EN
01.12.2021, 12:20 Wersja do druku

Barbara Wysocka: Słowa mi się wyczerpały

Trzy sprawy: smog, pandemia i to, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej, powodują, że człowiek traci poczucie sensu. Czwarta sprawa to tragiczna sytuacja kobiet – mówi Barbara Wysocka, reżyserka „La Bohème” Pucciniego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Rozmawiała Aneta Kyzioł w Polityce.

fot. Konrad Pustoła/ mat. Teatru Wielkiego - Opery Narodowej

ANETA KYZIOŁ: – Wyobrażam sobie, że reżyserowanie opery, wymagające koordynacji pracy solistów, chóru i orkiestry, w szczycie pandemii może być dość stresującym doświadczeniem?

BARBARA WYSOCKA: – To chyba kwestia perspektywy. Zamiast premiery w czerwcu będzie premiera w grudniu. Materiały podrożały o 100 proc., więc budżet jest nadszarpnięty na dzień dobry, a same próby – trzeba mieć dużo wyobraźni. 130 osób na scenie: soliści, tancerze, statyści, chór dorosłych, chór dzieci, kaskaderzy, ale zawsze kogoś nie ma. Czwarta fala pandemii niesie za sobą doświadczenie chaosu, obojętności i bezsilności. Ja jednak mam inny problem – wciąż jeszcze nie pozbierałam się po drugiej fali, po tej przerażającej jesieni 2020, która zabrała najbliższe mi osoby. Mam wrażenie, że od roku poruszam się po świecie jakoś tak bez celu. Ten dryf obejmuje niechęć do pracy, niechęć do spotkań, prawie niemożność komunikacji. Wie pani, że to mój pierwszy wywiad na żywo od półtora roku? Straciłam zdolność nazywania świata, słowa mi się wyczerpały, zamiast rozmowy wychodzi chaos.

W „La Bohème” splatają się dwa tematy: spauperyzowanego środowiska artystycznego oraz choroby i śmierci. Chciałam naszą przedpremierową rozmowę rozpocząć od pytania, czy szykuje pani spektakl o artystach w czasie pandemii. A teraz nie wiem, co powiedzieć. Poza tym, że bardzo mi przykro.

Nasza kultura odsuwa śmierć, nie mówimy o niej za dużo, udajemy, że jej nie ma. W tych czasach to zgubne, bo śmierć jest doświadczeniem bardzo wielu osób. I pozostawia po sobie mnóstwo pogrążonych w depresji i załamaniu ludzi. Z nierozwiązanymi sprawami, z poczuciem winy, okaleczonych, rozdartych wewnętrznie. Propozycja wystawienia „La Bohème” przyszła w styczniu 2020 r. Inne czasy. Wszystko wtedy było jakoś normalnie. Kiedy człowiek przez 40 lat, przez całe życie, ma swoich bliskich, to ich utrata jest końcem świata. Byli zawsze i nagle zniknęli. Jednocześnie. Nie umiem się z tym pogodzić, trudno mi to zrozumieć. Chciałabym umieć traktować śmierć jako część życia, ale nikt mnie tego nie nauczył, dlatego zetknięcie ze śmiercią mnie zniszczyło. Chcemy zmienić temat?

Puccini to ładna muzyka.

Właśnie. To ma kluczowe znaczenie, bo jednak jak pracujesz nad operą, to przez długi czas z tą muzyką żyjesz. Gdyby w operze pracowało się tak jak w teatrze, pewnie ten spektakl byłby inny – bardziej osobisty – miałby więcej z moich doświadczeń. Niestety, opera to wielka machina i wprawiona w ruch niełatwo zmienia kierunek. Z drugiej strony dziś chyba nie byłabym jeszcze w stanie dotknąć bolesnych spraw. Śmierć jest w tym dziele bardzo obecna, ciężko mi się te sceny reżyseruje.

To pani najtrudniejszy w sensie emocjonalnym spektakl?

Nie. Naprawdę trudna była praca nad „Biegunami” Olgi Tokarczuk w Teatrze Powszechnym. Zeszła jesień była piekłem. Po powrocie z USA i z Berlina wpadliśmy w sam środek koszmaru. Szpitale przepełnione, kolejki karetek przed szpitalami, bezradni lekarze i kompletna, zupełna indolencja rządzących. Pamiętam taki dzień: wyrok w sprawie aborcji, permanentne wycie karetek i brak pewności, czy dożyję następnego dnia, bo cała rodzina ma covid. A do tego ludzie, którzy mają wszystko gdzieś. Czy naprawdę trzeba znaleźć się pod respiratorem, żeby zmienić poglądy?

