„Antygona” Sofoklesa w reż. Błażeja Peszka i nowym przekładzie Jacka Kaduczaka w Teatrze Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. Pisze Daniel Źródlewski na stronie tekstyzrodlowe.pl.
Inauguracja sezonu artystycznego 2025/26 gorzowskiego Teatru im. Juliusza Osterwy odbyła się pod znakiem powrotów. Po 25 latach do repertuaru wróciła „Antygona”. W 2000 roku spektakl na postawie tekstu Sofoklesa przygotowywał tu Adam Orzechowski, a tytułową postać kreowała Edyta Milczarek. Po niemal dekadzie do Gorzowa Wielkopolskiego wraca także Błażej Peszek. Dla niego to już trzecie spotkanie z zespołem lubuskiej sceny – w 2016 reżyserował tu spektakl „Karol. Nowy ład świata” według jednoaktówek Harolda Pintera i Sławomira Mrożka, a rok później zmierzył się z „Hamletem” Williama Shakespeare’a.
Teatralne dossier Błażeja Peszka, reżysera oraz aktora związanego z Narodowym Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, jest nie tylko imponująco szerokie, ale przede wszystkim zaskakująco uniwersalne. Lektura spisu ról oraz przedstawień w jego reżyserii, na łamach Encyklopedii Teatru Polskiego, nie wskazuje jednej repertuarowej linii, preferowanego stylu, epoki czy tematyki. Obok wielkiej klasyki widnieją w nim powszechne lektury, popularne farsy, ale także niszowa, często zapomniana, literatura. Ciekawym dopełnieniem są odważne pozycje na podstawie współczesnych tekstów. Peszek zdaje się lubić wyzwania. Niczym nieograniczone i tak różnorodne wybory to gwarancja uniwersalnego (czystego?) spojrzenia na materiał literacki.
Tak też się stało w przypadku jego (od)czytania antycznego tekstu Sofoklesa w Gorzowie Wielkopolskim. To interpretacja wierna oryginałowi, bardzo rzetelna, uwspółcześniona jedynie subtelnie. To ostatnie mogło się udać dzięki znakomitemu przekładowi Jacka Kaduczaka. Spektakl był jednocześnie prapremierą jego nowego tłumaczenia ikony antycznej literatury. Niewidoczne dotychczas motywy, literackie niuanse, albo niezauważane wcześniej obyczajowe zgrzyty, zostały na nowo określone, na nowo nazwane. Wybrzmiały wyraźniej i intensywniej. Zmianie uległ język – jest mniej archaiczny, czytelniejszy, szczególnie dla młodego pokolenia. Przy czym nie ma tu żadnych uwspółcześnień, slangu, popkulturowego infantylizmu czy nowomowy. Ot klarowna, czysta i poprawna litera. Brawo!
Przewrotnie i przekornie, taką inscenizacyjną wierność, jaką zaproponował Peszek, należy dziś uznać za dużą odwagę, a może nawet artystyczny eksperyment. Jednak gdy wnikliwiej wejrzymy w pomysły reżysera dostrzeżemy ukrytą symbolikę, a często przebiegłe, ironiczne zabiegi oraz trafne riposty i komentarze. Oczywiście zauważalne czy czytelne ze współczesnej perspektywy.
„Antygona” to dramat Sofoklesa z 442 roku p.n.e., często nazywany także „tragedią władzy”. Utwór zamyka cykl trzech opowieści tebańskich (Król Edyp, Edyp w Kolonie, Antygona), których bohaterami są członkowie królewskiego rodu Labdakidów – Edyp, jego żona/matka Jokasta oraz ich dzieci: Polinejkes (Polinik), Eteokles, Ismena oraz Antygona. Nad rodem wisi przerażająca przepowiednia (klątwa), która wypełniając się prowadzi do nieszczęścia.
