie sformułowano przed konkursem. „Kandydatka, Pani Monika Strzępka zapowiedziała całkowitą zmianę dotychczasowej linii programowej, a zaproponowana przez nią koncepcja zaprzeczała oczekiwaniom Organizatora. Nowa linia programowa Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy, zaprezentowana przez Panią Monikę Strzępkę, zakładała bowiem - już na etapie składania oferty - całkowite odejście od tradycji tej instytucji kultury. Według zamysłu kandydatki, Teatr miałby stać się "miejscem dla mniejszości, dla tożsamości nienormatywnych, dla queeru«. Kandydatka zapowiedziała promowanie repertuaru o jednej linii światopoglądowej".

Czy teatr publiczny może deklarować realizowanie jednej ideologii? Strzępka wprost wpisała do swojego programu „feminizm". Można nad tym dyskutować do woli, podobnie jak nad prawem wojewody do podważania tego.

Uważam, że przechwytywanie jakiejkolwiek instytucji kultury przez kogoś, kto deklaruje ideologizowanie sztuki, jest patologią. Także przez kogoś, kto ma niewątpliwy talent i miał zawsze pełne prawo się wypowiadać jako twórca, ale indywidualnie, własnymi dziełami. Czy można taką patologię korygować metodami politycznymi? Niewątpliwie ryzykuje się upolitycznienie tematu i nieprzyjemną przepychankę.

A może ustawiony konkurs?

Sprzeczność między oczekiwaniami wstępnymi a tym, co wygrało, jest jednak oczywista. Oto, co zapowiadał wstępny dokument komisji konkursowej. „Podstawą działalności Teatru powinien być repertuar wypełniony inscenizacjami literatury dramatycznej, współczesnej oraz klasycznej, polskiej i zagranicznej oraz adaptacjami dzieł literackich. Teatr, dzięki silnemu zespołowi aktorskiemu, ma warunki, by w dalszym ciągu być ważną, skłaniającą do dyskursu sceną na teatralnej mapie Polski. Zgodnie z oczekiwaniami organizatora Teatr powinien być miejscem przyjaznym dla widzów i widzek" - napisali urzędnicy miasta Warszawy. Uderzające jest zwłaszcza pierwsze zdanie.

Strzępka zapowiadała na pierwszy sezon same spektakle oparte na pisanych ad hoc scenariuszach. Takich, jakie sama przez lata wystawiała na scenie. Z tego, co wiemy o pierwszym spektaklu, skądinąd utalentowanej Katarzyny Minkowskiej, „Mój rok relaksu i wypoczynku", powołuje się on wprawdzie na tytuł powieści Ottessy Moshfegh, ale powstaje w dużej mierze na scenie jako ciąg improwizacji. To z pewnością nie jest teatr literacki. Podobne są kolejne powpisywane do programu tytuły pierwszego sezonu i sezonów następnych. Owszem, znalazła się tam zapowiedź stworzenia „pracowni klasyki" i „pracowni dramatu współczesnego", ale bez konkretów.

Próżno w zwycięskim programie szukać klasyki czy istotnej literatury współczesnej, dramatów czy adaptacji. Przypomnę niektóre tytuły z czasów poprzedniego dyrektora Tadeusza Słobodzianka. To między innymi „Hamlet" Williama Szekspira, „Biesy" Fiodora Dostojewskiego, „Zamek" Franza Kafki, „Amadeusz" Petera Shaffera, „Rewizor" Mikołaja Gogola.

Słobodzianek pokonany w konkursie przez Strzępkę nieprzypadkowo był przekonany, że wygra. Przecież to jego program był idealnie zgodny z tym, czego w teorii domagali się miejscy urzędnicy. On sam jest człowiekiem o liberalno-lewicowych skłonnościach. Poza ważnymi pozycjami literackimi pojawiały się na jego scenach także spektakle oparte na współczesnych tekstach. Zwykle była to jednak przynajmniej nie najgorsza literatura. Także taka, która nacechowana była sympatiami progresywnymi, feministycznymi czy sprzyjającymi racjom LGBT. Ale tamten dyrektor nie ogłaszał się człowiekiem jednej ideologii, podobnie jak nie robili tego kiedyś Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz czy Piotr Cieślak, dawni dyrektorzy Dramatycznego. W tym sensie wybór Strzępki oznaczał drastyczne przerwanie ciągłości.

- Wśród tych warunków znalazły się takie stwierdzenia, że oczekuje się kontynuacji tradycji tego teatru, program czy repertuar powinien być adresowany do stałych widzów - przypominał Radziwiłł, uzasadniając swoją decyzję. - Okazało się, że konkurs wygrała i została powołana zarządzeniem na dyrektora tego teatru osoba, która praktycznie od samego początku mówiła, że będzie robić wszystko dokładnie na odwrót, że zrywa z całą tradycją tego miejsca, czy w ogóle kultury teatralnej tu realizowanej.

