EN
13.09.2022, 15:03 Wersja do druku

Białoruskie postapo w teatrze

„Gęsi – ludzie – łabędzie” wg Alhierda Bacharewicza w reż. Alexandra Garcueva i wykonaniu aktorów z Nieformalnej Grupy Teatralnej „Kupałowcy” w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Grzegorz Kondrasiuk w „Do Rzeczy”.

fot. Zmicer Waynowsk / mat. teatru

Na naszych oczach powstaje oryginalne zjawisko. Jak dotąd nikt się chyba nie zorientował, że od dobrego już sezonu mamy w Polsce nurt teatru emigracyjnego, teatru z prawdziwego zdarzenia, tworzonego przez Białorusinów, Ukraińców, czasem Rosjan.

Pozbawieni możliwości pracy u siebie emigranci wystawiają w polskich teatrach, kierując przekaz na dwie strony – i do polskiej publiczności, i do tej zza wschodniej granicy. To nie są pojedyncze postaci funkcjonujące w środowisku, jak na przykład Iwan Wyrypajew, od lat mieszkający w Polsce reżyser i dramaturg wystawiany w całej Rosji, który oddał rosyjski paszport i zadeklarował przeznaczenie t tantiem za rosyjskie realizacje na wsparcie Ukrainy. To już cała fala, zjawisko - teatr najnowszej, politycznej fali emigracji ze Wschodu. Artyści o  właśnie połamanych przez historię życiorysach, którzy mają znacznie więcej do powiedzenia od siedzących jak pączki w maśle polskich kolegów.

Ten teatr emigracyjny na razie składa się z setek pojedynczych zdarzeń, funkcjonuje nomadycznie i meandrycznie, raczej w trybie bieżących interwencji i benefitów, koncertów, czytań, debat, realizacji jednorazowych i okolicznościowych. Trzeba go szukać na obrzeżach, poza zwyczajową ofertą i repertuarami instytucji teatralnych. Ale jest i tak, że w Polsce zaczynają regularnie pracować całe zespoły, o wypracowanym od lat języku, odwołujące się do bardzo konkretnych tradycji. Chcą - i otrzymują do tego warunki. Skromne, bo skromne, ale mimo wszystko warunki pozwalające zabrać głos, dające możliwości przejścia przez okres prób i chociaż pokazania premiery. Jest to i sporo, i zarazem bardzo niewiele: nazajutrz po premierze taki teatr znika do następnego projektu, zaproszenia na festiwal, mini-grantu. Myślę w tym momencie o Wolnych Kupałowcach. Tak nazwał sam siebie zespół białoruskiego Teatru Narodowego im. Janki Kupały z Mińska, po tym, jak wystąpił przeciwko  reżimowi i został wyrzucony niemal w całości z pracy i z siedziby. Ten depozytariusz języka białoruskiego i białoruskiej kultury nie przerwał pracy, a chcąc zwracać się do własnej publiczności, kolejne premiery pokazuje w Internecie (kanał Kupałowców na YouTube). Jedna z najnowszych realizacji Kupałowców nie ma na razie wersji internetowej. Spektakl jest adaptacją książki „Psy Europy" emigracyjnego pisarza Alhiderda Bacharewicza, na Białorusi na indeksie, a szefowie teatru nie chcą narażać tych członków zespołu, którzy zdecydowali się zostać w ojczyźnie. Spektakl „Gęsi -ludzie - łabędzie" można więc oglądać jedynie od okazji do okazji, na festiwalach i występach w Polsce i na Litwie.

Bacharewicz nieprzypadkowo ma opinię jednego z najlepszych obecnie pisarzy białoruskich, a świetni aktorzy wyreżyserowani przez Harcujeua dokonali udanej adaptacji jego prozy. Z początku wydaje się ona tylko płaską, antytotalitarną satyrą w kostiumie postapokaliptycznym. Mamy tu portret niewielkiej społeczności posiołka Biełyje Rosy 13 w roku 2049. To bliska przyszłość, gdzie zdarzyło się wszystko, co mogło pójść źle. Po wojnie atomowej, która prawdopodobnie doprowadziła do zniszczenia Europy, wiejski ludek żyje w lasach gdzieś pod Mińskiem, bez pamięci, tradycji, tożsamości narodowej, bez jakichkolwiek kulturowych punktów odniesienia - jako najdoskonalsza kontynuacja sowieckich konstruktów społecznych. Wódka, toasty „Za nas! I za specnaz!" ludzie wyizolowani, ulepieni z propagandy („Na Zachodzie podobno jest demokracja, to znaczy, że oni żyją bez cara. Ale jakże to - bez cara? Dzicy ludzie!"), Moskwa jako stolica wszystkiego - wiadomo, znane to składniki świata, ostatnio spopularyzowane dzięki wydarzeniom na arenie międzynarodowej. Mamy też postać głównego bohatera, nieprzystosowanego, wrażliwego nastolatka zwanego Małczunem, czyli Milczkiem (w tej roli znakomity, po dziecięcemu bezbronny i zdziwiony Aleksandr Kaziełło) - i mamy oglądać bezeceństwa przez jego niewinne oczy.

Ale to tylko zewnętrzna warstwa, bo Bacharewicz napisał książkę grającą kontekstami. Ważną, nieco tajemniczą rolę w tej opowieści pełni świat zwierząt: to zarazem sposób, by mówić o rolach społecznych w totalitarnym systemie i by sięgnąć do głębokiej pamięci ludowych obrazów i opowieści, sprytnie przejętych przez sowiecką popkulturę. To materiały do długich analiz; ja poprzestanę tylko na wskazaniu jednego tropu: rozwiązanie fabuły odwołuje się wprost do „Cudownej podróży" Selmy Lagerlöf, w sposób nieoczywisty, zarazem poetycki i brutalnie polityczny. Aby nie zdradzić zakończenia, mogę napisać tylko tyle, że finałowy monolog Małczuna wgniata w ziemię. Polecam!

Tytuł oryginalny

Białoruskie postapo w teatrze

Źródło:

„Do Rzeczy” nr 37

Autor:

Grzegorz Kondrasiuk

Data publikacji oryginału:

12.09.2022