Historia zapisana w ostatnim z dramatów to aktualna od niemal 2500 lat symboliczna przypowieść o przeznaczeniu, sile miłości, ale przede wszystkim o potędze władzy. Poczesne miejsce zajmuje tu także konflikt między świętym a świeckim. Choć mądrość płynąca z tragedii Sofoklesa jest łatwa w interpretacji, to wciąż we współczesnym świecie nierespektowana. Dziwne, prawda? „Antygona” niczym monumentalny napis na gdańskim Westerplatte – „Nigdy więcej wojny”. Niby znamy skutki, ale… Peszek kilkukrotnie sięga do tej symboliki, próbując uświadomić widzom bezsens przemocy. To choćby karabin w rękach Kreona, ale najwyrazistszą sceną jest wyważona, wyspokojniona i skupiona rozmowa władcy z synem przy partyjce golfa. Genialne! Najnudniejszy i najbardziej snobistyczny sport jako tło sporu! Znakomite! Ach jak fajno było by zamiast aktorów zobaczyć w takiej sytuacji skonfliktowanych współczesnych władców/dyktatorów – od Trumpa, Putina, przez Xi i Una, po Tuska i Nawrockiego. W takim niespiesznym golfie jest sporo czasu na rozmowę, a tym samym na jakąś empatyczną refleksję. Plus: dołek na dnie Hadesu i ta dłuuuga chwila oczekiwania na upadek piłeczki. Taaaak! Teatralny majstersztyk!
Wracamy do Teb! Gorzowskich.
Bracia Antygony i Ismeny, Eteokles i Polinejkes, giną w bratobójczej walce o tron Teb. Wcześniej uzgodnili pełnienie tej funkcji naprzemiennie, każdy po roku (coś w rodzaju obecnej figury Marszałka Rotacyjnego – Szymon Hołownia / Włodzimierz Czarzasty). Kreon, brat Jokasty, szwagier Edypa (sic!) samozwańczo przejmuje tebański tron i zakazuje pochówku Polinejkesa, widząc w nim zdrajcę i brutalnego najeźdźcę na miasto. Antygona, uznając wyższość prawa boskiego (oraz miłości do brata) łamie królewski zakaz, za co spotyka ją najbardziej surowa z surowych kara: śmierć. Peszek klarownie i bez zbędnego meandrowania snuje opowieść. Nie próbuje jej udziwniać, ani wprowadzać nieistotny ozdobników czy wątków. Super!
Nie bez powodu nawiązałem powyżej kilkukrotnie do rodzimej rzeczywistości historycznej i politycznej, bo „Antygona” to najbardziej polski z utworów antycznych. Serio! To najbardziej polska antyczna tragedia (sic!). Encyklopedia Teatru Polskiego wskazuje, że pierwsze udokumentowane wystawienie „Antygony” miało miejsce w Krakowie już w 1903 roku. W tytułową rolę wcielała się wówczas Helena Modrzejewska. W kolejnych przekładach i inscenizacjach pobrzmiewają echa zarówno zaborów, I i II wojny światowej, a później okresu tzw. słusznie minionego systemu. Nawet patron gorzowskiego teatru, Juliusz Osterwa, miał traktować utwór Sofoklesa jako dokument postaw Polaków. Według niego „Antygona” miała stać się przykładem, który zapobiegłby narodowym nieporozumieniom w okresie niebezpieczeństwa i próby. Tak zresztą było i wcześniej. Proszę bardzo, oto fragment „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego:
KONRAD: Ma więc wyjść polska Antygona i polski Edyp i mają żegnać słońce i żegnać światło, pozdrowienie śląc mu od ust klnących. I żądać ma Antygona, aby jej było wolno grześć brata, i żalić się jego wczesnej śmierci, i uczcić mlekiem i miodem, jak przystało czcić umarłych, i ma swego mimo straże dokonać.
MASKA: I ma swego dokonać.
KONRAD: I ma wyjść Edyp i bluźnić Bogu, że go dosiągł i że go pchnął w nędzę, i że dał mu świetność, i że dał mu nędzy świadomość, która mu była Śmiercią.
