18.07.2020, 11:18 Wersja do druku

Andrzej Nejman: Największą dumę sprawia mi to, że jesteśmy cały czas tym samym Teatrem Kwadrat

mat. teatru

- Niezmiernie się cieszę, że zespół Teatru Kwadrat dziś - to jest ten sam zespół, z którym rozpoczęliśmy walkę o nasz teatr 10 lat temu; największą dumę sprawia mi to, że jesteśmy cały czas tym samym Teatrem Kwadrat - powiedział PAP aktor, reżyser, dyrektor stołecznego teatru Andrzej Nejman.

Polska Agencja Prasowa: To jubileuszowy 45. sezon Teatru Kwadrat, który powstał w 1974 r. 15 lipca obchodził pan swój jubileusz - 10-lecie powołania na stanowisko dyrektora tej sceny. Piękne jubileusze, ale o organizację obchodów nie jest łatwo. Od połowy marca teatry były zamknięte z powodu epidemii. Mimo to Teatr Kwadrat był stale obecny ze swoimi przedstawieniami i czytaniami w internecie.

Andrzej Nejman: To prawda. Okoliczności nie sprzyjają świętowaniu. Mimo to próbujemy utrzymywać cały czas kontakt z widzami. Jako jeden z nielicznych teatrów w Polsce otworzyliśmy się w czerwcu i zagraliśmy 11 spektakli.

6 czerwca minister zdrowia Łukasz Szumowski zezwolił na powrót widzów do sal teatralnych, a nasz teatr już od 16 czerwca przywrócił na afisz "Nie książka zdobi człowieka", "Tydzień, nie dłużej...", "Szalone nożyczki" i "Kłamstewka". Graliśmy dla połowy widowni, bo takie są wymogi sanitarne, a to niestety przynosiło nam straty. Teraz rozpoczął się sezon wakacyjny: w porozumieniu z warszawskim ratuszem robimy przerwę w lipcu i sierpniu, bo i tak muszę formalnie pooddawać wszystkim pracownikom urlopy. Wracamy ze spektaklami na początku września.

Ten okres lockdownu był rzeczywiście dla nas ciężki. Od początku wiedzieliśmy, że najważniejszym zadaniem jest utrzymanie kontaktu z widzami. Mamy ich bardzo wielu - w internecie profil Teatru Kwadrat śledzi ponad 70 tys. naszych przyjaciół. Chcieliśmy bardzo podtrzymać z nimi kontakt, stąd rozmaite działania w sieci, mądrzejsze i głupsze, nagraliśmy na przykład ludową przyśpiewkę na Święta Wielkanocne, aby choć na chwilę przywrócić uśmiech na przerażone twarze widzów.

Zaczęliśmy też czytać na Skype sztuki - każdy u siebie w domu. Przygotowaliśmy 12 takich czytań i po ich sukcesie, postanowiliśmy to kontynuować. Okazało się, że nie tylko warszawiacy nas oglądali, ale cała Polska i zagranica. Sprzedaliśmy np. 8 tys. biletów na zagrany na żywo online 18 maja spektakl "Szalone nożyczki. Reżim sanitarny". Jego kolejna odsłona przyciągnęła blisko 10 tys. widzów!

PAP: Przygotowali państwo to przedstawienie jako reakcję na kolejny etap "rozmrażania" reżimu sanitarnego i otwieranie salonów fryzjerskich.

A.N.: Tak, fascynujący zbieg okoliczności. Akcja spektaklu dzieje się "tu i teraz". Każdego dnia aktorzy przygotowują rozmaite improwizowane teksty związane z codziennymi wydarzeniami gospodarczymi, politycznymi, obyczajowymi. Właśnie w maju władze wydały zgodę na uruchomienie tzw. "małych planów filmowych", więc naszą scenę potraktowaliśmy właśnie jako plan filmowy.