Jak pani myśli, skąd się bierze ta znieczulica?

Nie wiem, może to takie poczucie, że tragedie dotykają słabszych, mniej odpornych, a wielu ludzi nie utożsamia się ze słabszymi, tylko z silniejszymi? Nad „Biegunami” pracowaliśmy dwa lata. Na dwa tygodnie przed premierą online powiedziałam, że obawiam się, że nie jestem w stanie tego zrobić. Byłam na dnie dna rozpaczy. Po przejściu covidu miałam problemy z oddychaniem, z mówieniem pełnym głosem, właściwie to miałam problemy z mówieniem w ogóle. Decyzja o kontynuacji pracy była nieludzka i chyba jej nawet trochę żałuję. Może to wszystko powinno było czekać? A tak to nawet na dnie rozpaczy nie można było mieć chwili spokoju. To chyba najtrudniejsze doświadczenie w mojej karierze. Nie ze względu na trudność samej pracy, ale przez połączenie tragedii z pracą w teatrze – tak jakby nic się nie stało. Płakałam, ucząc się tekstu, płakałam, próbując, i płaczę, grając ten spektakl. I nabrałam niechęci do teatru w ogóle.

Samo spotkanie z prozą Olgi Tokarczuk to podróż. Zaczynałam czytać „Biegunów” w innym życiu, dwa lata wcześniej. A teraz w „Biegunów” wpisał się cały ten ból. Tak już pewnie zostanie. Po premierze poprosiłam Olgę o wpis w książce, ale nie dla mnie, tylko dla moich umarłych. Na urodziny. Ona w swojej cudownej mądrości napisała piękną dedykację. Pomaga mi utrzymywanie kontaktu z zaświatami. Pandemia spowodowała nie tylko śmierć wielu setek tysięcy ludzi, ale pozostawiła kilka razy tyle w zgliszczach. Ludzi rozdartych, niepojmujących, co się stało, rozszarpanych przez poczucie winy, bo nie byli w stanie pomóc najbliższym. Bo jak poradzić sobie z sytuacją, kiedy oddajesz cierpiącą osobę do szpitala i tam zostaje zarażona wirusem? Zostajesz z tym. Słyszysz zewsząd, że umieranie w samotności w szpitalu to najgorsze, co może być. Ale jak skazać kogoś na wycie z bólu w ostatniej fazie raka, wiedząc, że tylko w szpitalu ma szanse na tlen i morfinę w odpowiednich dawkach? Jak zdecydować, czy zawieźć osobę, która ma saturację 85 proc., do szpitala, czy dać jej spokojnie (?) udusić się i umrzeć w domu? Takie decyzje są ponad ludzkie siły.

Była pani z tym wszystkim sama?

Tak.

Te doświadczenia zmieniły pani podejście do pracy przy „La Bohème”?

Te doświadczenia zmieniły wszystko, wywróciły mnie na lewą stronę. Ta myśl, że za chwilę może mnie nie być, że w ciągu kilku dni, tygodni wszystko może się skończyć, zmienia podejście do wszystkiego. A „La Bohème” to taka pandemicznie rozpadnięta, przesunięta produkcja. Pewne rzeczy trzeba odpuszczać, niektórych przeszkód nie da się przeskoczyć, więc zostaje akceptacja. Zaczynam pracę z własną wizją, ale już nie walczę za wszelką cenę o szczegóły. Sztuka nie polega na tym, żeby kogoś do czegoś zmuszać.

Dla osoby, która w środowisku słynie z dyscypliny i perfekcjonizmu – studiowała pani skrzypce, a potem jednocześnie aktorstwo i reżyserię – takie odpuszczanie chyba nie jest łatwe?

Moje podejście do pracy zmieniło się wiele lat temu. Sztuka nie jest i nigdy nie będzie dla mnie najważniejsza. Ważne jest, żeby o godz. 16 odebrać czterolatka z przedszkola i odpowiedzieć na jego trudne pytania: „A kiedy wszystkich już nie będzie, bo ja chciałbym, żeby wszyscy byli zawsze?”. Ważne, żeby spakować plecaki i dziecięce ubranka, i podrzucić ludziom, którzy zawiozą je potrzebującym, zrobić przelew, żeby pomóc uratować komuś życie.