W temacie kreatywnej walki z ustrojem komunistycznym należy wspomnieć realizację Adama Hanuszkiewicza z lat 70. XX wieku z legendarną rolą Anny Chodakowskiej, albo zrealizowaną dekadę później w Krakowie „antyjaruzelską” inscenizację Andrzeja Wajdy. Ach! Jest jeszcze piosenka Manaamu z albumu „Mental Cut” (1984), której złym bohaterem jest Kreon:
Co to za dom, fundamenty w nim drżą
Brat bratu gardło podrzyna
Jest zawsze rola dla Kreona
Jest heroiczna Antygona
Od tysiącleci nic się nie zmienia
Te same żądze, te same pragnienia
Gdy wszystko stracisz a lud się odwróci
Za późno będzie, by do życia wrócić
Bój się teraz ty Kreonie
Nie zaśniesz przeze mnie
Gdy zechcę, będę szczurem
Dotrę do ciebie przez najmniejszą dziurę
Gdy zechcę będę karaluchem
Będę ci szeptać przekleństwa do ucha
A mogłam być cieniem w upalne południe
Czułą kochanką w środku nocy
Mówisz, że jestem bez siły
Ty chyba żartujesz
Jestem twardym diamentem
Ty go tylko szlifujesz
Bój się teraz ty Kreonie
Nie zaśniesz przeze mnie
Gdy zechcę, będę szczurem
Dotrę do ciebie przez najmniejszą dziurę
Gdy zechcę będę karaluchem
Będę ci szeptać przekleństwa do ucha
A mogłam być cieniem w upalne południe
Czułą kochanką w środku nocy'
Nie sposób nie przywołać „Antygony w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego, albo ikonicznego skeczu Kabaretu Potem z udziałem nieodżałowanej Joanny Kołaczkowskiej. Kabareciarzom dosłownie w kilka minut (dokładnie 2’35’’) udało się oddać sens dramatu. Szczególnie wybrzmiała finałowa scena, gdy Kreon przerażony pistoletem (gromem) Zeusa wykrzykuje „O Jezu”, a ten ripostuje” „Ja ci dam Jezu”! To jedyna w świecie interpretacja „Antygony” w której walczą ze sobą dwie przestrzenie sacrum, spychając profanum, na należne dość odległe miejsce (sic!)…
Te przykłady i cytaty zasadniczo wyczerpują interpretacyjną siłę „Antygony”. To utwór na wskroś uniwersalny i ważny. Nie widzę sensu kolejnego zgłębiania oczywistości.
Jednak Błażej Peszek zdaje się bagatelizować dotychczasowe znaczenia utworu. Odcina się od tego co już było. Nie cytuje, nie nawiązuje, nie pamięta… I dobrze! Jego spojrzenie na „Antygonę” dotyczy nie tylko „tu i teraz”, ale też… przyszłości! Dowodem na to jest umieszczenie akcji w świecie nawiązującym do filmowych dystopii – „Mad Maxa”, „Gwiezdnych Wojen” czy „Diuny”. To dobrze, bo te światy są bliższe i bardziej czytelne współczesnym niż antyczne klimaty. Jednak zanim poświęcę miejsce sferze wizualnej widowiska, pragnę skupić się jeszcze na kilku aspektach inscenizacyjnych. Zacznę od końca, ale z uwagi na powszechną znajomość fabuły, nie będzie to spoilerem.
Peszek, za wieloma innymi interpretatorami antycznego tekstu, zdecydował się gradować (rosnąco) pojęcie kary. Śmierć zadana samemu sobie okazała się tu łagodniejszym jej wymiarem. Lżejszym niż ziemskie cierpienie w samotności, szczególnie po stracie najbliższych (Eurydyka i Hajmon), którzy przecież także odebrali sobie życie. Reżyser znakomicie pokierował postacią Kreona, co z wielkim zrozumieniem i wyczuciem wykorzystał wcielający się w niego Dominik Jakubczak. To król staje się największą ofiarą tragedii, to jego czeka najwięcej cierpienia. To przecież zrozpaczony i samotny Kreon „zamyka” przedstawienie.
