Jedynym ratunkiem dla oper, teatrów czy filharmonii stały się tak zwane interdyscyplinarne fuzje. I tak na przykład aktorzy prezentują klasyczny repertuar (żadnej awangardy!) wyłącznie nago, a w scenach miłosnych - teraz stanowiących główną atrakcję spektakli - są zastępowani przez dublerów, którzy naprawdę kopulują na oczach widowni - Newsweek Polska drukuje opowiadanie Wojciecha Kuczoka.
Krótkie pauzy między kolejnymi częściami utworu - te, podczas których orkiestra poprawia partytury, przewraca kartki, a publiczność pospiesznie odkasłuje, odchrząkuje, odsmarkuje - te przerwy zawsze przypominają mi o Żenlandii. Do Żenlandii zostałem zaproszony na targi książki przez jakiś instytut słowiański. Organizatorzy chcieli mi zapewnić rozrywkę w dniach poprzedzających moje spotkanie z czytelnikami. Nie wypadało się wzbraniać, zwłaszcza że chodziło tylko o wieczory - czas między śniadaniem a kolacją mogłem spędzać na bezładnych wędrówkach uliczkami miasta. Nie wiedziałem, że w Żenlandii publicznie torturuje się skazańców. Organizatorzy byli z tego zwyczaju bardzo dumni, mówili mi o narodowej tradycji, przekonywali, że muszę wybrać się z nimi na pokaz, że mają dla mnie lożę honorową i jeśli odmówię - choć nikt mi tego nie powie wprost - popełnię afront wysokiej kategorii. Jak zwykle w kraju, którego mową nie władam,