EN
15.04.2021, 09:10 Wersja do druku

Bambino di Warszawa

Wraz z odejściem rockandrollowego Borysa odeszła pewnie jakaś grupa jego fanów. Ale mam nadzieję, że jakaś część z nich dojrzała razem ze mną. I woli już oglądać dorosłego faceta, a nie wyliniałego Piotrusia Pana. Rozmowa z aktorem Borysem Szycem o wychodzeniu z nałogu, poszukiwaniu zastępczych ojców i niebezpiecznej roli w serialu „Warszawianka”. Rozmawia Juliusz Ćwieluch w Polityce.

fot. mat. Filmu Polskiego

JULIUSZ ĆWIELUCH: – Zna pan przysłowie, że staremu psu przypominają się stare sztuczki?

BORYS SZYC: – Znam przysłowie, że starego psa nie uczy się nowych sztuczek. Ale domyślam się, do czego pan pije.

Piję do picia, które pan uprawia w serialu „Warszawianka”.

To opowieść o poecie, który ma problem z odpowiedzialnością. O wiecznym Piotrusiu Panie, któremu dorosłość jest zupełnie nie w smak. A wręcz go przeraża. A że poeci piją… żadna nowość. Co do mnie, to u alkoholików zawsze jest taka obawa, że zatęskni się za tym, co było. „Warszawianka” to jest piekielnie groźna historia, bo Kuba Żulczyk, który napisał scenariusz, wie, o co chodzi w piciu, i to chyba nie z książek. Nie wiem, ile w bohaterze, którego gram, jest Żulczyka, ile innych warszawskich bywalców, ale wiem, ile jest mnie. Dlatego przygotowywałem się do tej roli razem z moją terapeutką Dorotą Woronowicz. Powrotu do picia się nie bałem. Bardziej kosztów psychicznych, które są zawsze przy takich ostrych rolach.

I jaki był rachunek?

Wchodziłem na plan. Robiłem swoje. Schodziłem. Wydawało mi się, że może rachunek będzie niski. Ale po dwóch tygodniach budziłem się zlany potem. Albo nagle zaczynały mi się trząść ręce. Siedem miesięcy się tak męczyłem. To mi jeszcze raz udowodniło, jak bardzo ten nałóg związany jest z fizjologią.

Ale na mityngach dla alkoholików pracuje się nad głową.

Chodziłem na spotkania AA, ale ja zawsze powtarzam, że u mnie pierwsze A nie działa, bo mam za bardzo rozpoznawalną gębę. Chodzę na terapię grupową, ale do jednego A, czyli Akmedu doktora Woronowicza.

Naprawdę potrafi być taki wredny, jak mówią?

O tak. Teraz go uwielbiam, ale przy pierwszym spotkaniu niemalże go nienawidziłem. To było jakieś 15 lat temu. Moja córka Sonia już była na świecie. Dostawałem coraz więcej sygnałów, że coś jest nie tak. Z teatru też dostałem kolejny sygnał. Okazało się, że Akmed jest na Mokotowskiej 6, czyli w bardzo bliskim sąsiedztwie Współczesnego. Umówiłem się na wizytę, co już samo w sobie wiele kosztowało moje ego. Wchodzę do gabinetu, a Woronowicz mnie wyśmiewa: – A co to, już? E, pan jeszcze może wypić, może się zabawić, po co to psuć? Pan się pójdzie nachlać i przyjdzie za parę lat, o ile wcześniej się pan nie zapije. No to do widzenia. Myślałem: co za cham, co on sobie myśli. I od razu na plac Zbawiciela na winko. Oczywiście miał rację, że jeszcze nie byłem gotowy. Zjawiłem się u niego 10 lat później.

Już na kolanach?

Nie tyle na kolanach, co pokorny.

A skąd pan znał takie słowo?

Pewnie gdzieś w jakiejś sztuce coś o tym było. Pomyślałem: a może by tak zastąpić słowo autodestrukcja słowem pokora. Samemu mi to nie bardzo wychodziło, więc poszedłem po pomoc do tych, którzy takie cuda potrafią.

A autodestrukcję skąd pan wziął, też z jakiejś sztuki?

