21.07.2021, 15:58 Wersja do druku

70. urodziny Anny Dymnej: Najszczęśliwsza jestem właśnie z tego powodu, że jestem kobietą

"Jako dziecko byłam spokojna i szczęśliwa: najdalej plułam, świetnie chodziłam po drzewach, umiałam łowić ryby, byłam też chwalona za to, że się umiałam bić z chłopakami. Byłam wspaniale wychowywana. A potem, jak już byłam żoną Dymnego, to myśmy sami robili meble, torebki. Wszystko robiliśmy razem. Od świtu do nocy". Rozmowa z Anną Dymną.

Rozmowa z Anną Dymną pochodzi z książki Romy Gąsiorowskiej i Sylwii Stano "Całe szczęście jestem kobietą" (wyd. Agora). Przypominamy ją z okazji 70 urodzin aktorki.

fot. Andrzej Rybczyński

Sylwia Stano.: Artyści podejmują tematy, które mogą poruszać, zmieniać ludzi.

Anna Dymna: Znam wielkie artystki, które boją się zbliżyć do chorego człowieka. Ale tym, że grają piękne role, piszą czy grają piękną muzykę, wspaniale pomagają ludziom. Tym bardzo chorym też.

Sylwia Stano.: Często powtarzasz, że świat, który znamy z gazet, internetu i telewizji, jest gorszy od tego, który jest naprawdę.

Bo tak jest. Za dużo mówi się o aferach, o złych ludziach, o przestępstwach… Po prostu o złu. W mediach mówi się: „Poezja? Po co komu poezja? Przecież to się źle sprzedaje". Ktoś kogoś zgwałcił? Spała z ojcem? – to się sprzeda! Można tego mieć naprawdę dosyć. Mam swoje Salony Poezji. Otworzyłam ponad 50 takich miejsc, w Polsce i nie tylko. W Krakowie będzie teraz 600. Salon Poezji. I zawsze są tłumy. Ludziom jest potrzebna chwila zatrzymania się.

Gdy nie mogę zasnąć po nagraniach czy spektaklu, gdy jestem strasznie zmęczona, to czytam wiersze. Ktoś powie: „Stara egzaltowana baba" – a niech się śmieją… Pewnie zazdroszczą. Ale tłumy do Salonów przychodzą już 16 lat.

Roma Gąsiorowska.: Masz do siebie dużo dystansu.

I mam w sobie wciąż zachwyt, naiwność dziecka… Niektórzy nazywają to głupotą. Może lubię być czasem głupia i patrzeć na świat, jakbym go widziała pierwszy raz. A jak już naprawdę jestem bardzo zmęczona, to siadam i gram w kuleczki – układam na komputerze kolorowe kuleczki kolorami – to rodzaj terapii porządkującej myśli i emocje. Czerwone do czerwonego, zielone do zielonego i po 10 minutach masz uporządkowane wszystko. Wtedy idę spać.

S.S.: Bardzo lubię na przekór pośpiechowi sięgnąć po tomik wierszy. Poezja przenosi myśli i emocje w głębszy wymiar.

Poezja jest fantastyczną metodą i widzę, że ludziom jest potrzebna. Jeszcze coś daje mi siłę. Mam takich terapeutów, co mnie kochają bezwarunkowo i zawsze ze mną są, i nigdy się nie śmieją ze mnie, i wysłuchają, i dochowują wszystkich tajemnic, a jak widzą, że jestem smutna, to tak rozrabiają, że muszę się uśmiechnąć. Niestety, czasem mnie szlag trafia, bo są bezczelne i nocne ataki ich miłości z głośnym mruczeniem i deptaniem po mnie czasem zabierają mi sen. Ale też potrafią mnie usypiać. Ja zawsze miałam koty, a one mnie. W ogóle zwierzęta to są po prostu cuda.

R.G.: Ile tych kociaków?

Oj, dużo! Moja Czacza miała 19 lat, kiedy na wieki przestała mruczeć. Potem Haszysz, który miał 18 lat – czarnuch wstrętny, dziki potwór, jak on mnie kochał! Teraz mój synek dał mi dwa i mam Waśkę, takiego wielkiego tygrysa w białych skarpetkach, i Scysię z azylu. Przyszedł jeszcze do mnie kot czarno-biały. I powiedział: „Jestem twój, mam swoją panią, ale jej nie chcę". No i już drugi rok mieszka w pięknej budzie – brat mi zrobił – ale nie wpuszczam go do domu, przecież nie mogę być Violettą Villas, co będzie w kotach mieszkać! Przepraszam cię, Violetto Villas, ale nie mogę mieć tylu.

