Logo
Magazyn

Belcia na scenie własnego życia. Z Pauliną Walendziak i Antonim Włosowiczem o „Hotelu ZNP”

21.01.2026, 13:41 Wersja do druku

Czy można odnaleźć siebie, zaglądając w oczy innym? W „Hotelu ZNP. Rękopisie znalezionym w popielniczce” w reż. Kuby Kowalskiego główna bohaterka, Belcia, prowadzi widzów przez świat pełen fantazmatów, lęków i pragnień, w którym każda relacja staje się dla niej lustrem. – Z każdej relacji wyciągamy jakąś lekcję. Tylko tutaj chodzi o to, co z tą lekcją zrobimy – mówi Paulina Walendziak, wcielająca się w postać Belci. W rozmowie z Karoliną Czepkiewicz aktorzy, w tym Antoni Włosowicz jako Duch Belci, opowiadają m.in. o wewnętrznych przemianach bohaterki, o tym, jak relacje kształtują jej spojrzenie na siebie i innych, oraz o poszukiwaniu własnej tożsamości w świecie pełnym oczekiwań. Spektakl można zobaczyć na scenie Teatru Nowego w Łodzi, a od 19 stycznia także w Teatrze Telewizji.

fot. HaWa/ mat.teatru

Zacznijmy od „pierwszego bohatera” spektaklu – hotelu ZNP. Można go odczytywać jako tzw. nie-miejsce: przestrzeń przejściową i anonimową, sprzyjającą przypadkowym spotkaniom oraz zawieszeniu tożsamości. Czym jest hotel dla Belci? Jak ona się w nim czuje?  Kim jest w tej przestrzeni, a kim poza nią? 

Paulina Walendziak: Przestrzeń hotelu jest przestrzenią neutralną i otwartą. To miejsce, w którym może zdarzyć się wszystko i nic zarazem, w którym nie obowiązują zasady, jakimi Belcia kieruje się w codziennym życiu. Hotel staje się dla niej przestrzenią fantazji i wyobrażeń, w której spełniają się jej najśmielsze marzenia i pragnienia. To miejsce, w którym może sobie pozwolić na fantazje, na eksperymenty, na życie tak, jak sobie wymarzyła, a czego nie zawsze doświadcza na co dzień. W hotelu Belcia nieustannie porusza się na krawędzi noża. To napięcie, ryzyko i nieprzewidywalność sprawiają, że pobyt w hotelu staje się prawdziwym doświadczeniem życia. W tej przestrzeni doświadcza siebie w pełni, konfrontuje swoje pragnienia z rzeczywistością i poznaje granice własnej odwagi. A jeśli chodzi o to, kim jest poza przestrzenią hotelu, trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że jest tą samą kobietą, tylko w innym przebraniu. 

Antek, jak Twoja postać, Duch Belci, odnajduje się w hotelu? To właśnie tutaj powstaje wasza relacja z Belcią, czy może istniała już wcześniej, zanim spotkaliście się w tym miejscu?

Antoni Włosowicz: Myślę, że gdyby nie hotel, Ducha by po prostu nie było. Już sama przestrzeń go tworzy – fortepian w lobby, który staje się jego „punktem odniesienia”, kostium, z jednej strony dystyngowany, z drugiej nawiązujący do liberii lokaja lub smokingu pianisty. To właśnie hotel, jego atmosfera i rytm, sprawiają, że Duch Belci w ogóle się pojawia. Ta przestrzeń jest wyrwana z codzienności i to ona ukształtowała tego „duszka-dzieciaka” w głowie Belci. Dlatego myślę, że jest on ściśle związany z tym miejscem: z tym konkretnym hotelem, jego energią i klimatem.

Antek, a muzyka i Twoje improwizacje – jak pracowaliście nad tą warstwą spektaklu?