Tu jednak warto zaznaczyć, że w świecie antycznym samobójstwo miało zupełnie inne znaczenie niż współcześnie. Przed wiekami uchodziło za oznakę odwagi i honoru. Adam Gross w akademickim opracowaniu „Samobójstwa słynnych ludzi - mitologia, starożytność i Biblia” wyszczególnia co najmniej 74 literackich postaci, które zakończyły swoje życie samobójstwem. „Najczęściej stosowanymi sposobami „mitycznego" pozbawienia się życia były w kolejności: powieszenie (21 postaci), rzucenie się z wysokości (16) utopienie (12), samospalenie (10), zadanie sobie rany kłutej (8) i otrucie (1). W pozostałych 6 przypadkach nie podano w przekazach sposobu realizacji zamachu samobójczego”. W „Antygonie” mamy przypadek powieszenia oraz dwa zadania sobie rany kłutej. Mieści się w medianie…
Zaskakująco wybrzmiały fragmenty tekstu o tak źle dziś odbieranej dominacji patriarchatu. To w dużej mierze zasługa wspomnianego nowego tłumaczenia Jacka Kaduczaka, które pozwoliło wydobyć niezauważalne dotychczas akcenty. Z ust Kreona padają słowa, które współcześnie należałoby uznać za mizoginizm, albo przynajmniej treści niepoprawne zarówno politycznie jak obyczajowo. To pozwala mówić o tragedii Sofoklesa jako prekursorskim utworze… feministycznym albo emancypacyjnym. Czymże zresztą jest zuchwała odwaga Antygony w nieznoszącym sprzeciwu męskim świecie? Formalnie Peszek nie musiał robić nic, podane sauté słowa nie wymagały reakcji czy komentarza. Ot, nie obroniły się „z automatu”. Brawo dla czujnej gorzowskiej publiczności!
Sofokles portretuje dwie siostry – Antygonę i Ismenę. Ta pierwsza jest skora do buntu i honorowo godzi się na najgorsze. Broni się jedynie nieco wyświechtanym: „nie dla nienawiści, lecz dla miłości przyszłam na świat”. Jej przeciwieństwem jest Ismena – racjonalna, rozważna, ale jednak w kluczowym momencie także gotowa do wzięcia na siebie odpowiedzialności. Peszek pominął zderzenie charakteru sióstr, nie skonfrontował ich emocji, nie podkreślił pewnej, być może dziś potrzebnej koncyliacyjności Ismeny. Jej postawa jest bliska dzisiejszym standardom, w których pozostawia się miejsce na dialog, negocjacje, ustępstwa (nie mylić z konformizmem). W pierwszej scenie Antygona wkracza na scenę z włócznią, Ismena jedynie z... troską. Pozostaje z nią do końca obecności na scenie. Schodzi z niej bez wyraźnego akcentu, ot znika… Szkoda, że potencjał postaci, który dziś mógłby wyraziście wybrzmieć został nieco zbagatelizowany. Szczególnie w obliczu wspomnianej wyciszonej i wyważonej rozgrywki w golfa. Ismena mogłaby być całkiem niezłą golfistką. Dziś warto rozmawiać, ale co pokazują niemal codzienne przykłady, niestety nie wszyscy to rozumieją… Ismenie głos odebrano.
Miłość w „Antygonie” pokazana jest w kilku wymiarach. To uczucie braterskie, siostrzane, ale też ojcowskie i synowskie (rodzinne). To także miłość i wierność względem Bogów oraz szacunek do władzy. Sofokles pokazuje też miłość… tradycyjną. Ale tu mamy problem. Być może panikuję, ale… Przecież Hajmon dla Antygony jest rodziną! To syn brata jej matki! Dziwne, że wszyscy pomijają ten fakt, szczególnie w obliczu tego, że jej ojcem jest Edyp. Chyba, że ten związek jest w jakiś sposób powiązany z klątwą nad rodem Labdakidów?