R.G.: Jakie jest twoje sedno? Jaką kobiecość ma w sobie Anna Dymna?

Cały czas jestem taka sama. Jestem taka samica, dzika. Nawet jeśli nie wyglądam.

S.S.: Na czym polega ta dzikość?

Na normalności, biologicznych odruchach, intuicji… Nie wiem. Ale wiem, co kocham i co jest dla mnie najważniejsze. I temu z radością oddaję życie. Cały czas mówię o teatrze, fundacji, ale jest drugi biegun. To jestem ja i mój azyl, dom, moje przyzwyczajenia, miłości, o których nie opowiadam, bo one są tylko moje. Jak je zdradzę, to już wejdą do tej drugiej przestrzeni.

Mogę opowiedzieć o tym, że uwielbiam gotować i robić wszystko własnymi rękami. Może nieudolnie, ale samemu. Robię przetwory, nalewki, uwielbiam prać, sprzątać, pracować w ogrodzie. Teraz już trudno mi się schylać, bo mam różne problemy po licznych wypadkach i operacjach ortopedycznych. Ale gdy nie mogę się schylać, wyprostować, to leżę na trawce i na leżąco robię. Miałam operację barku, obu stóp. Mam jeszcze sprawną prawą rękę, choć wysiada dłoń… W razie czego będę zębami robić.

R.G.: Silna, nieugięta kobieta!

No, czasem się trochę gnę. Ale wiem, że czasu nie przechytrzę. A jak się tak całe życie rozrabia, to kiedyś trzeba za to zapłacić. I tak podziwiam cierpliwość mojego organizmu. Nie dotyka mnie stres związany z tym, że mija czas, że się zmieniam, że jest mniej ról. Dlatego że już jak byłam młoda, wiedziałam, że tak będzie i że trzeba wykorzystać swój czas.

S.S.: Moja babcia zawsze powtarzała, że starość się Panu Bogu nie udała, ale do końca życia, a dożyła prawie 100 lat, była uśmiechnięta i cieszyła się z najdrobniejszych rzeczy – że kasztan zakwitł albo że pięknie widać księżyc.

Zrobiłam program o starości. Gościem była cudowna pani profesor. Pytałam, co zrobić, żeby na starość tak się spokojnie uśmiechać jak ona. Powiedziała, że trzeba zbierać skarby całe życie i żyć pełnią życia. Ta staruszka mówiła mi wtedy tak: „Proszę pani, ja teraz zamykam oczy – chociaż nie muszę zamykać, bo już prawie nic nie widzę – i jestem, gdzie chcę być". Była geologiem, jeździła po świecie, prowadziła wykopaliska. Powtarzała: „Jestem szczęśliwa, mam przyjaciół, mam czas, mam swoje skarby w pamięci".

S.S.: Masz poczucie, że udało ci się wykorzystać czas?

Tak. Mam piękne i ciekawe życie. Tak chcę o nim mówić i tak na nie patrzę. Nowe przestrzenie w moim życiu otwierały się same. Wiem, niestety, co myślą niektórzy: „Dymna założyła fundację, bo dupa jej urosła. Nie ma ról". Kiedy zakładałam fundację, bardzo dużo grałam, więc nie wiem, dlaczego tak mówią. Niech sobie mówią, jak im to pomaga w życiu. Co mnie to obchodzi? I tak się cudownie ułożyło, że wszystkie role – te Anie Pawlaczki, Baśki Radziwiłłówny, Znachory – i wszyscy reżyserzy, którzy ze mną pracowali, są teraz wciąż razem ze mną i tymi rolami pomagają innym ludziom.

R.G.: Robisz bardzo dużo dla innych. Nie myślisz nigdy o sobie?

Robię. I okropnie to lubię! Dla siebie uczę w szkole. Muszę mieć kontakt z młodymi ludźmi, by rozumieć świat, jego zagrożenia i problemy. Inaczej człowiek zostaje strasznie z tyłu, bo świat teraz gna do przodu. Niestety, etyka i moralność też się zmieniają… Czasem wydaje mi się, że zanikają. Uważam, że jesteśmy od tego, żeby tych wartości pilnować. A studenci i młodzi ludzie uczą mnie rzeczywistości, żebym się nie pogubiła. Nie chcę nigdy siedzieć i mówić: „Oj, za moich czasów to było…".

R.G.: Na studia do Krakowa przyjechałam około 15 lat temu i bardzo odpowiadał mi panujący w szkole kult mistrza. Żałuję, że wpajane tu etyka, moralność, nawet poezja – która zanim jeszcze poszłam do szkoły, była moim światem – są tak daleko od tego, czego później wymaga się w zawodzie od aktora.