Antoni Włosowicz: Pracowaliśmy wspólnie z Olem Walickim, kompozytorem, któremu jestem ogromnie wdzięczny za zaufanie. Nie potraktował mnie wyłącznie jak pianisty, ale dopuścił do komponowania i improwizowania. Oczywiście cała struktura i aranżacje są jego autorstwa. To on stworzył elektryczny „kwietnik” na struny, jedyny taki instrument na świecie. Ja często proponowałem swoje pomysły i wiele z nich zostawało. Dzięki temu nie ma dwóch takich samych spektakli – za każdym razem gram inaczej, w ramach ustalonych granic, coraz bardziej uzależniając to, co robię, od tego, co dzieje się z Belcią. Fortepian jest dla mnie naturalnym językiem – gram od dziecka, więc czuję się w tym swobodnie. Traktuję instrument jako przedłużenie postaci, jak jej wewnętrzny soundtrack. Wierzę, że ta muzyka dodaje Belci odwagi, pozwala się rozpłakać, czasem absurdalnie podkręca emocje – jak prawdziwa dziecięca reakcja na to, co się dzieje w danej scenie.

Paulina Walendziak: Tak, muzyka naprawdę współtworzy Belcię. To jej „melodia w głowie”, która podpowiada emocje i pozwala reagować na sytuacje w spektaklu.

Monolog Belci odbieram jako swego rodzaju fantazmat, coś pomiędzy świadomością a nieświadomością. Pojawia się pytanie, czy Belcia kiedykolwiek doświadcza autentycznej obecności drugiego człowieka, czy raczej „rozgrywa” w swojej wyobraźni relacje oparte na tym, jak, jej zdaniem, widzą ją inni.

Paulina Walendziak: Kiedyś spotkałam się z takim pytaniem: w kim właściwie się zakochujemy – w osobie, którą spotykamy, czy w samym zakochaniu się w niej? Nie mam na nie odpowiedzi i nie odważyłabym się jej dawać. To jest największa tajemnica tej postaci. Mam wrażenie, że nasze życiorysy często opierają się właśnie na tym dylemacie. Chyba tylko tak mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie.

Czy Belcia próbuje odnaleźć swoje prawdziwe ja, przeglądając się w innych, w oczach każdego napotkanego człowieka?

Paulina Walendziak: Oczywiście, że tak. Ona przegląda się w lustrze każdego napotkanego mężczyzny i każdej napotkanej kobiety, próbuje znaleźć prawdę o sobie, zobaczyć swoje rzeczywiste odbicie. Mam takie poczucie, że Belcia bardzo chce być chciana. Chce być komuś potrzebna. Jest kobietą płynną, w zależności od tego, na jakie naczynie się natknie, tak się kształtuje. I pytanie cały czas brzmi: czy to jest sposób na odnalezienie prawdy o sobie? Co się musi stać, żeby tak naprawdę siebie zobaczyć, siebie dostrzec i w konsekwencji, mam nadzieję, pokochać?

Ważnym motywem w spektaklu są też włosy Belci i to, jakich zmian w nich dokonuje. Zmiana fryzury czy koloru włosów bywa zwykle gestem wynikającym z wewnętrznej potrzeby, u Belci jednak jest inaczej – jej przemiany odpowiadają na potrzeby i oczekiwania innych.

Paulina Walendziak: Belcia chce być taka, jaką ktoś ją sobie wyobraził. Dlatego zgadza się na kolejne przeobrażenia, próbuje wypełnić czyjąś pustkę, zająć w czyimś życiu brakujące miejsce, a dzięki temu stać się dla kogoś ważna. Włosy stają się  metaforą tej gotowości do zmiany, do dopasowania się.