To słowo smakowało mi od zawsze. Jeśli w filmie albo w jakiejś książce bohater szedł w życiowy drift, od razu mi się to podobało. Nie wiem, jak inni reagowali na film „Leaving Las Vegas”. Dla mnie to był wspaniały scenariusz na własną śmierć. Często wyobrażałem sobie, że jestem bohaterem jakiejś powieści lub filmu.

Brzmi jak dialog z „Warszawianki”.

Bohaterem jest poeta, ale to nie jest grzeczna historia. Choć bardzo poruszająca – Żulczyk się nie oszczędzał – i myślę, że również nieźle zagrana. Krystyna Janda gra matkę. Jerzy Skolimowski zagrał ojca, który próbuje wychować syna na diecie z czystej pogardy. Figura ojca w tym serialu to mocna rzecz.

Lepiej wychowywać się bez ojca czy ze złym ojcem?

Znam tylko to pierwsze. Kiedyś mi nie przeszkadzało. Z biegiem lat zauważam, jakie mam braki.

To dlatego mówił pan do Krzysztofa Kowalewskiego tatusiu?

Miałem kilku takich tatusiów. Bardzo długo podświadomie szukałem sobie takich zastępczych ojców. Najczęściej na drodze zawodowej. Jeszcze kiedy byłem w szkole teatralnej, zagrałem z Danielem Olbrychskim i do niego pierwszego zacząłem tatować. Najpierw niby z żartu, bo ktoś powiedział, że jesteśmy do siebie podobni. On do mnie rzucił synek, to ja mu się zrewanżowałem tatku. I tak jakoś poszło. Chyba musiałem wysyłać jakieś takie sygnały braku ojca, bo z chęcią mnie usynawiali. Krzysiu Materna był moim tatusiem. Maciej Maciejowski, scenarzysta, też. Myślę, że chętnie mnie brali pod skrzydła, bo widzieli moje parcie ku autodestrukcji i chyba chcieli mnie jakoś uratować albo chociaż powstrzymać. Tym bardziej że ja nie tylko wysyłałem sygnały, ale wprost o tym mówiłem, że nie miałem taty.

Sprytna strategia, wzbudzasz litość, możesz sobie pozwolić na więcej.

Tylko że to nie było wykalkulowane. Teraz wiem, że podświadomie szukałem kogoś, kto zastąpiłby mi ojca, dał jakiś wzorzec męskości. Tak jakbym przeczuwał, że kiedyś sam będę miał syna, swojego małego animusa, i będę go musiał wszystkiego nauczyć.

Może tego nie trzeba się uczyć?

Oj, trzeba. Mnie wychowały kobiety. Mama, ciocie. Byłem ich ukochanym blondaskiem, takim Piotrusiem Panem. Małym błazenkiem. A później przyszło dorosłe życie, odpowiedzialność, wobec której byłem bezradny, bo tego słowa wręcz nienawidziłem. Może ojciec jest właśnie po to, żeby pokazać, czym jest odpowiedzialność. Bycie dorosłym to przecież branie odpowiedzialności.

Po Kowalewskim miał pan jeszcze jakichś tatusiów?

Tak i nie, bo ja w tym czasie wskakiwałem na jakieś terapie, żeby złapać trochę oddechu od picia. Na picie mi to nie pomagało, bo seryjnie oszukiwałem terapeutów. Ale parę spraw udało mi się jakoś poukładać w głowie w kwestii własnych braków. Z wiekiem mijał też czas, kiedy mogłem się emocjonalnie wieszać na starszych kolegach. Z czasem tracisz wdzięk szczeniaka i robisz się starym, śmiesznym i wyliniałym kundlem. Dawne sztuczki już nie działają. Pamiętam, że kiedyś wpadł mi w ręce tekst Jacka Santorskiego o porzuconych synach i o tym, że z ojcem trzeba się pogodzić, nawet jeśli już nie żyje. Postanowiłem wykorzystać fakt, że mój żyje, i wyciągnąłem do niego rękę.

Wyciągnąć rękę można też po coś.