Przez 15 lat wszystko się przewartościowało. Jakie zachowania są dopuszczalne w tej chwili w życiu publicznym... Za mojej młodości pewien aktor, prowadząc wieczorynkę Miś z okienka, powiedział na wizji: „A teraz, drogie dzieci, pocałujcie misia w dupę". To był skandal, ale jak to porównać z tym, co się teraz wyprawia? W szkole dostaję w ręce ludzi z różnych środowisk, takich po 18, 19, 20 lat. Skąd oni mają wiedzieć, co jest dobre, a co złe? Często rodzice z nimi nie rozmawiają, bo nie mają czasu. Skąd mają brać wzorce? Wchodzę na zajęcia, a student memła bułkę, leży rozkraczony na scenie. Burknie: „Dzień dobry, pani profesor" – i dalej sobie zajada tę bułkę.

R.G.: Chodzi o brak szacunku?

To nie wynika z braku szacunku. Wiem, że on mnie szanuje, bardzo lubi. On nawet prawdopodobnie nie wie, że nie okazuje szacunku. Nie mogę powiedzieć: „Jak się zachowujesz? Wstań! Wynoś się!", bo to nie jest metoda. Jak to zrobić? Mówię: „Słuchaj, a tobie nie przeszkadza, że rękę masz w kieszeni, że leżysz, jak ja przychodzę?". „Nie, a co, pani profesor?" Odpowiadam: „Bo wiesz, bo by mogło tak wyglądać, że mnie nie szanujesz". „Jak to, przecież ja panią bardzo szanuję". Ja: „Może to fajnie, że się tak dobrze przy mnie czujesz. Wiem, że teraz życie inaczej wygląda, ale może być tak: jak ja wchodzę, to ty podnosisz się, mówisz »dzień dobry«. Jakoś jest milej, nie? Sympatyczniej. Ot, taka forma. Nawet jak twoja koleżanka wchodzi, to nie musisz taki rozwalony jej witać".

Nie mogę być starą babą, która tylko poucza, oburza się. Muszę po prostu o tym spokojnie pogadać. Mieć cierpliwość. Oni przecież po prostu takich rzeczy nie wiedzą, bo taka jest rzeczywistość – często brutalna i obrzydliwa. 

Czasem się sama zastanawiam, jak reagować na to, co mnie spotyka. Nienawidzę o tym mówić. Jeśli sprowokowana oddasz, to dostaniesz tak w łeb, że się przewrócisz. Są tacy ludzie, którzy tylko czekają na to, żebyś odpowiedziała agresywnie. A wtedy przywalą ci tak, że leżysz jak trup w tym gównie. Przepraszam, że tak mówię, bo niektórzy na tych polach gówna walczą, a ja na tych polach nie potrafię, od razu w to wpadnę i się utopię. Milczę więc, gdy ktoś mnie prowokuje, i tylko w ten sposób mogę wygrać. No, ale to dużo kosztuje. W związku z tym wszystkim uważam, że trzeba mieć kontakt z młodymi, że mogę się im przydać.

Największym moim sukcesem jest to, że studenci przychodzą i radzą się, gdy mają jakiś problem. Zdarza się, że po latach ktoś mówi: „Pani profesor, pamiętam, jak pani mi powiedziała to zdanie. Bez tego bym sobie nie poradził". To są największe sukcesy człowieka.

R.G.: Tak, ale do tego trzeba mieć otwartą głowę. Chcemy o tym rozmawiać, bo następuje duże przewartościowanie, ludzie są pogubieni. Zapraszamy do rozmowy kobiety, ale nie po to, żeby dewaluować rolę mężczyzny.

Bez mężczyzn wyobrażasz sobie świat? No nie.

R.G.: Nie wyobrażam sobie. Mówimy o tym, że kobiety są silne, mądre, i zastanawiamy się nad tym, jak będące kwintesencją kobiecości cechy, o których mówiłaś – empatię, miłość – przekazać innym młodym dziewczynom.

Myślę, że powinny być spokojne i szczęśliwe. I dumne, że są kobietami właśnie.

Ja najszczęśliwsza jestem właśnie z tego powodu, że jestem kobietą. Nie wiem, czy kobiety są mądrzejsze, bo znam i mądre, i głupie. Tak samo facetów mądrych i głupich. 

Jednak my mamy coś takiego, czego facet nigdy nie będzie miał: tę siłę psychiczną mimo słabości fizycznych często, tę wrażliwość, emocjonalną mądrość, no i to tylko my rodzimy dzieci… Oni nie! Znamy też okrutne kobiety, nieszczęśliwe, ale to właśnie my jesteśmy te od dawania miłości.