A skoro wspomniane odmrażanie zbiegło się z datą otwarcia salonów fryzjerskich, wydało się nam jasne, że musimy ubrać naszych "fryzjerów" w maseczki, rękawiczki, i w pełnym reżimie rozpocząć teatralne cięcie. W samych Stanach Zjednoczonych kupiono 2,5 tys. biletów! Mówię o tym, by pokazać, że tam potrzeba kontaktu z krajem, z językiem, jest ogromna i że działania w internecie, które dotąd przez wszystkie polskie teatry były traktowane jako coś ewidentnie fakultatywnego, są niezwykle istotne. Dotąd to była jedynie promocja spektakli granych na żywo na scenie.

To nam uświadomiło, że choć mnóstwo ludzi nie ma szansy nas oglądać w miejscu naszej codziennej pracy, to bardzo im na kontakcie zależy. Okazało się, że koronawirus, zmuszając nas do skupienia się na tych ludziach - trochę nam otworzył oczy. Zachęcił nas do kontaktowania się z dotąd nieznanymi odbiorcami za pomocą internetu.

To chyba jedyna dobra rzecz, którą przyniósł ten wirus: otworzyliśmy się na komunikację internetową. Obecnie przygotowujemy strategię i będziemy ją realizować przez najbliższe miesiące, ale już wiemy, że ta gałąź działalności Teatru Kwadrat nie zniknie.

PAP: Nie wiemy, jak sytuacja epidemiczna będzie wyglądać jesienią. Jednak zapytam, czy ma pan plany jubileuszowe?

A.N.: Nie myślałem o jubileuszu, ale planów oczywiście było dużo. Mamy rozpoczęte próby do dużego spektaklu, którego nieoficjalna premiera miała się odbyć w czerwcu, a oficjalna - we wrześniu. W przygotowaniu jest monodram Ewy Ziętek, która również obchodzi jubileusz. Niestety, to wszystko musieliśmy wstrzymać.

Na pewno jesienią damy wreszcie wspomnianą premierę. Jest to współczesna komedia żydowska Jamesa Shermana. Miałem przyjemność tłumaczyć ten tekst z angielskiego i zatytułowałem go "Koszerne raz". W przedstawieniu wykorzystujemy kompilację dwóch sztuk tego autora, którą przygotował, i realizuje, wykształcony w Krakowie reżyser z Izraela Awiszaj Hadari.

Będziemy mogli się pośmiać ze stosunku współczesnych Żydów do tej całej otoczki religijnej i rytualnej, w którą są często na siłę wpychani przez swoich, ale również i obcych ludzi. Moim zdaniem to będzie równocześnie i śmieszne, i niezwykle pouczające przedstawienie.

Czytając ten tekst, gdy wraz z Awiszajem omawialiśmy jego adaptację na potrzeby Teatru Kwadrat, uświadomiłem sobie, że my Polacy - którzy przecież przed II wojna światową mieliśmy jedną z największych diaspor żydowskich na świecie - nic właściwie o Żydach nie wiemy . Wiemy o nich mniej niż współcześni mieszkańcy Berlina, Londynu czy Nowego Jorku. Nic nie wiemy o ich codzienności. Nawet jeśli spotykamy Żydów w naszej okolicy - to są oni na tyle zasymilowani, że nie mamy szansy poznać ich rytuałów. Nie wiemy, co to jest Chanuka, Pesach czy Purim. My nawet Szabatu nie ogarniamy.

Spróbujemy wykorzystać "Koszerne raz" jako komediowy pretekst do przybliżenia Polakom, a głównie kierujemy się w stronę młodzieży, rozmaitych rytuałów związanych z judaizmem i z życiem współczesnych Żydów. Jednocześnie mam nadzieję, że choć to będzie przedstawienie bardzo zabawne, to nikt nie będzie zgłaszał pretensji, że się "śmiejemy z Żydów". No cóż, Żyd to napisał, Żyd to reżyseruje, więc musi być koszerne.

PAP: Wróćmy do historii Teatru Komedii i Farsy, czyli Teatru Kwadrat, który powstał w 1974 r, a jego pierwszym kierownikiem artystycznym był Edward "Dudek" Dziewoński. W 1997 r. ukończył pan studia w warszawskiej PWST, a w 1998 r. otrzymał wyróżnienie na 19. Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Zdobył pan wielką popularność, grając Waldka w serialu "Złotopolscy". W 1998 r. trafił pan do zespołu Teatru Kwadrat za dyrekcji Edmunda Karwańskiego. Jaki to był Kwadrat?

