Logo
Recenzje

Amplifikacja

26.01.2026, 12:37 Wersja do druku

⁠„Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Eryk Maciejowski w „Dwutygodniku”.

fot. Wojtek Szabelski/mat. teatru

Toruńska ⁠„Klątwa⁠⁠” Augustynowicz nie zabiera głosu w antyklerykalnej kopaninie i nie próbuje budzić kontrowersji. Mało zresztą prawdopodobne, że jakimś cudem pojawi się na niej widz, którego rozsierdzi fakt, że jakiś tam Wyspiański przed stu laty z górką śmiał napisać o księdzu z dziećmi.

Podsłuchiwanie to brzydki nawyk, ale trudno tego uniknąć po spektaklu, w kolejce do szatni. ⁠„Strasznie to było mocne”, mówi ktoś za mną, a osoba towarzysząca dodaje, że ⁠„no, dla mnie nawet za mocne”. Trudno z tym dyskutować, każdy odbiera teatr po swojemu, ja też odebrałem przedstawienie jako wysoce intensywne. Niektórych widzów mogło przytłoczyć i najwyraźniej tak było; w ich głosach czuć ulgę, że jest już po wszystkim. Przede mną też trwa ożywiona wymiana zdań, zainicjowana pytaniem: ⁠„Nic z tego nie zrozumiałam, a ty?”. Ktoś zakłada – ja zwykle też – że jak coś dzieje się na scenie, to musi być w tym coś do rozumienia. A może wcale nie musi? Może nie chodzi o rozumienie, tylko właśnie o to, że było intensywnie? Może to jest klucz do wystawionej w toruńskim Teatrze im. Wilama Horzycy ⁠„Klątwy” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Anny Augustynowicz?

Przedstawienie rzeczywiście jest mocne, przede wszystkim formalnie, chociaż treść też do najlżejszych nie należy. Styl Augustynowicz, bardzo charakterystyczny i osobny, jest nie tylko wyrazisty – użyte środki są tak intensywne, że bez lektury jednoaktówki Wyspiańskiego można całkiem stracić orientację. Scena jest szeroka, ale pusta – tu stół, tam ołtarz, ot i wszystko. Światło przygaszone i zimne jak sople lodu uwieszone na krawędzi dachu, chociaż akcja rozgrywa się w środku upalnego lata w udręczonej suszą wsi pod Tarnowem.

Publikę oddziela od widowni półprzejrzysta zasłona – coś jak sieć o bardzo drobnych oczkach. W półmroku wszystko przez nią widać, a jej nie widać wcale, ale gdy trzeba, zasłona staje się podkładem pod monochromatyczne multimedialne projekcje, zwykle zwielokrotniające postaci aktorów. To już się u Augustynowicz zdarzało. Chłodna, ascetyczna rzeczywistość tworzona na scenie ma w sobie coś wrogiego, odpychającego; raczej nikt nie poczuje się w niej jak w domu. Dźwięki ranią uszy – na razie odnotujmy, że nie jest to muzyka, która łagodzi obyczaje. Jakby tego było mało, jest jeszcze tekst, czyli wysycony ludową gwarą wiersz sprzed 130 lat. Nie jest niezrozumiały, ale nikt tu nie idzie nikomu na rękę i nie czeka, aż widz rozplącze sobie słowa powiązane w rytmiczne węzełki. Aktorzy mówią normalnie, czyli dość szybko. Tak, w tym surowym, wypranym z kolorów świecie, wypełnionym wirującymi jak duchy multimediami, można się całkiem zagubić.

Jak się w tym odnaleźć? Na dobry początek można zajrzeć do spektaklowego folderku, w którym zamieszczono esej Przemysława Czaplińskiego o ⁠„Klątwie”, poświęcony performatywnym aspektom języka Wyspiańskiego. Analiza jest pogłębiona, nieoczywista i dająca do myślenia, fragmenty są też na stronie internetowej teatru. Pomiędzy paragrafami można znaleźć także libretto całego widowiska.

Przypomnijmy szybko, o co chodzi, bo tego tekstu raczej nie czyta się w szkołach. ⁠„Klątwa” opowiada o podkarpackiej wsi dotkniętej klęską suszy. Ponieważ wszystko musi mieć jakąś przyczynę, a nie zawsze wiadomo jaką, lokalna społeczność obarcza winą miejscowego księdza. W końcu każdy we wsi świetnie wie, że duszpasterz żyje w konkubinacie ze służącą i, a jakże, z dwójką spłodzonych przez siebie dzieci. Trudno o równie dobre powody do bożego gniewu, prawda? Wina wymaga odkupienia. Wiejska gromada idzie za radą miejscowego pustelnika (którego autorytet zastępuje w ich sercach miejsce skompromitowanego duchownego), chce złożyć na polu ofiarę z płodów rolnych, ale wskutek niefortunnego splotu nieporozumień wszystko kończy się ofiarą z ludzi i katastrofą o starotestamentowym ciężarze. Paskudna historia, przytłaczająca jak grecka tragedia, z którą ma wiele wspólnego.

