„Była sobie Polska” Maxa Łubieńskiego i Michała Walczaka w reż. Michała Walczaka w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Radzę przyjść do teatru wypoczętym i z otwartą głową, bo tekst tego spektaklu jest tak gęsty, że w każdej, najkrótszej nawet scenie autorzy pozwalają sobie na kilka nawet „wycieczek”, błyskotliwych skojarzeń czy diablo bystrych odniesień – do historii, współczesności czy nawet – do innych spektakli na deskach tego samego teatru. Niektóre żarty wydały mi się dość insajderskie, ale po chwili olśnienia zupełnie przecież oczywistym było, że lalkę Józefa Piłsudskiego (bo i on się w spektaklu pojawia) nie mógł animować nikt inny niż Konrad Marszałek, a Szwedom – skoro rękoma stamtąd pochodzącego króla ustołecznili Warszawę – naturalnie wszystko volvo. Hihi.
Twórcy – i bardzo za to dziękuję – założyli, że widzowie dysponują inteligencją i poczuciem humoru, i że nie zawahają się ich użyć. W efekcie wyszedłem z teatru nieco nadwerężony intelektualnie, ale było to nadwerężenie satysfakcjonujące, gdyż – próbując wyłapać wszystkie smaki (oraz próbując zrozumieć, dlaczego widzowie po moje prawej rechoczą ze śmiechu – a ja akurat nie) niesłychanie mi wzrósł poziom dopaminy. Że się tak wyrażę.
Zastanawiam się też, czy ten spektakl jest ciężkim kawałkiem chleba dla grających w nim aktorów, którzy nie tylko animują jednocześnie po dwie lalki, nie tylko zmieniają skóry i postaci na nieledwie pstryknięcie, ale i dbają o – powiedzmy – dynamikę całości. Bo przecież puenta, która pada o sekundę za późno, może zburzyć całą misternie budowaną przezeń piramidę. Ale tutaj nigdy nic nie pada za późno, a obsada, którą odnajdujemy w znakomitej dyspozycji, zdaje się też mieć z grania – w tym niełatwym technicznie przedstawieniu – naprawdę niezłą bekę.
Słodkie. I jakieś takie – kurczę – patriotyczne, w takim najfajniejszym znaczeniu tego słowa.