A.N.: Przede wszystkim scena przy ul. Czackiego była bardzo kameralna. Mieliśmy 170 miejsc na widowni i czuliśmy się tak, jakbyśmy grali "u cioci w dużym pokoju". Ona dawała wrażenie, że siedzimy tym widzom na kolanach. Publiczność chyba też odczuwała, że aktorów ma na wyciągnięcie ręki.

Szczerze mówiąc, gdy kończyłem szkołę teatralną, nie planowałem pracy w teatrze. Jakoś zawsze myślałem o sobie jako o aktorze filmowym i telewizyjnym. No i tak się złożyło, że nagle w Kwadracie potrzebowali zastępstwa do roli w spektaklu "Wszystko w rodzinie", w którym występował m. in. śp. Jerzy Turek. Dyrektor Karwański z Pawłem Wawrzeckim zastanawiali się nad tym, kogo by tu na rynku aktorskim wyszukać i zaprosić do współpracy, a skorośmy z Pawłem i Jerzym już wtedy grali wspólnie w "Złotopolskich", gotowi byli za mnie poręczyć.

Gdy już zagrałem kilka spektakli w tej cudownej małej salce przy Czackiego - poczułem, że to daje mi większą satysfakcję niż praca w telewizji. I tak już zostało, bo aktorem w Teatrze Kwadrat jestem od 22 lat.

Co ciekawe, Kwadrat powstał w listopadzie 1974 r., a ja się w listopadzie tegoż roku urodziłem - w związku z tym idziemy razem przez życie jak bracia bliźniacy.

PAP: Los Teatru Kwadrat na początku XXI w. nie był łatwy. W 2001 r. zaczął się spór o prawo własności do budynku przy ul. Czackiego z firmą Polimex-Cekop. Władze Warszawy ochraniały Kwadrat, ale tylko przez osiem lat. Prywatna firma nabyła prawa do wieczystego użytkowania gruntu - i w efekcie w czerwcu 2010 r. dyrektor Karwański złożył rezygnację. 15 lipca, gdy jeszcze nie było wiadomo, gdzie się zespół przeniesie, pan został powołany na stanowisko dyrektora. Jak do tego doszło?

A.N.: To była sytuacja rzeczywiście dramatyczna. O tym, że mamy kłopoty lokalowe dowiedzieliśmy się dopiero w czerwcu 2010 r. Dyrektor Karwański nie mówił nam przez lata, że jesteśmy w sporze z Polimeksem. Co więcej, ta firma wówczas dzierżawiła ten budynek od miasta, czyli w pewnym sensie my byliśmy tam bardziej gospodarzami, mimo że zajmowaliśmy tylko parter budynku. Jednak Polimex-Cekop wykupił roszczenia reprywatyzacyjne, a z kolei nasz dyrektor stwierdził, że ich działania są nielegalne. Oficjalni zrezygnował z kierowania Kwadratem. A po tych latach konfliktu Polimex skorzystał z okazji, by nas stamtąd wyrzucić.

Zespół wiedział, że musimy znaleźć jakieś rozwiązanie w związku z utratą siedziby. Już na sam koniec dyr. Karwański zorganizował zebranie z udziałem dziennikarzy i zaprosił na nie dyrektora Biura Kultury m.st Warszawy. Postanowił oficjalnie ogłosić, że miasto nas nie wspiera i nie ratuje. A my wiedzieliśmy, że blisko osiemdziesięcioletni dyr. Karwański może sobie pozwolić "na rzucanie kluczami" i rezygnację, podczas gdy my - cała załoga techniczna, administracyjna i zespół artystyczny - musimy znaleźć plan ratunkowy.