On oszczędnie dawał, a ja niechętnie brałem. Pierwsze podejście było, kiedy zdawałem do szkoły teatralnej, bo ojciec mieszkał wtedy w Warszawie. Nawet zaprowadził mnie do swoich zaprzyjaźnionych aktorów, którzy dawali mi jakieś lekcje. Najpierw jeździłem do niego raz w miesiącu, a później zostałem na czas egzaminów. Pamiętam, że czułem się nieswojo, mówiąc do niego tato. Później znów się jakoś życiowo mijaliśmy. Teraz mamy relację, której długo nie udawało się zbudować, również z mojej winy. Ale to są skomplikowane sprawy. Kiedyś może więcej opowiem, żeby się inni uczyli na moich błędach. Choć nie wiem, czy to w ogóle możliwe, skoro ludzie nie potrafią się uczyć na własnych. Kiedy miałem grubo po trzydziestce, zorientowałem się, że już nie mogę dłużej ciągnąć tej zabawy w zastępczych tatusiów. Czułem, że robię się żenujący. Ciężko być dzieckiem, kiedy rodzi ci się dziecko.

fot. mat. Filmu Polskiego

Na pana szczęście pierwsza była córka. Z córką się nie rywalizuje.

Podobno córce wystarczy dawać miłość i poświęcać jej czas. I ja tę miłość jej dawałem. Ale z byciem bywało różnie.

A z piciem?

Z piciem świetnie. Mnie się naprawdę wydawało, że ja mam to wszystko pod kontrolą. A jak nie mam, to przecież ludzie tego nie widzą.

Nawet wtedy, kiedy Zbyszek Suszyński wisiał na szubienicy, a pan bełkotał coś przerażony na scenie, choć nie tak to leciało w sztuce?

Nie na szubienicy, tylko na sznurze, bo ja go torturowałem, a nie wieszałem. To było w „Poruczniku z Inishmore”. Zaczęliśmy spektakl, a ja nagle poczułem, że mam zawał. Zbiegłem ze sceny i powiedziałem, żeby zeszła kurtyna, bo umieram. Zbyszek dalej wisiał, a publiczność poproszono, żeby poszła do domu.

A pan poszedł na wódkę?

Nie pamiętam.

I to też nie było ostrzeżenie?

Graliśmy to sześć lat. Każdy kiedyś prosił, żeby zeszła kurtyna. Tak to widziałem.

A to nie była niedźwiedzia przysługa ze strony teatru, że akceptowali takie sytuacje, bo mieli gwiazdę, i chuchali na nią, i dmuchali?

Zdarzało się, że grywałem tam w strasznym stanie. Nie mogę mieć żadnego żalu do teatru. To dyrektor Englert wysyłał mnie na leczenie do doktora Woronowicza. Trudno zresztą było mi się bronić, bo scenariusz takiej rozmowy z reguły był taki, że wyglądałem jak śmierć, czułem się, jakbym już umarł. Tylko że śmierdziało ode mnie alkoholem, co czułem, więc jednak troszkę jeszcze żyłem. Ale też trzeba uczciwie przyznać, że bardzo mi na tym teatrze zależało, i to powodowało, że czasem jednak umiałem się opamiętać. Na tyle, na ile może się opamiętać osoba chora, bo alkoholizm to choroba wynikająca z różnych braków.

Potrzeba miłości, zagłuszenie odrzucenia, zwracanie na siebie uwagi, kompleksy, niskie poczucie własnej wartości. Proszę sobie wybrać. Polecam niskie poczucie własnej wartości, ładnie leży na większości osób.

Zapomniał pan o poczuciu winy. A co do niskiego poczucia własnej wartości, to wystarczyło podpompować butelką wina, trochę pobłaznować i już było wspaniale. Miałem w sobie jakiś straceńczy rys. Od wczesnej młodości kręciła mnie bohema. Nawet dlatego zdawałem do szkoły teatralnej w Krakowie, bo czułem, że tam się odnajdę. Przyjedzie Borys z Łodzi i pokaże Skrzyneckiemu, jak się bawić.

Do krakowskiego PWST się pan nie dostał, w Warszawie poszło lepiej.