Antoni Włosowicz: Obserwując Belcię z pewnego dystansu, widzę, że włosy są dla niej narzędziem wielowymiarowym. Czasami faktycznie używa ich, żeby się do kogoś dopasować, odpowiedzieć na czyjeś oczekiwania. A czasami to gest czysto autonomiczny, wynik impulsu, potrzeby postawienia na swoim: „Chciałam taka być, więc po prostu obcięłam włosy”. Ten motyw powraca w relacjach z innymi, choćby w scenach z Matką, która chce, żeby jej córka była taka, jak ona ją sobie wyobraża. Jest taka scena, w której Belcia, stając w swojej obronie, krzyczy do niej: „Zostaw warkocz, to jest mój warkocz!”. Dlatego dla mnie włosy nie odnoszą się wyłącznie do gustu mężczyzn czy oczekiwań innych. One odbijają cały wewnętrzny ruch Belci: jej zależność i niezależność, potrzebę dopasowania się oraz równie silną potrzebę sprzeciwu. To, co się z nimi dzieje, mówi o niej samej znacznie więcej niż o tym, komu próbuje się przypodobać. Przy okazji jeśli mogę zdradzić produkcyjną tajemnicę, Paulina sama obcięła jedną treskę swoich włosów, która pojawia się w spektaklu.

Paulina Walendziak: Tak, to prawda. Są też sceny, w których Belcia po prostu chowa się za włosami. Stają się dla niej narzędziem podboju, ucieczki i walki. W rzeczywistości jedyne, czego może się w życiu złapać, to właśnie włosy.

Włosy, szczególnie długie, od razu przywołują mi postać Matki. Jaką rolę pełni ona dla Belci? Czy jest raczej autorytetem, czy czymś w rodzaju wewnętrznego sądu? Bo myśląc o niej, przypomina mi się to, co w jednej ze scen mówi Belci: „piekło to spotkanie z samym sobą, bez masek, bez upiększeń i bez nadziei, że cokolwiek da się naprawić, odkręcić czy wytłumaczyć”.

Paulina Walendziak: Dla mnie Matka ucieleśnia kobiece traumy pokoleniowe – wszystkie nakazy, zaklęcia i przekazy, które od lat krążą wokół kobiet. Jest też symbolem popkultury, która narzuca schematy i próbuje ograniczać, a Belcia stara się w tym wszystkim odnaleźć. Chce być tym, czego wszyscy pragną, takim „produktem” popkultury, a jednocześnie zachować własną niezależność.  Marzy, by być wspaniałą matką, przyjaciółką czy partnerką, ale nie chce być  „idealna” , bo mogłoby to oznaczać, że nie jest wystarczająco wyzwolona. To próba złapania się czegokolwiek i podważania wszystkiego, co się da. Mam wrażenie, że to taki chocholi taniec niewiedzy tego, jak odnaleźć się w dzisiejszych czasach. Matka staje się dla niej wewnętrznym głosem, od którego Belcia się odbija. Ciągłe zaprzeczanie sobie, wewnętrzne osądzanie i przypominanie słów Matki tworzą nieustanny taniec. Czasem trudno powiedzieć, kto tu naprawdę prowadzi: Belcia tańczy wokół matki, czy matka wokół Belci.

Która z postaci w spektaklu najbardziej buduje Belcię, a która ją dekonstruuje? Czy są osoby, które sprawiają, że Belcia jest bliżej siebie, i takie, które ją „rozwalają na kawałki”?

Paulina Walendziak: Myślę, że Belcia wspaniale rozwala siebie samą, nie potrzebuje do tego nikogo. Jeśli zaś chodzi o postać, która ją wiąże i daje poczucie spójności, to jest nią Niańka. To postać, z którą Belcia może poczuć prawdziwą solidarność.

Powiesz coś więcej o tej solidarności?

Paulina Walendziak:  Niańka jest w podobnym potrzasku jak Belcia. Tak samo jak ona, znajduje się w pułapce oczekiwań stworzonych przez innych i świat wokół niej – wciąż czeka na „wymarzonego księcia na białym koniu”, doświadcza porzucenia, zarówno przez mężczyzn, jak i  inne kobiety, a czasem nawet przez siebie samą.