Otrzymaliśmy po cichu informację, kto jest planowany na naszego dyrektora. Była to kobieta całkowicie z zewnątrz, niby z branży, ale bez najmniejszej wiedzy o naszej specyfice. Nazywaliśmy ją "syndykiem masy upadłościowej", bo mieliśmy świadomość, że jest ściągana do pracy w Kwadracie po to tylko, by nas przeprowadzić przez proces likwidacji. Powiedzieliśmy sobie, że tak nie może być - ktoś z nas musi zaryzykować i wziąć to w swoje ręce. Rzecz jasna, towarzyszyło temu ryzyko, że ten ktoś poniesie katastrofę. A wtedy przylgnie do niego łatka nieudacznika. Zastanawiając się nad sytuacją, nasza "rada starszych", czyli Jan Kobuszewski, Andrzej Kopiczyński, Jerzy Turek i Paweł Wawrzecki, mnie zaproponowała ratuszowi na tę funkcję. Mimo obaw oczywiście byłem chętny, by podjąć się tego zadania. Odkąd pamiętam odczuwałem potrzeby menedżersko-reżyserskie. Prowadziłem już swoją firmę producencką. Słowem: to nie było tak, że nie miałem pojęcia, jak sobie radzić z zarządzaniem zespołem. Ale nadal nie było wiadomo, czy znajdziemy jakąś siedzibę...

PAP: Udało się. Przenieśliście się państwo do kinoteatru Klubu Dowództwa Garnizonu Warszawa.

A.N.: Na początek spróbowaliśmy załagodzić spór z Polimeksem, bo z końcem czerwca mieliśmy ostatecznie opuścić budynek przy ul. Czackiego. Musieliśmy zyskać na czasie. Poszliśmy z Ewą Wencel do prezesa tej firmy i poprosiliśmy o prolongowanie okresu wypowiedzenia. Dużo by mówić o naszej argumentacji, niemniej to się udało.

PAP: Ostatni spektakl zagrali tam państwo 28 listopada 2010 r.

A.N.: Potrafiliśmy to przeciągnąć o blisko pięć miesięcy. Przenosząc się do kinoteatru w al. Niepodległości, czyli do Klubu Dowództwa Garnizonu Warszawa, zdawaliśmy sobie doskonale sprawę, że to jest rozwiązanie tymczasowe. Dowództwo Garnizonu było nam bardzo przychylne za czasów pułkownika, a potem generała Grudzińskiego, ale uprzedzili nas, że czekają na wielki remont. A wtedy będziemy musieli tę scenę opuścić. Mieliśmy świadomość, że możemy tam grać najwyżej dwa-trzy lata.

PAP: 1 marca 2012 r. podpisał pan z władzami miasta umowę, dotyczącą przejęcia byłego Teatru Bajka, czyli dzisiejszej siedziby Teatru Kwadrat przy ul. Marszałkowskiej 138.

A.N.: To był kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności. Właściwie wciąż jesteśmy ratowani przez rozmaite przypadki. Myślę, że ma to związek z tym, że 15 lipca 2010 r., czyli moje powołanie na dyrektora w Kwadracie, to była dokładnie 600. rocznica zwycięskiej Bitwy pod Grunwaldem...

Tym razem okazało się, że całkiem poważny biznesmen Grzegorz Biskupski, który prowadził w tym miejscu Teatr Bajka, wpadł w tarapaty finansowe. Źle zaplanował finansowanie jakichś swoich pobocznych imprez. Organizował m.in. rozmaite ogromne koncerty i wtedy jakaś wielka gwiazda mu nie przyjechała. Nie pamiętam, bodajże Elton John. To go kompletnie rozłożyło finansowo, bo musiał oddać pieniądze za dziesiątki tysięcy biletów. Stracił płynność finansową, przestał płacić rachunki za siedzibę Teatru Bajka i go po prostu stąd wyrzucono.

Ja już wcześniej zgłaszałem władzom Warszawy, że chcielibyśmy występować w tym miejscu. Czuliśmy, że jako teatr miejski mamy większe prawo, by korzystać z tej miejskiej przestrzeni niż prywatny przedsiębiorca. Jednak Rada Warszawy, poniekąd słusznie, nie wyraziła zgody na niszczenie prywatnej inwestycji. Ale kiedy ta inwestycja niezależnie od nas upadła, to okoliczności zaczęły nam sprzyjać. Jednakże kiedy już weszliśmy do budynku przy ul. Marszałkowskiej 138 - okazało się, że stan budynku jest dramatyczny.