Reżyser sięgnął wielokrotnie po środki teatralne silnie zabarwione humorem, ale także sarkazmem i ironią. Obdarował nimi przede wszystkim Chór. Funkcją eklektycznych ciał scenicznych było komentowanie akcji, a często także „posuwanie” jej do przodu. Pierwsze sceny, w których członkowie Chóru beztrosko skubią słonecznik, a tym samym deklarują swoisty luz i dystans były obiecujące. Niestety reżyser wpompował w tę figurę zbyt wiele siły komicznej, tworząc jej karykaturę. Bliżej im było do safandułowatej trupy teatralnej ze „Snu Nocy Letniej” niż grupy o wspomnianych wyżej zadaniach. Aktorzy nieco przeszarżowali komediową formułę, która momentami była niestrawna i nieczytelna. Tu mowa o kwestiach podawanych „na głosy”. Być może kolejne spektakle „uporządkują” nieco premierowy chaos grupy. Byłe też sceny, w której zobaczyliśmy wzorzec Antycznego Chóru – myślę tu o świetnej sekwencji śpiewanej (melorecytacja + mormorando pozostałych).
Właśnie nastąpiło płynne przejście do analizy kreacji aktorskich. Kontynuuję…
Prowodyrką chóru, odbieranego jako nieco anarchistyczna grupa nieokreślonych buntowników, była doświadczona Kobieta, którą interpretowała Anna Łaniewska. Silna, odważna i zadziorna kreacja. Brawo! Co ciekawe aktorka grała podobną postać w spektaklu Orzechowskiego sprzed 25 lat. O ile Łaniewska próbowała być powściągliwa w zaproponowanym przez Peszka komediowym anturażu, to pozostali szarżowali. Cugle chwycił jeszcze Oliwier Witek, ale tylko w scenach indywidulanych, bo w grupie ulegał jej nieco infantylnemu charakterowi. Witek zauroczył plastyczną mimiką, szczerym uśmiechem i takim scenicznym… sprytem! Trzeba zobaczyć jego rewelacyjną scenę z „bujającym się” mikrofonem, do którego przemawia Kreon. Pyszne! Dobry moment w indywidualnej figurze miał także Maciej Kotlarz. Niestety niektóre ze zbiorowych scen wypadły niezbornie, szczególnie te w których reżyser i choreograf widzieli powtórzenia i naśladownictwo gestów pozostałych. Świetna za to była scena muzyczna (o czym wspominałem), a także finałowa choreografia w antycznych maskach. Wierzę, że te niedociągnięcia to kwestia „rozegrania”, rytmów, tempa i przede wszystkim zgodnego partnerstwa. Z każdym kolejnym spektaklem zyskają coraz lepszego sznytu!
Jan Mierzyński pojawia się w finale spektaklu jako Terezjasz. Nie rozumiem dlaczego reżyser postanowił zrobić z niego wariata i to dosłownie, na co wskazywał przecież kostium – kaftan bezpieczeństwa rodem ze szpitala psychiatrycznego. To sprowadziło jego przepowiednie do nieistotnej mrzonki, całkowicie odebrało jej powagę. Mierzyński miotał się, wił, krzyczał… Owszem, szacunek za warsztat, tylko po co? Do tego dlaczego to pacjent ze stetoskopem, którym na oślep okłada głowę swoją i Kreona. Po co?
Ciekawy jest Hajmon Mikołaja Kwiatkowskiego. Na szczególną uwagę zasługuje scena rozmowy z ojcem. To wspominana już kilkukrotnie wyważona rozgrywka w golfa, zwieńczona karczemną awanturą. Kwiatkowski w obu barwach emocji jest wyrazisty, ale jednocześnie bardzo wyważony. Dosłownie: spora doza spokoju i szczypta pikantnego wkurwu. To dobre proporcje. Była jeszcze jedna intrygująca scena, pozwalająca inaczej spojrzeć na ostateczną decyzję bohatera – Hajmon przed samobójczym strzałem trzyma na muszce… Kreona. Wymowne.
Eurydyka (Magdalena Dwurzyńska), żona Kreona choć pojawia się epizodycznie, to… rozwala system. W jednej z pierwszych scen wyzywająco vapuje elektryka w towarzystwie… popielniczki. Uroczo absurdalne! W finałowej sekwencji, już po samobójstwie, wkracza na scenę z… wątrobą w rękach! Zdębiałem! Chwilę później zrozumiałem kolosalną ironiczną siłę tej sceny! Szczególnie, że Peszek zaoszczędził widzom jej samobójczy akt. Wooow!