Nieliczne głosy przed bitką

Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, nie wdając się w spór prawny, że w tej sferze wojewoda ma całkowitą rację. Że tak było, potwierdzały nieliczne, ale ważne głosy, które trudno nazwać „prawicowymi". Na przykład Doroty Buchwald, byłej dyrektor Instytutu Teatralnego, która nie uzyskawszy w roku 2018 wyboru na kolejną kadencję, sama była broniona przez tak zwane środowisko jako „ofiara PiS".

Na znak protestu przeciw kilku konkursom na dyrektorów warszawskich teatrów, Buchwald ustąpiła z funkcji przewodniczącej Społecznej Rady Kultury przy prezydencie Warszawy Rafale Trzaskowskim. „Złamana została umowa społeczna, bo w jakimś sensie takie ogłoszenie jest "zamówieniem publicznym", a konkurs wygrała oferta niezgodna z ogłoszeniem" - tak komentowała w wywiadzie.

Strzępka odziedziczyła po Słobodzianku prawie cały zespół, ale z dwoma ważnymi wyjątkami. Odeszli z Dramatycznego Halina Łabonarska i Adam Ferency, znakomici aktorzy starszej generacji. Łabonarską kojarzy się z poglądami konserwatywnymi. Ale Ferency to osobisty wróg dziś rządzących, czemu dał kilka razy wyraz. W Radiu Dla Ciebie zakwestionował wynik konkursu, uznając go za złamanie reguł, które ustanowili sami organizatorzy. Żalił się też na przedstawicieli zespołu, którzy w komisji zagłosowali „nie tak, jak się wcześniej umawialiśmy". Zdaniem Ferencego to było naruszenie reguł demokracji.

To znamienne, że szukając argumentów dotyczących sporu o Dramatyczny, wolę głosy ludzi niepodejrzewanych o związki z obecną władzą. Bo, oczywiście, od pierwszej chwili czyni się z tego sporu bitkę polityczną. Sam wojewoda też się do tego trochę przyczynił. Wystarczyło wskazywać na niezgodności programowe, a nie wchodzić w rozważania na temat „queeru". Ale do przedstawienia tego wszystkiego jako wojny wolnościowców przeciw tyranii PiS dojść musiało, bo tak wygląda u nas życie społeczne. Oto oświadczenie najbardziej progresywnych teatrów warszawskich: Powszechnego i Nowego: „Nasz zdecydowany sprzeciw i najgłębsze obrzydzenie budzą argumenty użyte w "Rozstrzygnięciu nadzorczym o odwołaniu Moniki Strzępki ze stanowiska dyrektorki Teatru Dramatycznego" i podważeniu całej procedury konkursowej. Tekst »Rozstrzygnięcia« jest jak kałasznikow wymierzony w wolność polskiej kultury, jej krytyczny aspekt i społeczne wartości. Gloryfikuje ultrakonserwatywną i skrajnie prawicową wizję świata, w której nie ma miejsca dla społeczności LGBTQ+, dla feministek i wszystkich tych, którzy się z nią nie zgadzają i w niej nie mieszczą. Uważamy, że Pan Wojewoda przekroczył w uzasadnieniu urzędnicze uprawnienia, dopuszczając się cenzury i aktu dyskryminacji".

Logika szantażu

Jest to skądinąd dalszy ciąg taktyki przyjętej przez samą Strzępkę jako kandydatkę. Kiedy jej wypominano brak formalnych kwalifikacji, odpowiadała, że jest kobietą i zasługuje na to stanowisko. Sugerowała też, a jeszcze mocniej robili to jej stronnicy, że walka ze Słobodziankiem, zasłużonym dramaturgiem, kiedyś krytykiem teatralnym, a teraz menedżerem kultury, to rozprawa z „dziaderstwem".

Kiedyś, gdy realizowała swoje inscenizacje do spółki z Pawłem Demirskim, który pisał dla niej sugestywne teksty, reżyserka chętnie szczypała liberałów, parę razy wprost Platformę Obywatelską. Teraz okazała się wybranką tej partii w Warszawie. Można się zastanawiać, czy było to tylko ustąpienie platformerskich urzędników przed szantażem („jak mnie nie wybierzecie, będziecie wrogami kobiet i mniejszości"), czy efekt mniej reaktywnej kalkulacji. Według Antoniego Libery, znakomitego pisarza, tłumacza i człowieka teatru, to była kalkulacja ekipy Rafała Trzaskowskiego na mnożenie teatrów upolitycznionych, wywołujących przed wyborami kolejne ideologiczne awantury.