PAP: Zainwestował pan swój czas i energię, by zdobyć finanse na generalny remont. W porozumieniu z Ministerstwem Kultury zdobył pan fundusze z Programu Konserwacji EOG na lata 2009-14, czyli z tzw. mechanizmu norweskiego. Skąd taki pomysł?

A.N.: To było blisko 6 mln zł z funduszy, a doszło jeszcze znaczące wsparcie z Miasta. W sumie cały remont i przebudowa kosztowały ponad 8 mln zł.

Wszystko zaczęło się od mojej wizyty w stołecznym Biurze Funduszy Europejskich u dyr. Michała Olszewskiego, który aktualnie jest wiceprezydentem Warszawy. On zresztą nadal jest naszym "aniołem stróżem", jest z nami przy najważniejszych wydarzeniach. Wówczas udałem się do niego z informacją, że owszem, mamy budynek, ale leje się w nim woda, pękają rury. Wyjaśnię tylko, że gdy Teatr Bajka przestał działać, a pan Biskupski przestał płacić rachunki - wyłączono w budynku ogrzewanie. Ale niestety ktoś zapomniał spuścić wodę z systemu grzewczego. Przez zimę rury pomarzły i na wiosnę, gdy zaczęliśmy grać przedstawienia - nagle zaczęliśmy słyszeć dziwne syczenie w ścianach. To te rury zaczęły odmarzać i woda pod ciśnieniem zaczęła wylewać się na podłogę, na widzów, tryskać ze ściany niczym gejzery na Islandii. Do tego wiedzieliśmy, że nie da się długo funkcjonować w teatrze, który nie spełnia norm przeciwpożarowych. I na dodatek dramatyczne warunki sanitarne, brak zaplecza scenicznego...

Wspólnie z dyr. Olszewskim zaczęliśmy wtedy szukać i grzebać w dokumentach - i okazało się, że są planowane pieniądze z funduszy EOG, ale szansa ich zdobycia wydawała się minimalna.

Udało się dzięki ludziom dobrej woli. Pamiętam, że wystosowałem kilkadziesiąt listów błagalnych do wszystkich - od lewej do prawej strony sceny politycznej. Do przewodniczących wszystkich partii, rozmaitych figur w naszym Sejmie. I tak np. ówczesny przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski przyjął mnie w parlamencie, urządził spotkanie z warszawskimi radnymi swojej partii, którzy współrządzili stolicą, tworząc koalicję w Radzie Warszawy. Nakazał im prowadzenie tematu.

Muszę uczciwie powiedzieć, że przy użyciu nieustających działań lobbystycznych, bo zastrzegam, że sam nigdy nie byłem członkiem żadnej partii, udało się przepchnąć ten pomysł. O tym, że Teatr Kwadrat występuje o fundusze wiedział Donald Tusk, wiedział minister kultury Bogdan Zdrojewski, cała śmietanka polityczna ówczesnej Warszawy i Polski.

PAP: Remont rozpoczął się w maju 2015 r. i trwał do końca roku. W odnowionej siedzibie pierwszy spektakl zagrali państwo 25 lutego 2016 r.

A.N.: Remont polegał m.in. na wyburzeniu praktycznie do zera tego, co tutaj wcześniej było. Zostawiliśmy tylko freski z lat 50. XX w., które były pod opieką konserwatora zabytków. Wszystko wyczyściliśmy do gołego betonu, ba, nawet więcej, niektóre ściany musieliśmy przebijać lub zburzyć. Gdy zobaczyłem, jak ten budynek wygląda po miesiącu prac demontażowych - przeraziłem się nie na żarty. Po prostu nie wierzyłem, że będziemy w stanie to kiedykolwiek odbudować.