Kreon: Dominik Jakubczak. Wyciszony. Wycofany. Spokojny. Stanowczy. Surowy. Apodyktyczny… W pierwszych scenach dziwił mnie jego spokój. W kolejnych przekonał, że to słuszna interpretacja tej postaci. Bez podnoszenia głosu, bez prowokacyjnej siły. Napięcie, które budował owym spokojem porażało i poniżało. Bohaterów dramatu, ale też… widzów. Tak, uległem tej figurze. Ów spokój przekłada się także na pewną uważność. W jednej z kwestii Kreon mówi, że „jak nie utrzymam porządku w rodzinie, nie utrzymam w mieście”. Antyczny pierwowzór Dulskiej?
Ismena Magdaleny Kasperowicz jest charakterologicznym kontrapunktem Antygony. Kilka akapitów wyżej utyskiwałem na nierówne potraktowanie postaci. Mimo to aktorka wyposażona jedynie w „troskę” z siłą włóczni przekonywała do swojego. Chciała wziąć cześć winy (i kary) na siebie. Nie chciano, to znikła… Kasperowicz pokazała Ismenę jako subtelną i nieco zagubioną dziewczynę. Pełną cierpienia, ale też strachu i wątpliwości.
Antygona ma włócznię! Nawet jak atrybut odkłada to jej charakter ma podobną ostrość i siłę. Pyskata, pewna siebie, wojująca. Trzeba zobaczyć jej błysk w oku i gesty demonstrujące bunt. To bardzo dobra rola Marty Karmowskiej.
Peszek powołał na scenę podmiot tragedii – kilkukrotnie pojawia się duch Polinejkesa. W tej osobliwej roli oglądamy Bartosza Bandurę, jednocześnie autora ruchu scenicznego. Aktor zafundował sobie także nie najłatwiejsze zadanie aktorskie. Wybielona twarz, martwe spojrzenie (sic!), oniryczne gesty. Przerażająca figura! Grozy dodaje wzdrygająca organiczność w postaci ulewającej się z ust krwi i spektakularnego upadku z krawędzi sceny do głębokiego orkiestrionu. Powtarzający się motyw potęguje muzyka oraz światło. Śmiem twierdzić, że to ocierało się o sceniczną brawurę! Tak!
Całość dopełnia (wypełnia?) muzyka Wojciecha Kiwera. Nie usłyszymy tu rekonstrukcji antycznych archaicznych pieśni czy jakiegoś nawiązania do epoki. Kompozytor zaproponował przeszywające dźwięki – niepokorne i niespokojne. Znakomicie towarzyszyły poszczególnym fragmentom przedstawienia albo punktowały i puentowały akcję. Gdy trzeba jest mrocznie, nastrojowo i patetycznie, a chwilę później, na przykład gdy trzeba „podkręcić” komediowy Chór, zaczyna się robić nieco „rubasznie”. Jego muzyka jest czujna i czuła. Czujna, bo buduje adekwatny klimat każdej sceny. Czuła, bo znakomicie podkreśla emocje postaci.
Warto jeszcze wspomnieć o rewelacyjnej reżyserii światła, autorstwa samego reżysera. Znakomita to robota! Gorzowski teatr ma ciekawy park techniczny, często działający „wbrew” bogatemu wystrojowi Sali. To tak jakby jedną ze scen berlińskiej Love Parade umieścić w wystawnych barokowych wnętrzach Schloss Charlottenburg. Ledowe reflektory zanim „dotrą” w docelową przestrzeń często omiatają snopem światła zabytkowe ornamenty i malowidła. To wartość dodana, ale ta praktyczna, albo decydująca o atmosferze widowiska, równie udana! Światło tym spektaklu to niezłe (teatralne) czary.