W teatrze też ma pani taki luz?

Dawno nie reżyserowałam w teatrze. Odmawiam, bo przestało mnie to cieszyć. Teatr za szybko obumiera. Bardziej interesuje mnie film, może dlatego – to bardzo banalne, co powiem – że daje namiastkę wieczności. Oglądamy filmy sprzed wieku, dekad, patrzymy na aktorów, których już nie ma. A spektakl schodzi z afisza, był i już go nie ma, scenografia pocięta na kawałki, w sukienkach chodzi kto inny. A tyle się w to wkłada wysiłku, tyle emocji, zdrowia. Żal mi mojego „Juliusza Cezara” w Powszechnym, zdjętego niedawno po pięciu latach od premiery. Żal, bo na ciężkie czasy jednak Szekspir jest najlepszy. Może dlatego, że znał dobrze doświadczenie śmierci bliskich? I pandemii? Szkoda „Lilli Wenedy”, która w niezwykły sposób współgrała z polską, zataczającą koło historią. Szekspir, Słowacki – to są autorzy, do których wracam. I greckie tragedie.

Pani aktorstwo było bardzo dynamiczne, fizyczne.

Jest nadal, może nawet bardziej. W USA przez rok studiowałam taniec. Planowałam spektakl o Poli Nireńskiej – kolejny przesunięty projekt. Scenariusz zaczęty, badania przeprowadzone, kontakty nawiązane... Może kiedyś. Mam też co najmniej dwa tematy na filmy, jeden scenariusz jest związany z traumą pandemiczną, drugi jest o doświadczeniu przemocy w teatrze. Ale o tym może lepiej innym razem, bo to długa historia.

Akcję wyreżyserowanej w Teatrze Wielkim dwa lata temu „Toski” pozostawiła pani, jak chcieli autorzy, w Rzymie, ale przeniosła do lat 70. XX w., w czasy antyfaszystowskich zamachów. Kim będą pani artyści w „La Bohème”? Filmowcami?

Tak bym chciała i jeśli kiedykolwiek jeszcze raz zrobię ten tytuł (co w operze akurat nie jest wykluczone), to tak będzie. Wie pani, co jest najbardziej męczące w operze? Że kilka dni przed premierą pojawia się olśnienie: to powinno wyglądać tak, to jest ten koncept, ten pomysł! Ale jest za późno, żeby cokolwiek zmienić. W teatrze można odwrócić przedstawienie do góry nogami po trzeciej generalnej (zdarzyło mi się), a w operze rok wcześniej musisz wiedzieć, co się dzieje na scenie. I co zrobić w sytuacji, kiedy po drodze świat zrobił salto mortale. Tylko cierpieć, że realizujesz nie to, co powinnaś.

Scenografię stanowi jeden ogromny obiekt – napis, który jest cytatem z musicalu „Rent”: „La Vie Bohème”. Bo naszą główną inspiracją była bohema nowojorska z lat 70. i 80. XX w. W pewnym momencie Paryż przestał być centrum, artyści przenieśli się do Nowego Jorku. No i dziś w USA artyści nadal walczą o byt, utrzymują się z prac zastępczych, kelnerują itd., podczas gdy w Europie sztuka jest na różne sposoby dotowana, bycie artystą jest zawodem.

W pandemii wyszło na jaw, że jednak zawodem prekaryjnym. Bohaterowie „La Bohème” mogliby być beneficjentami ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego, mającej zapewnić najmniej zarabiającym ubezpieczenie zdrowotne. Gdyby weszła w życie.

Właśnie. Puccini jedynie zaznacza, że są artystami, stawia sztalugi na początek, i to załatwia sprawę. No nie załatwia. W oryginale Murgera postaci są bardziej wielowymiarowe, a tu najważniejsza jest fraza muzyczna. Nie ma miejsca na opowiedzenie o Mimi, na pogłębienie tej postaci. Ale może ta powierzchowność mówi coś o naszym życiu, może trzeba ją zaakceptować? To ślizganie się po powierzchni słów i znaczeń, zagubienie w tłumie, prawdziwy dramat zaczyna się dopiero w trzecim akcie. Wyszła nam opowieść o normalnym życiu, które się jakoś toczy, aż nagle wcina się w nie choroba i śmierć, i na wszystko jest już za późno. Z tej perspektywy to zwykłe życie wydaje się jakimś cudownym czasem, który już nigdy nie wróci. Czy nie jest to dziś doświadczenie tysięcy ludzi? I w tym sensie to będzie spektakl też o moim doświadczeniu. U Pucciniego uderza również to, że choroba Mimi jest obecna od samego początku, ale Rodolfo, tak w niej zakochany, tyle o tym mówiący, aż do końca nie robi nic, żeby jej pomóc. Dlaczego? To pytanie jest dziś, myślę, bliskie wielu ludziom, którzy z niedowierzaniem i przerażeniem obserwują bierność polskiego rządu w sprawie pandemii. Od niemal dwóch lat wiemy, jak rozprzestrzenia się koronawirus i jak można to ograniczyć, ratując tym samym ludzkie życie. Tymczasem znów nie śpimy po nocach, bo budzą nas kursujące karetki.