Na egzaminie z historii sztuki prof. Barbara Lasocka spojrzała w papiery i zobaczyła, że jestem z Łodzi: – O, pan z Łodzi, to który tam słynny reżyser był w Teatrze Nowym, jak się nazywał? A ja nic. Kompletna ściana. Z tyłu cudowny prof. Izydor Rogacki bezgłośnie próbował mi podpowiadać, że Dejmek. A ja nic. Przelatywały mi przez głowę setki łódzkich nazwisk, ale głównie fabrykantów. Żadnych reżyserów. I zamiast powiedzieć Dejmek, powiedziałem Biderman. I oni w tym momencie spadli ze śmiechu z krzeseł. A Izydor jeszcze ich dobijał, krzycząc: – Biderman i podpalacze. Ha, ha. Dobrze, niech pan już idzie, panie Borysie. Wyszedłem załamany i upokorzony. Ale Dejmek ostatecznie mi nie zaszkodził. Może nawet pomógł, bo bardzo rozśmieszyłem komisję swoją głupotą, ale zostałem zauważony i ostatecznie przyjęty.

A co z bohemą?

Okazało się, że w Warszawie też można się dobrze bawić. I bohemy tu nie brakuje. Więcej nawet, tu się ostro bawi i nie traci się czasu na opowiadanie o tym, jak to robili w Krakowie. Staczaliśmy się tak szybko, że mogli nam tylko pozazdrościć tej naszej udręki i ekstazy.

Chyba udręki i zabawy.

Prawda jest taka, że zabawy w tym wszystkim nie brakowało. Do pewnego momentu rzeczywiście świetnie się bawiliśmy. Jest co opowiadać na mityngach.

To co się stało, że jednak się pan nie zabawił na śmierć?

Może to śmieszne, ale jako osoba spod znaku Panny tak naprawdę jestem pedantyczny, poukładany, skupiony na pracy. Wiem, jak to brzmi w ustach człowieka, który uchodził za wzorzec z Sevres życiowego chaosu. Miałem w sobie te dwie natury, więc tym bardziej sam siebie męczyłem.

Na nieszczęście miał pan jeszcze talent.

Tak. Talent może cię wykończyć, zwłaszcza jak nie jesteś przygotowany, żeby skonsumować związany z nim sukces. Tym bardziej że talent to coś wrodzonego, więc nie można ciągle oczekiwać, że świat, że ty sam będziesz się ciągle nagradzał za to, że masz talent. A jest pokusa, żeby tak właśnie było. Miałem wymarzony debiut, za który zresztą dostałem nagrodę Feliksa, więc to był taki dream start. Kolejny powód, żeby się zabawić. Ratowało mnie to, że dużo pracowałem. Na szóstą rano gnałem na Białołękę, żeby grać w „Symetrii”. Na godz. 10 musiałem być w Teatrze Współczesnym na próbach do „Bambini di Praga”. Tam do godz. 14. I znowu gnałem na plan filmowy. Ciągle tak miałem. Później zdarzało się nawet, że na plan leciałem jakimś prywatnym samolotem. A właściwie samolocikiem. Takim, że za każdym razem godziłem się ze śmiercią. Jaki kraj, taki show-biznes… Ale to też mi pasowało, bo ja tej śmierci trochę szukałem.

fot. mat. Filmu Polskiego

Blisko było?

Myślę, że dosyć blisko. Bierzemy flaszkę do auta i gnamy przed siebie na zatracenie. Ma być szeroko, jak mówiłem. Szeroko.

Na szczęście policja zabiera panu prawo jazdy.

Wtedy kupuję samochód, zatrudniam szofera, a z tyłu montuję barek i znowu jest szeroko. Mnie nawet utwierdzano, że tak powinno być. Pamiętam, jak jedna z figur polskiego showbizu powtarzała mi: – Borysku, ludzie cię kochają takim, jaki jesteś, jak żyjesz. Każdy chciałby tak żyć, tylko nie potrafi. Ty nie możesz się zmienić, bo przestaną cię kochać.

Przestali?

Wraz z odejściem rockandrollowego Borysa odeszła pewnie jakaś grupa jego fanów. Ale mam nadzieję, że jakaś część z nich dojrzała razem ze mną. I woli już oglądać dorosłego faceta, a nie wyliniałego Piotrusia Pana.

Tak całkiem pan go pochował?

Tak całkiem to się chyba nie da, bo jak już ustaliliśmy, stary pies ma swoje stare sztuczki. Brakuje mi na przykład nagrody. W poprzednim życiu, jak coś mi wyszło, to zawsze była nagroda. A teraz co, gdzie jest moja nagroda?

Czeka w domu.