Antoni Włosowicz: Jest taka scena po ostatecznej kłótni, w której Niańka mówi do Belci, że ma papieroski i przy tym papierosie zaczyna opowiadać o swoim rozwodzie i relacji opartej na zależności, bardzo podobnej do tej, w której tkwi Belcia. To moment, w którym Belcia po raz pierwszy widzi, że nie jest sama w swoim doświadczeniu. Nagle dociera do niej: „Aha, czyli to nie jest tak, że tylko ja tak mam”. Dlatego, gdy Paulina powiedziała, że postacią konstruującą Belcię jest Niańka, uśmiechnąłem się, bo pomyślałem dokładnie to samo. Na początku Niańka jest symbolem całego zła, wredną maniurą, która niszczy jej porządek życiowy. A jednocześnie to ona „zabiera” jej Wilhelma, który w gruncie rzeczy jest kulą u nogi i nie jest jej wart. Niańka jest dla mnie Belcią sprzed jakiegoś czasu – kimś, kto jeszcze musi przejść tę samą drogę i „doświadczyć Wilhelma”, żeby móc pójść dalej.

Antek, opowiedz nam o swojej postaci. Kim jest Duch Belci? Jej wewnętrznym głosem, sumieniem, czy może instynktownym impulsem, który wyprzedza jej świadomość i czasem wie więcej niż ona sama?

Antoni Włosowicz: To trudne pytanie, bo na początku koncepcji spektaklu Duch Belci w ogóle nie istniał. Myśleliśmy o mojej postaci jako o pianiście, który ma z Belcią pewną nić porozumienia i towarzyszy jej między scenami,  coś w rodzaju relacji między wodewilową gwiazdą a akompaniatorem pianistą. Pomysł na Ducha pojawił się dopiero przy scenie omdlenia Belci. W książce [Izabeli Tadry „Hotel ZNP”] jest taki fragment: „a duch mój, unoszący się nad dywanem, na którym leżałam, zapytał, czemu (…) nie zadzwonisz na pogotowie” – to jest zdanie, które dało początek Duchowi Belci. Im dłużej gram ten spektakl, tym wyraźniej czuję, że Duch jest czymś w rodzaju jej wewnętrznego dziecka. Jest wrażliwy, łatwo daje się ponieść emocjom – ekscytuje się, przejmuje i martwi. Kiedy Belcia pokazuje, że coś ogarnia, moja postać nie musi udawać – naprawdę się boi. Na przykład, gdy Belcia trzyma fason przy cioteczce, zachowując spokój i opanowanie, mnie ogarnia strach. Nie walczę z tym – gram dalej na klawiszach. To w dużej mierze zwielokrotnione emocje Belci.

Ja odbieram go jako kogoś, kto na swój sposób próbuje się nią zaopiekować. Czy masz takie poczucie, że Duch rzeczywiście pełni wobec Belci taką rolę? I czy czasem nie wie więcej niż ona sama?

Antoni Włosowicz: Tak, mam takie poczucie. To pewna dziecięca dyspozycja, która uruchamia się, kiedy z Belcią dzieje się coś złego. Wtedy nie potrafię zareagować jak ktoś dorosły i odpowiedzialny. Bliżej mi do sidekicka z filmów akcji czy książek przygodowych, towarzyszę głównemu bohaterowi, reaguję emocjonalnie, ale nie przejmuję sterów. Przychodzi mi też na myśl „Złoty kompas”. Tam każdy bohater miał swojego daimona, czyli zwierzę połączone z nim duszą. Daimony były zawsze obok: krążyły, towarzyszyły, reagowały, ale nie były w pełni podmiotowe. Z moją postacią jest podobnie. Czasem podchodzę bliżej, a czasem chowam się za fortepianem. Duch Belci działa „przed innymi”, ale jest niematerialny i bezsilny. Widać to choćby w scenach z Wilhelmem, najmocniejszą męską postacią spektaklu, który potrafi go uciszyć. Gdyby Duch mógł, wsadziłby wszystkich tych facetów do więzienia, ale nie może. Może jej tylko towarzyszyć.

Jak ta relacja wygląda z perspektywy Belci?