Poza remontem dużej sceny, gdzie widownię ustaliliśmy na poziomie 400 miejsc, stworzyliśmy od zera scenę kameralną dla setki widzów, którą po prostu uwielbiamy. To jest właściwie moje dziecko. Pamiętam, że gdy zaprosiłem aktorów do dawnej wentylatorni usytuowanej pod foyer, gdzie stały olbrzymie nieużywane silniki, i powiedziałem im, że tam będzie scena kameralna - spojrzeli na mnie jakbym zwariował. Gdzie? Na tym rumowisku? W jakiejś zagraconej piwniczce? Tam było wtedy maksymalnie 2,5 m wysokości i całą przestrzeń wypełniały te ogromne silniki, wielkie jak silniki okrętowe. Wszyscy pukali się w czoła, jakim cudem można tam cokolwiek zrobić.

Siedziałem długo z projektantami, analizując na ile da się obniżyć podłogę, by zyskać możliwą do wykorzystania wysokość, nie schodząc jednocześnie poniżej stóp fundamentowych. Wiadomo było, iż nie możemy ruszyć stropu, nad którym jest foyer. Udało się zejść o 40 czy 50 cm i mój pomysł z tą chwilą stał się wykonalny. Kiedy po remoncie zaprosiłem zespół i pokazałem scenę - aktorzy oniemieli z wrażenia. Gramy tam już trzy lata kilka tytułów. Sam występuję na tej scenie w dwóch przedstawieniach i przyznam, że granie tam przypomina mi spotkania z publicznością w sali przy ul. Czackiego. Tu znów jesteśmy z widzami "na wyciągnięcie ręki". Jesteśmy z nimi znów "u cioci w dużym pokoju".

PAP: Uroczysta inauguracja odremontowanego Teatru Kwadrat odbyła się 12 marca 2016 r. To była premiera "Medium" w pańskiej reżyserii. Mija 10 lat pana dyrekcji, z czego przynajmniej sześć oznaczało walkę o byt, miejsce do grania, fundusze. Z czego jest pan, obok tego imponującego remontu, najbardziej dumny?

A.N.: Zostałem poproszony jako członek zespołu Teatru Kwadrat przede wszystkim o to, by uratować nasz zespół, żeby ludzie nie stracili pracy. I to było moim głównym celem. Nie stawiałem na realizację podniosłej misji teatru. Oczywiście, musiałem przygotować strategię, którą składałem w ratuszu, ale nieformalną misją było utrzymanie stanowisk pracy nie tylko dla aktorów, nie tylko dla gwiazd. Gwiazdy zawsze sobie poradzą, pójdą do telewizji albo przejdą do innego teatru. Jednakże otaczało nas mnóstwo ludzi, którzy mogli zostać na bruku. Maszyniści, garderobiane, rekwizytorzy, pracownicy kabin, administracja… Dlatego niezmiernie się cieszę, że zespół Teatru Kwadrat dziś to jest ten sam zespół, z którym rozpoczęliśmy walkę o nasz teatr 10 lat temu. Oczywiście, parę osób się wykruszyło z racji wieku. Nie przypominam sobie jednak, żebym kogoś z tamtego zespołu wyrzucił z pracy. To jest chyba moją największą dumą, że jesteśmy cały czas tym samym Teatrem Kwadrat.

PAP: A fakt, że mają państwo stuprocentową frekwencję i są oblegani przez widzów?

A. N.: Z tego jestem równie dumny, ale to już zasługa całego zespołu. Było nas wtedy ok. 40 osób - teraz jest nas 80. Duża sala ma nie 170 miejsc, jak przy Czackiego, ale 400. Do tego dochodzi 100 widzów na scenie kameralnej. Słowem, jeśli nie ma koronawirusa, sprzedajemy dziennie 500 biletów.

PAP: Czego życzyć jubilatom - panu i Teatrowi Kwadrat?

A. N.: Szczerze mówiąc, za 10 lat chciałbym być w tym samym miejscu, w którym jestem. Naprawdę osiągnąłem coś, co sprawia mi prawdziwą satysfakcję. Nie jest to jakiś tam pompatyczny powód do dumy, po prostu praca tu daje mi olbrzymią radość na co dzień. Uwielbiam tu być. Lubię ludzi, z którymi twórczo spędzam czas w tym właśnie miejscu. Nie potrzebuję nic więcej. Chcę po prostu robić to, co robię i mieć taką szansę przez najbliższe lata.

Źródło:

PAP

Tematy w toku