fot. Wojtek Szabelski/mat. teatru

To dziwny tekst i bardzo daleki od jednoznaczności, chociaż w powierzchownej lekturze zwraca uwagę ostrość obyczajowych obserwacji. Nic dziwnego, że ⁠„Klątwa” od samego początku budziła ogromne kontrowersje. Dalej je budzi, chociaż dzisiaj ataki nie są już wymierzone w sam dramat, a w jego sceniczne realizacje – i to też nie wszystkie. Konserwatyści od samego początku odczytywali ⁠„Klątwę” jako brutalny, bezpardonowy atak na Kościół – mocno na wyrost, ale panika moralna ma to do siebie, że najpierw się bije, a potem pyta (albo i nie, bo po co, skoro wróg już pobity?).

Ponad 100 lat po prapremierze, w 2017 roku z identycznych pozycji atakowano głośną inscenizację Olivera Frljicia z warszawskiego Teatru Powszechnego. Frljić zresztą celowo zrealizował spektakl nastawiony na to, żeby doprowadzić część publiki do białej gorączki, na przykład za pomocą tak subtelnych środków jak ścinanie piłą łańcuchową ogromnego drewnianego krzyża. Kontrowersje sprzedają się dobrze, więc jego ⁠„Klątwę” można wciąż oglądać w Powszechnym.

Jednak nie tylko katolikom było z tym tekstem nie po drodze. W czasach socrealizmu wieszano na nim psy za szkalowanie klasy robotniczej i sportretowanie chłopstwa, soli tej ziemi, jako zabobonnego, kierującego się impulsami motłochu. Podobno najgorzej ma ten, kto siedzi okrakiem na płocie, między dwiema zwaśnionymi stronami – w przypadku „Klątwy” sprawdza się to w stu procentach. Pięknie by było, gdyby i dzisiaj ktoś napisał albo wystawił coś równie dobrego i kontrowersyjnego, takiego całkiem ponad podziałami, co by każdej opcji światopoglądowej wbiło się jak drzazga w wielki palec u nogi.

fot. Wojtek Szabelski/mat. teatru

Jak to wszystko ma się do toruńskiej inscenizacji Anny Augustynowicz? Toruńska ⁠„Klątwa⁠⁠” nie zabiera głosu w antyklerykalnej kopaninie i nie próbuje budzić kontrowersji. Mało zresztą prawdopodobne, że jakimś cudem pojawi się na niej widz, którego rozsierdzi fakt, że jakiś tam, tfu, Wyspiański przed stu laty z górką śmiał napisać o księdzu z dziećmi. Skoro więc nie wygląda to na spektakl o Kościele, to o czym?

Popatrzmy jeszcze raz na scenę. Obserwujemy niewielką społeczność poddaną zewnętrznej presji (w tym wypadku presji natury zagrażającej plonom, a więc bytowi każdego mieszkańca wsi) i rozdzieraną konfliktami. Niemal wszyscy zwracają się do siebie z wrogością i ze z trudem skrywaną agresją. Wszyscy są skłóceni ze wszystkimi, społeczność pozostaje wewnętrznie pęknięta – spolaryzowana, mówiąc dzisiejszym językiem.

To pęknięcie podkreśla nie tylko scenografia, światło i muzyka, ale też dykcja aktorów. Jedni mówią ostro i władczo, drudzy cofają się w defensywie, by zaraz potem przejść do kontrataku. Zimne, nieznoszące sprzeciwu komunikaty sączą się przez zaciśnięte zęby aktorów. Wrogość i pogarda. Hierarchia. Agresja słowna, podkreślana intensywną, emocjonalną deklamacją. Rytmiczność i poetyckość frazy nie budują tu sensu wypowiedzi – to tekst Wyspiańskiego wzmacnia i uwydatnia emocje aktorów. Wypełniająca świat ⁠„Klątwy” przemoc pędzi na młodopolskiej frazie jak na galopującym koniu. Na współczesnym tekście to by tak dobrze nie wybrzmiewało, bo znaczenia przesłaniałyby ładunek emocjonalny, który do widza dociera przede wszystkim przez uszy i serce, a nie przez mózg. Bodaj jedyną postacią szukającą jakiegoś porozumienia jest Matka Księdza: grająca ją Anna Magalska nie mówi, a jej głos odtwarzany jest z playbacku. Sensu tego jednego zabiegu nie jestem pewien. Może lepiej by było, gdyby w ogóle nie mówiła?

Tak czy inaczej, słowna warstwa spektaklu jest bardzo muzykalna, skoncentrowana na brzmieniach. Muzyczność nie pierwszy raz przesyca teatr Anny Augustynowicz, to jeden z jej znaków rozpoznawczych i ktoś mógłby ponarzekać, że znowu to samo: oratoryjna forma i zasłony z multimediami. Na szczęście teatr nie jest dla krytyków, tylko dla widzów, a w tym przypadku koncentracja na brzmieniach działa wyjątkowo dobrze. Sceniczną deklamację podkreśla użyta dodatkowo muzyka, chociaż dla części widzów może nie być oczywiste, że mamy tu do czynienia z czymś godnym tej nazwy.