Paulina Walendziak: Dla mnie Duch jest najlepszą przyjaciółką, taką, która nie ocenia, która zniesie wszystko i wszystko przyjmie. Z całą pewnością współtworzy Belcię.

Antoni Włosowicz: Tak, jest jak najlepsza przyjaciółka, taka na telefon. To nie jest ktoś jak np. matka, kto może pokierować twoim życiem, powiedzieć: „dobra, wsiadamy do auta, jedziemy”. Ona nie ma takiej władzy. Widzi to wszystko i w tym uczestniczy, ale jednocześnie nie może przejąć kontroli. Z aktorskiego punktu widzenia to daje ogromny komfort. Mogę całkowicie uzależnić to, co robię, od Pauliny. Cokolwiek Paulina zrobi, ja mam w tym swoje odbicie.

Na ile inne postaci są dla Belci drogą do samopoznania i na ile zdaje sobie sprawę, że te doświadczenia i lekcje mogą być wartościowe, ostatecznie doprowadzając ją do momentu, w którym będzie najbliżej siebie samej?

Paulina Walendziak: Uważam, że z każdej relacji wyciągamy jakąś lekcję. Tylko tutaj chodzi o to, co my z tą lekcją zrobimy. Czy spróbujemy ją wyprzeć, czy może schowamy ją do „plecaka” naszych doświadczeń i będziemy z niej korzystać? To wszystko jest naszym wyborem i naszą odpowiedzialnością. W przypadku Belci myślę, że dzieje się to bardzo intuicyjnie i instynktownie. Ona zbiera wszystkie doświadczenia do swojego „plecaka” i w pewnym momencie nie dzieje się nic wyjątkowego, ale czuje, że musi zmienić drogę. Po prostu coś się przelało, czegoś było za wiele.

W „Hotelu ZNP pojawia się myśl, że historia „ciągnie się i ma trwać bez błyskotliwej puenty i morału”. Ten wątek łączy mi się z melodią, którą nucisz na końcu. Czy to zakończenie, czy raczej kontynuacja historii?

Paulina Walendziak:  Lubię w teatrze otwarte zakończenia. Dla Belci jest to niekończąca się opowieść, pełna początków i zakończeń. Na pewno na jej drodze pojawią się inni panowie, nowe spotkania, które znów ją ukształtują, czasem złamią, a ona na nowo się odnajdzie. Dlatego traktuję to zakończenie jako kontynuację życia, a nie punkt końcowy. Nie jest to nic, co ma się dopiero rozpocząć, ani nic, co ma się na zawsze zakończyć.

Czy dzięki tym lekcjom, które doświadczyła, Belcia będzie bardziej świadoma swoich błędów i może uniknie powtórzenia tych samych sytuacji?

Paulina Walendziak: W miłości każdy popełnia podobne błędy – miłość często ogłupia. I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że Belcia jeszcze nie raz popełni ten sam błąd. Bo właśnie w zakochaniu, w potędze i przekleństwie miłości, robimy rzeczy szalone, niedorzeczne, ponad naszą odwagę. To postać, która za wszelką cenę pragnie miłości. A jeśli nie potrafi dać jej samej sobie, niech spróbuje obdarzyć nią kogokolwiek innego – swojego Pana, na którego wciąż czeka.

„Hotelu ZNP. Rękopis znaleziony w popielniczce”

autorka: Izabela Tadra

reż. Kuba Kowalski

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Obsada: Paulina Walendziak (Belcia) Katarzyna Żuk (Matka / Matka Faceta od wibratorów), Maciej Kobiela (Wilhelm), Karolina Bednarek (Niańka), Piotr Seweryński (Cioteczka / Ojciec Faceta od wibratorów), Damian Sosnowski (Facet w szlafroku / Facet od wibratorów), Paweł Kos (Facet z koksem / Facet od lakierów), Michał Kruk (Facet romantyczny), Antoni Włosowicz (Duch Belci)

Prapremiera: 19 października 2024 r, Duża Scena Teatr Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Premiera w Teatrze Telewizji: 19 stycznia 2026, TVP1.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także