21.11.2019 Wersja do druku

Bez finału

"Jestem duchem twego ojca, skazanym na to, by błąkać się nocą po ziemi" - mówi zmarły król Danii do syna, głaszcząc go po policzku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby te słowa wypowiedział dorosły mężczyzna, nie zaś dziecko ubrane w strój kowboja i siedzące Hamletowi na kolanach - o przedstawieniu w krakowskim Teatrze im. Słowackiego pisze Joanna Raba z Nowej Siły Krytycznej.

Według koncepcji Bartosza Szydłowskiego duch starego króla Hamleta nie błąka się po murach zamkowych, szukając syna. Ta czyścowa, umęczona w siarczanych płomieniach dusza jest małym chłopcem (Tytus Grochal), krztuszącym się pod zakurzonym pokrowcem przykrywającym ogromną rzeźbę ludzkiej dłoni, która jest dominantą scenografii Małgorzaty Szydłowskiej. Aby móc dowiedzieć się prawdy, książę Hamlet (Marcin Kalisz) musi wejść pod zwały folii i odnaleźć ducha ojca pośród tajemniczego obiektu. Widząc tak niespodziewaną przeciwwagę - "małego ojca" i "dorosłego syna" - budzi się zupełnie inny rejestr interpretacji jednej z najsławniejszych scen Szekspirowskiego dramatu. I przyznam, że do tego odczucia ograniczyła się moja obserwacja, ponieważ sam fakt, iż małego króla Hamleta ubrano w kowbojski strój mający przywodzić na myśl ikoniczny plakat z wyborów w roku 1989 dla młodszego pokolenia widzów nie koniecznie będzie łatwy do odczytania

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał własny

Autor:

Joanna Raba

Data:

21.11.2019

Tematy w toku

Realizacje repertuarowe