Na koniec tekstu, dość nietypowo, pozostawiam refleksje na temat sfery wizualnej gorzowskiej „Antygony”. Rzecz jest kluczowa dla zrozumienia i wybrzmienia inscenizacyjnych pomysłów Błażeja Peszka. Joanna Sapkowska „podzieliła” swoją prace niejako na dwie części – kostiumy i scenografia. Znalazła przestrzeń dla rozróżnienia obu sfer. Stroje, które zaproponowała nawiązują do wielkich dystopii (literackich, ale działających na wyobraźnie jako filmy) – choćby „Mad Maxa”, „Gwiezdnych Wojen”, „Diuny” albo podobnych zniszczonych światów pełnych kurzu. Ja widziałem w tym jeszcze nawiązania do postaci znanych z malowideł na antycznej ceramice, szczególnie jeśli idzie o… fryzury. To doczepiene dredy, które często można zobaczyć właśnie na starożytnych naczyniach. Miałem też przyjemność poznać (i zobaczyć wystawę) projekt Liebieghaus we Frankfurcie nad Menem, w którym naukowcy pod kierunkiem Vinzenza Brinkmanna badali antyczne rzeźby w kierunku oryginalnej kolorystyki. Efektem ich pracy były rekonstrukcje rzeźb i figur z kolekcji Die Liebieghaus Skulpturensammlung. Okazało się, że antyk był bajecznie kolorowy. W ich rekonstrukcjach widać też było fantazyjne fryzury, ciekawe kroje ubrań, obuwia czy wreszcie biżuterii (dodatków).
Sapkowska choć nie znała (pytałem!) frankfurckiego projektu „Bogowie w kolorze — malowana rzeźba starożytności klasycznej” najwidoczniej intuicyjnie podeszła do tematu. Przywołała antyk w sposób wręcz wzorcowy. Złamała go odniesieniami do fantastycznych kosmosów (uniwersów) znanych z kultowych dystopii. Widziałem w tym zarówno Arrakis z „Diuny” jak i planety albo ziemskie krainy z podobnych fantastycznych opowieści. Swoją drogą – nazwisko autorki zobowiązuje: Sapkowska! Jej scenografia to bezcenny atut produkcji Peszka. Tak, to miejsce na nieśmiertelne pytanie o kurę i jajko, w tym przypadku brzmiące: idea czy scenografia / scenografia czy idea? Ewidentnie jedno wynika z drugiego. Na pierwszy rzut oka Sapkowska zaproponowała dość klasyczną paradę korynckich i doryckich kolumn oraz wszelkie towarzyszące atrybuty i przedmioty nawiązujące do epoki. Jednak gdy wejrzeć weń intensywniej, klasyczna parada zmienia się w odważną, mocno ironiczną karykaturę. Kolumny stoją do góry nogami, a zdobione głowice okazują się podstawą. Mało tego, z udających (romantyczną) ruinę kamiennych kolumn wystają… zbrojeniowe pręty. Przepyszny żart! Jedna ze złamanych kolumn okazuje się tronem Kreona. Cudo! Cały sceniczny Akropol w kilku scenach poddaje się sile teatralnej maszynerii. Piękne, wręcz niemożliwe, to obrazy. Przy pomocy sztankietów kolumny wznoszą się ponad scenę, a panele imitujące marmurowe ściany królewskiego pałacu zaczynają się ruszać, przywodzą na myśl wodospad rzędów tajemniczych kodów znanych z Matrixów.
Praca Joanny Sapkowskiej, wsparta bardzo dobrze poprowadzonym światłem oraz przestrzenią muzyczną Wojciecha Kiwera, wysuwa się na równoległy plan teatralnego uniwersum wykreowanego przez Błażeja Peszka pod dyktando literaty Sofoklesa przefiltrowanej przez Jacka Kaduczaka. To przestrzeń równoważna do sensów i mądrości zawartych w tej antycznej tragedii.
Gorzowska „Antygona” A.D. 2025 to wbrew starożytnemu rodowodowi na wskroś współczesna vel bezceremonialnie aktualna opowieść. Antyk zdaje się być jedynie kostiumem do ilustracji bardzo potrzebnej rozmowy. Błażej Peszek pyta o świeckie i święte, dobre i złe, ale też o… rolę kobiet, bezsens przemocy, potrzebę dialogu i wreszcie takż zwykłą empatię. Tak, „Antygona” to historia o miłości, a że ta ma wiele odcieni, form czy znaczeń, to…