Niezależnie od tego, który motyw przesądził, szantaż się powiódł. Dorota Buchwald, Adam Ferency czy kojarzony z bardziej konserwatywną stroną Libera byli jednymi z niewielu ludzi teatru, którzy w ogóle się odezwali na temat tego wyboru. Owszem, w kuluarach także liberalni artyści drwili sobie z „teatralnych hunwejbinów". Ale nie robili tego głośno.

O tym milczeniu napisałem w lutym. Nie pochwalałem bezpośredniego ingerowania prawicy w życie teatralne (wypowiedź małopolskiej kurator Barbary Nowak na temat krakowskich „Dziadów" czy podchody tamtejszego sejmiku pod dyrektora krakowskiego Teatru imienia Słowackiego), ale widmo prawicowej cenzury uważałem za przesadną figurę. Większym problemem wydała mi się upolityczniona jednomyślność znaczącej większości ludzi teatru. Dziś formułką cenzury wymachują obrońcy Strzępki - w obronie co najmniej dwuznacznego, a tak naprawdę ustawionego z ideologicznych motywów konkursu.

Sama nowa dyrektorka robiła wiele, aby przedstawić się w roli wojownika kulturowej wojny. Taką naturę miało przyozdobienie Teatru Dramatycznego pozłacaną waginą. Można pytać, jak to jest, że środowiska feministyczne raz przedstawiają seksualny hedonizm jako zagrożenie i źródło kobiecej opresji, a raz nie znajdują innych symboli niż seksualne dla przedstawiania równościowych racji. Ale poza wszystkim to symbolika na poziomie rozemocjonowanych licealistek. Że przy okazji ośmiesza Teatr Dramatyczny, to oczywistość. Spróbujcie wywołać ducha Gustawa Holoubka i spytajcie, co on o tym sądzi. Odpowiedź byłaby moim zdaniem jednoznaczna. Ten wybitny liberał zawsze sprzeciwiał się ekshibicjonizmowi i kulturze nadmiernego epatowania.

Nad Dramatycznym kontrolę sprawował od września wraz ze Strzępka kolektyw złożony programowo z samych kobiet. Gdyby któraś z instytucji kultury spróbowała tworzyć podobne gremia z założenia czysto męskie, naraziłaby się na gromkie oskarżenia o seksizm i pogardę dla płci żeńskiej. Ideologiczność pani dyrektor wyzierała z przejawów jej aktywności artystycznej. „Serdecznie zapraszam chętne osoby aktorskie socjalizowane do roli mężczyzn do udziału w warsztatach poprzedzających pracę nad spektaklem pod roboczym tytułem "Chłopaki płaczą«" - ten kawałek pisemka Strzępki, dotyczącego kolejnej premiery, zrobił niedawno furorę.

Skazana na zwycięstwo

Reagując na nową dla siebie sytuację, Monika Strzępka wyraziła przekonanie, że słabną patriarchat, Kościół i kapitalizm - trójka jej archetypicznych wrogów. Na ile to głos zaangażowanej ideolożki, a na ile artystki? Czy z patrzenia na świat z lotu ptaka, a nie z barykady, nie wynikają lepsze dzieła? Skądinąd z tej triady pozostały już chyba tylko patriarchat i Kościół. Sojusz z liberalną warszawską Platformą, którą Strzępka chłostała całkiem niedawno w efektownym serialu „Artyści", czyni z jej antykapitalistycznych manifestów iluzję.

Ale to przekonanie, że słabnie świat jej wrogów, jest uzasadnione. Podejrzewam, że Strzępka te rozgrywkę wygra. NSA nie będzie się czuł pewnie w roli recenzenta teatralnych programów w kontekście ich spójności. Zresztą sędziowie częściej sympatyzują z opozycją niż władzą. Logika przestróg przed cenzurą przemawia i do nich.

Bardzo prawdopodobne, że po kilkumiesięcznej szamotaninie reżyserka wróci do gabinetu w Pałacu Kultury i Nauki wzmocniona nimbem męczennicy, celu ataku PiS. Możliwe, że nawet bardziej zintegruje ze sobą dziś wciąż podzielony co do oceny tej zmiany teatralny zespół. Na razie bronią jej głównie artyści najbardziej progresywni. Ale też w środowisku brak głosów podważających konkurs. Kto zaryzykuje przemawianie na rzecz racji pisowców? Milczy nawet sam Słobodzianek, podobno pełen nadziei na to, że miasto przyzna mu inną scenę (co byłoby skądinąd sprawiedliwe i z pożytkiem dla kultury).

