EN
26.03.2022, 10:19 Wersja do druku

Na koniec i tak zostajemy sami. O „Filoktecie ex machina” w warszawskim Teatrze Powszechnym rozmawiają Skrzydelski z Morozem

Skrzydelski: Co cię tak w „Filoktecie ex machina” z Powszechnego zaskoczyło?

Moroz: Już samo to, że Powszechny chce ze mną porozmawiać.

Skrzydelski: Chcesz powiedzieć, że to poważna rozmowa z widzem o cierpieniu, losie (lub cierpieniu jako losie) i o możliwościach jego przezwyciężania? Zaraz, nie tak szybko. W mechanice przedstawienia kilka rzeczy wyraźnie szwankuje.

Moroz: Kolega malkontent zawsze na posterunku? A tak poważnie rzecz biorąc, to podzielam twoją opinię. Warto jednak zatrzymać się na samym zamiarze, bo jest on szlachetny. W tym spektaklu dotykamy materii życia, realnych z nim zmagań, co, niestety, zdarza się rzadko nie tylko w teatrze.

Skrzydelski: Materii życia dotykamy tu dosłownie, bo na scenie przez cały czas jest obecna Kinga Chudobińska-Zdunik, studentka reżyserii, a nie aktorka. Opowiada nam o swoim zmaganiu z rzadką odmianą stwardnienia rozsianego, na które cierpi. To niewątpliwie dodaje sprawie gravitas. Od razu też zaznaczam, że słów takich jak „spektakl” używam umownie, bo pracę Koszulińskiej trudno zmieścić w takich kategoriach. To jednak reżyserka, który tworzy projekty VR, bardzo teoretyczne, na pograniczu spotkania, wykładu i projekcji multimedialnej.

Całość rozmowy - w Magazynie e-teatru

Źródło:

Materiał własny