- Tak technicznie skomplikowanej operacji [jak przy "Wielebnych"] jeszcze w kieleckim teatrze nie było - zapewnia Ignacy Abram, brygadier sceny i po chwili wylicza: - 200 metrów lin, którymi związani są aktorzy i 50 metrów wspomagających, 190 kilogramów przeciwwagi, czyli worków z piaskiem, które odciążają artystów. A ile strachu i nerwów, by nikomu nic się nie stało... - pisze Agata Niebudek w Echu Dnia.
Takiego efektownego wejścia, jakie miała Teresa Bielińska w finale sztuki "Wielebni", która od kilku dni grana jest w kieleckim Teatrze im. Stefana Żeromskiego, jeszcze nie było. Aktorka, zabezpieczona linami, zjechał na scenę wprost z "nieba", by po chwili znów unieść się w górę. Kulisy tego przedsięwzięcia odsłania nam Ignacy Abram - brygadier sceny. - Tak technicznie skomplikowanej operacji jeszcze w kieleckim teatrze nie było - zapewnia Ignacy Abram, brygadier sceny i po chwili wylicza: - 200 metrów lin, którymi związani są aktorzy i 50 metrów wspomagających, 190 kilogramów przeciwwagi, czyli worków z piaskiem, które odciążają artystów. A ile strachu i nerwów, by nikomu nic się nie stało... Sprostać Mrożkowi A wszystko to po to, by sprostać pomysłom znakomitego dramaturga Sławomira Mrożka, którego sztuka "Wielebni" miała swoją premierę w ubiegłym tygodniu. Zgodnie z tekstem dramatu, w jednej z końcowych scen bohaterów ratuje z opresj