Fajne życie, mądra partnerka to jedno, a nagroda to ma być to coś ekstra. Ten smaczek dla pieska. Dlatego czasem przesadzę ze słodyczami. I wtedy, jak w kropli wody widzę, co by się ze mną stało, gdyby to jednak nie była czekolada, tylko flaszka. Przesadzanie mam w naturze. Zachłanność. Walczę z tym na co dzień. Ja nie potrafię zjeść kawałka czekolady i odłożyć resztę. Potrzebowałem wielu lat terapii i pracy nad samym sobą, żeby to wszystko zrozumieć.

Terapii grupowej?

Terapia grupowa to podstawa, żeby z tego wyjść, bo innych alkoholików nie da się oszukać. Jest jeden dzień w tygodniu, kiedy się spotykamy. Na początku leczenia raz w miesiącu był jeszcze wyjazd na trzy dni. I tak przez osiem miesięcy. Na wyjazdach mieszkaliśmy razem, przerabialiśmy kolejne tematy. Ale ostatecznie sam musisz się poukładać od zera.

A nie bał się pan, że jak przestanie pić, to będzie gorzej grał?

Bałem się jak cholera. Teraz wiem, że gorzej grałem po alkoholu, ale tego nie dostrzegałem, bo byłem pijany. Nie było tak, że grałem źle, bo ja jednak byłem wysoko funkcjonującym alkoholikiem i sporo fajnych rzeczy zrobiłem pomimo nałogu. Ale płaciłem za to wysoką cenę. To było życie na kredyt, bo ja ciągle musiałem mieć wewnętrzny haj. Taka konstrukcja.

Nie da się zmienić konstrukcji.

Nie. Ale jak już się spotkasz sam ze sobą, zrozumiesz własne emocje, nazwiesz po imieniu, skąd się co bierze, to nie musisz uciekać w alkohol.

Teraz ucieka pan w bieganie.

Biegam, bo lubię, jak by powiedzieli w pewnej stacji radiowej, która przestała istnieć. Tak serio to biegam, bo w moim zawodzie muszę mieć niezłą kondycję, a ja szybko łapię wagę.

W „Wojnie” grał pan Silnego, a teraz Czułego. Który był trudniejszy?

Silnym poniekąd byłem, bo ja nie umiem udawać. Jak Płatonow umierał na scenie, to umierałem razem z nim. Kiedy kręciliśmy „Wojnę”, działy się różne rzeczy. Powiedzmy, że było szeroko, bo plan przenikał się z fabułą. Z „Warszawianką” to już była inna historia. Dorota Woronowicz poradziła mi, żebym podszedł do tego terapeutycznie. To ma być moje rozliczenie, oczyszczenie. No to się oczyszczałem. Wyrzygałem z siebie całą tę przeszłość, wszystkie te traumy. Co też nie jest łatwe, a właściwie jest wręcz fizycznie bolesne. Byliśmy niedawno z żoną i synkiem w pięknym, słonecznym miejscu. Takim, co to powinno cię od razu uszczęśliwić i nie masz prawa marudzić. Poszedłem biegać i nagle przeszył mnie ogromny smutek. Tak wielki, że poczułem, że muszę się gdzieś schować i rozpłakać. To efekt zatrzymania się na chwilę i dopuszczenia do siebie swojego głosu.

Pomogło?

Powolutku rozłożyłem sobie na części pierwsze, co mnie boli i dlaczego. A ja już wiem, że z emocjami trzeba obchodzić się ostrożnie. Dlatego nie rzucam się na wszystko, co jest do zagrania. Tym bardziej że bateria już mi się dłużej ładuje. Już nie ma tej wydajności. Teraz trzeba inaczej rozkładać siły. Ale bywa, że zapominam o tym wszystkim i skaczę w rolę na główkę. W „Warszawiance” znowu skoczyłem.

I była tam woda?

Ocean.

***

Borys Szyc – rocznik 1978. Na ekranie debiutował już jako 9-latek, w roli krasnoludka w filmie „Kingsajz”. Studia aktorskie skończył w warszawskiej PWST. Od początku kariery związany z Teatrem Współczesnym. Jest jednym z najbardziej zapracowanych aktorów swojego pokolenia.

Tytuł oryginalny

Bambino di Warszawa

Źródło:

Polityka nr 14