Ścieżka dźwiękowa do ⁠„Klątwy”, napisana przez Jana Marka Kamińskiego, to zgrzytliwy, szeleszcząco-trzeszczący i momentami boleśnie głośny noise łamany przez industrial. Fale statycznego hałasu sączą się z głośników, a chropawe tekstury drażnią błony bębenkowe. Miłośnicy dźwiękowej ekstremy spod znaku twórczości Merzbow albo Throbbing Gristle z pewnością nieraz zastrzygą uszami z uciechy. Dla nich te brzmienia będą raczej łagodne, ale pozostali mogą cierpieć. Wybór takiej akurat ścieżki dźwiękowej ma jednak znacznie więcej sensu, niż się z pozoru wydaje. Noise, industrial, power electronics i inne podgatunki dźwiękowego sadyzmu powstawały (w gigantycznym uproszczeniu) z przekonania o rozpadzie racjonalnego, uporządkowanego świata, zastąpionego przez to, co irracjonalne, chaotyczne, pierwotne i ciemne, przyniesione wraz z postępem i rozwojem technologii.

Tam, gdzie punkowa rebelia styka się z powojenną awangardą spod znaku Karlheinza Stockhausena, rodzą się takie właśnie dźwięki. Warstwa dźwiękowa jest zresztą doskonale spójna z treścią dramatu, bo obserwujemy w nim rozpad więzi społecznej i porządku, który rozpoznawali twórcy spod znaku brytyjskiej Industrial Records. Do tego muzyka jeszcze wzmacnia ciemności, w których skryta jest podkarpacka ziemia. To świetny pomysł z tym hałasem. Tak trzeba robić teatr: wychodząc poza pudełko (a nawet poza scenę pudełkową; jeszcze o tym nie wspomniałem, ale ⁠„Klątwę” ogląda się na małej scenie).

W czasie pokazu nie doświadczymy niczego naprawdę kontrowersyjnego, a jednak suma użytych środków sprawia, że ⁠„Klątwa” faktycznie jest strasznie intensywna. Trwa nieco ponad godzinę, ale to bardzo długa godzina, po której wychodzi się z teatru z ulgą. Cały ten brutalny gwałt na widzu niesie jednak sensy, których u Wyspiańskiego nie ma. Wydają się przeznaczone mniej do rozumienia, a bardziej do czucia.

Na pewno dałoby się w tekst spektaklu wgryźć i przeanalizować dokładnie, co tam się dzieje, czytać sceniczną ⁠„Klątwę” przez esej Czaplińskiego i przeprowadzić solidną teatrologiczną analizę, w której byłoby dużo mądrych słów o fanatyzmie, instynktach stadnych, przemocy symbolicznej i innych pękniętych habitusach. To jednak zabawa, która raczej nie wciągnie udręczonego pokazem widza. Podstawowy – tak wierzę – sens narzuca się sam, z pominięciem zbyt wielu zakrętów kory mózgowej. W toruńskim spektaklu każdy się z każdym spiera i każdego oskarża, świat staje na głowie, stare wartości upadają, nowe wkraczają na ich miejsce, emocje biorą górę nad rozumem, grupa tłamsi jednostkę, a to wszystko odbywa się w warunkach egzystencjalnego zagrożenia, co w końcu prowadzi do tragedii. To nie jest wieś pod Tarnowem w 1899 roku; to świat w roku pańskim 2025. I nawet jeśli w rzeczywistości nie do końca taki jest, to na pewno bywa tak odbierany. Ja go tak odbieram, ilekroć jakieś diabelstwo podkusi mnie do czytania serwisów informacyjnych.

Augustynowicz wyczuwa to ukryte pokrewieństwo między światami ⁠„Klątwy” i naszej teraźniejszości, wydobywa je na wierzch, uwypukla za pomocą formy i atakuje nim widza. Nie próbuje niczego tłumaczyć czy wyjaśniać, nie mówiąc o próbach zmieniania widza w quasiterapeutycznych procesach. Oferuje w zamian coś innego: wzmacnia sygnał, w którym i tak jesteśmy na co dzień zanurzeni. Po wyjściu z teatru dalej będziemy go odbierać, ale może będzie go łatwiej znieść. Nie każdy się z tym połączy, nie każdy to poczuje; ale trudno przejść obok ⁠„Klątwy” obojętnie. To bardzo dużo.

Tekst powstał w ramach projektu ⁠„W drodze. Krytyka teatralna nie tylko w centrum” finansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Tytuł oryginalny

Amplifikacja

Źródło:

dwutygodnik.com

Link do źródła

Sprawdź także