Z tego punktu widzenia można dyskutować, czy atak wojewody, powtarzam: merytorycznie do obrony, przyniesie rządzącym korzyści. Zetknąłem się z opinią, że wojna w obronie „pani od złotej waginy" spycha Platformę na pozycje lewicowe, jeśli nie lewackie. Tyle że wszystkie polityczne starcia w Polsce mają już wysoce zrytualizowaną naturę. Wyborcy PO chyba dawno przełknęli jej lewicowe linki i sojusze. Nie będą się wgłębiali w naturę sporu o teatr, za to przemówi do nich hasło, że dławiona jest wolność.

Tak jak przy okazji sporu o krakowskie „Dziady" Mai Kleczewskiej (bo przecież nie Mickiewicza) przywoływano drogą absurdalnych skojarzeń los zdjętych „Dziadów" Kazimierza Dejmka, tak teraz znaleziono inną analogię. Oto w 1982 roku ekipa Jaruzelskiego zdjęła ze stanowiska dyrektora Teatru Dramatycznego Gustawa Holoubka. Był dopiero co posłem, zrzekł się mandatu, opowiedział po stronie Solidarności. Strzępka ma być ofiarą politycznej represji jak Holoubek. Po raz kolejny odgrywana będzie komedia męczeństwa.

Będzie odgrywana w momencie, kiedy znacząca większość samorządowych teatrów w Polsce ma lewicowe zabarwienie i realizuje mniej lub bardziej otwarcie agendę opozycji. Towarzyszy temu przesuwanie się scen w kierunku progresywnej, dekonstrukcyjnej formy, odchodzenie od literatury w kierunku postdramatycznych eksperymentów. W Warszawie Dramatyczny dołączył do Powszechnego, Nowego, TR czy Teatru Studio. Co zresztą pchnęło Dorotę Buchwald do pytania, czy wszystkie one znajdą widzów. Wojna z PiS jest popularna, ale żonglowanie formą znacznie mniej. Ale kto by tam słuchał maruderów rewolucji?

Szukajcie przeciwwagi

Na koniec powtórzę uwagę, która zawsze towarzyszy moim obserwacjom życia teatralnego w Polsce. PiS niewiele zrobił, aby to życie przemodelować. Rzeczywistość nie potwierdza dramatyzmu krzyków o cenzurze, zwłaszcza gdy Ministerstwo Kultury ma w swojej gestii ledwie kilka teatrów, a i niektóre z nich (Stary w Krakowie) bywają buńczucznie antykonserwatywne.

Rozumiem to wycofanie, pewnie nie należało sobie fundować kolejnego frontu. Ale może trzeba było próbować wykreować obok dotychczasowych placówek nowe teatralne zjawiska, przynajmniej trochę powiększające skalę różnorodności. Niekoniecznie politycznej, ale przynajmniej estetycznej, po części także tematycznej.

Oto w listopadzie tego roku w Łazienkach wciąż efemeryczny Teatr Klasyki Polskiej wystawił „Noc listopadową" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Leszka Zdunia. Ponad 30 aktorów, w wielu wypadkach znanych i wybornych, zagrało sztukę będącą kwintesencją polskości, w naturalnych plenerach. Było z tym trochę kłopotów organizacyjnych, ale widziałem, z jaką radością artyści, w tym wielu dalekich od ideowego konserwatyzmu, po prostu wrażliwych na klasykę, angażowało się w to przedsięwzięcie.

Ten spektakl, podobnie jak poprzednie inscenizacje Teatru Klasyki Polskiej, był sfinansowany z ministerialnego grantu. Rzecz w tym, że taki grant pozwala wystawić jedno, dwa przedstawienia. Artyści z Teatru Klasyki wychodzą poza Warszawę. We Włocławku. Starym Sączu czy podwarszawskim Tarczynie spotykają się z kompletami ludzi zachwyconych tą formą i treścią. Czy zapewnienie tej ekipie stałych, instytucjonalnych ram, nie byłoby czymś lepszym niż wojowanie z progresywnymi dyrektorami, skazane na porażkę?

Teraz, na miesiące przed wyborami, i z wojną za wschodnią granicą, o fundusze na takie zbożne dzieła będzie trudniej niż rok czy dwa lata temu. Szkoda. To samo Ministerstwo Kultury porywa się na poważne przedsięwzięcia, choćby w dziele ratowania i ochrony zabytków. Do pielęgnowania teatru wciąż nie znalazło jednak odpowiedniego klucza. Jeśli wybory wygra opozycja, nowy minister nie znajdzie go tym bardziej. Fenomen polityki kulturalnej Trzaskowskiego zostanie rozszerzony na całą Polskę.

Tytuł oryginalny

Cała Polska w teatrze Trzaskowskiego

Źródło:

„Rzeczpospolita” nr 281

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

03.12.2022

Wątki tematyczne