A to tylko jeden z koszmarów fundowanych nam przez władzę.

Trzy sprawy: smog, pandemia i to, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej, powodują, że człowiek traci poczucie rzeczywistości i sensu. Czwarta sprawa to sytuacja kobiet – tragiczna, jak z koszmarnego snu. „Opowieść podręcznej” to nie miała być instrukcja, tylko antyutopia. Gdzieś w głębi mam poczucie, że to wszystko – sztuka, teatr – jest w tej sytuacji nieważne, za mało sprawcze. Że zamiast siedzieć w teatrach, trzeba działać. Może jeszcze w czasach „Klątwy” Frljicia w Teatrze Powszechnym mogliśmy stać naprzeciw widzów i mówić im o pedofilii w Kościele, ale teraz nie wystarczy powiedzieć ze sceny tego, co już wiadomo, potrzebna jest sztuka naprawdę zmieniająca rzeczywistość.

Czyli sztuka nie ma sensu? Spektakle, w których grała pani jako aktorka, i te, które pani reżyserowała, zawsze miały wymiar polityczny i społeczny, nawet słynny „Chopin bez fortepianu”. Już za rządów PiS wystawiła pani „Śmierć Dantona” Büchnera w Teatrze Narodowym czy „Juliusza Cezara” Szekspira i „1984” Orwella w warszawskim Powszechnym.

Ale nie powstawały w tak trudnych warunkach, nie ginęli ludzie. W CENTRALI, organizacji, którą 10 lat temu założyliśmy z Michałem Zadarą, zawsze się zastanawiamy, jak połączyć sztukę z odpowiedzialnością społeczną i działaniem obywatelskim. Zajmując się problemem smogu, z jednej strony z naukowcami od smogu, z prawnikami i legislatorami opracowaliśmy projekt obywatelskiej ustawy antysmogowej, a z drugiej wyprodukowaliśmy „Filmy z epoki smogu”, siedem krótkich fabuł, były pokazywane na festiwalach na całym świecie.

Czy to znaczy, że robi pani sobie przerwę od teatru i opery?

Właśnie kończę wypełniać zobowiązania sprzed dwóch lat. Chyba muszę się na moment zatrzymać. Kiedyś potrafiłam dokładnie określić, co chcę, i konsekwentnie to realizować. Potrafiłam też odróżnić dobre od złego. To drugie mam nadal, z pierwszym jest problem. Praca z Olgą Tokarczuk nad „Biegunami” była bardzo inspirująca i teraz pracujemy z Michałem Zadarą nad adaptacją „Ksiąg Jakubowych”. Mam też propozycje operowe: Paryż, brukselska La Monnaie. Chociaż pandemia ciągle przesuwa terminy. Cały czas jednak czuję, jakbym była poza rzeczywistością, może potrzebuję czasu.

***

Barbara Wysocka (ur. w 1978 r.) – aktorka i reżyserka. Reżyseruje w teatrach i na scenach operowych na całym świecie, m.in. w Wiedniu, Berlinie, Monachium i Barcelonie. Jako aktorka związana z Teatrem Powszechnym w Warszawie. Współtworzy grupę artystyczną CENTRALA. W 2009 r. była nominowana do Paszportu POLTYKI w dwóch kategoriach: w teatrze i muzyce poważnej. Otrzymała nagrodę w tej drugiej za świetny debiut reżyserski – „Zagładę domu Usherów” Philipa Glassa w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie. 3 grudnia odbędzie się tam premiera „La Bohème” Giacomo Pucciniego w jej reżyserii.

Tytuł oryginalny

Słowa mi się wyczerpały

Źródło:

„Polityka” nr 49

Autor:

Aneta Kyzioł

Wątki tematyczne