Kobieta, która urodzi dziecko, zawsze sobie poradzi, zawsze je ochroni, będzie miała siłę nie spać 20 godzin. Od razu po urodzeniu dziecka poszłam do pracy: robiłam filmy, spektakle, traciłam przytomność ze zmęczenia, ale zawsze miałam siły dla mojego dziecka. Skąd miałam siły w ciąży i po porodzie? Włącza się jakiś drugi obieg. My mamy odruchowo różne rzeczy, których faceci nie mają odruchowo. Kobiety są miłością: jesteśmy i do kochania, i do tego, żeby kogoś kochać.

S.S.: Ale też jesteś asertywna, bardzo konkretna.

Czasem tak. Muszę. Trzeba mieć siłę.

S.S.: Trzeba mieć siłę, ale i odwagę. Cierpienie twoich podopiecznych musi cię dotykać, współodczuwasz z nimi... Podziwiam to, jak podejmujesz kolejne wyzwania.

Można się nauczyć zbierać siłę w różnych miejscach. Odkąd mam fundację, zdałam sobie sprawę z tego, jaki uprawiam zawód i jak go trzeba uprawiać. Najpierw uczyłam studentów miłości do zawodu. Ale na castingach z tą miłością można czasem źle wyjść – zdarza się, że młode aktorki są traktowane jak mięso armatnie.

Dlatego uczę radości. Ten zawód jest dziwny.

Spaliło mi się mieszkanie, później umarł Wiesiu, mój mąż, a ja musiałam wieczorem grać przedstawienia. Koledzy za kulisami trzymali kciuki, żebym się nie rozpadła. Mówili: „Jaki to okrutny zawód". 

A jednak wtedy to, że musiałam iść do teatru i grać, ratowało mi życie. Malowałam się, wchodziłam w inną postać i chociaż na chwilę serce i mózg odpoczywały od tragedii. Z tego zawodu można czerpać siłę. (...)

Wszystkim, nie tylko kobietom, radzę, żeby uwierzyli, że każdy człowiek jest niezwykły, jedyny i niepowtarzalny. I my musimy wiedzieć, że jesteśmy jedyni, niepowtarzalni i bardzo innym potrzebni. Dlaczego tego nie wiemy?

R.G.: Pamiętam, jak mi dodawałaś otuchy na pierwszym roku. Byłam takim kurczątkiem, rozpadnięta, a ty przekonywałaś, że wartość jest we mnie. Dajesz studentom nie tylko prawdę – dajesz drugiemu człowiekowi wiarę w to, że jest niezwykły.

W szkole masz taką Romeczkę, takiego kurczaczka – to, co w niej jest, jest bezcenne, jedyne i niepowtarzalne. Trzeba się nauczyć tego, żeby inni to dostrzegli i docenili. Ale najważniejsze jest to, żeby ta Roma nie zagubiła w tym wszystkim siebie. Jak to zrobić, żebyś nie mówiła Dymną? Żebyś mogła tę siebie dawkować, żeby to nie było zwierzątko, tylko aktorka. (...)

Nie wierzymy w siebie, bo może ktoś w nas nie wierzy. Może rodzice za często narzekają: „Jakaś ty niezdara, zobacz, jak pięknie rysuje Zuzia. A ty, ofermo?". A nie widzą, że robisz coś fantastycznie.

Jako dziecko byłam spokojna i szczęśliwa: najdalej plułam, świetnie chodziłam po drzewach, umiałam łowić ryby, byłam też chwalona za to, że się umiałam bić z chłopakami. Często słyszałam, że coś fajnego zrobiłam. Wprost mówiono mi też, czego nie powinnam robić, bo jest złe, i zawsze rozumiałam dlaczego. Wiedziałam, że nic mi się nie należy. Nie mówiłam nigdy: „Ja chcę". Tak samo wychowywałam mojego syna: nie było tak, że on coś chce. „Możesz chcieć tylko siusiu albo kupkę", mówiła moja mama. Dziecko może poprosić o coś, może o czymś marzyć, a nie żądać.

Byłam wspaniale wychowywana. Mama i tata nauczyli mnie pracowitości, odwagi w działaniu, uczciwości. Mój tata umiał wszystko robić. Mama była prawdziwym dobrem, łagodnością… aniołem. Do tej pory są moimi wzorcami. A potem, jak już byłam żoną Dymnego, to myśmy sami robili meble, torebki, szyliśmy futra. Wszystko robiliśmy razem. Od świtu do nocy. Takich miałam ludzi wokół siebie, dlatego jestem pracowita. Oprócz siły trzeba mieć wiarę w siebie.

S.S.: A jak przychodzą gorsze momenty? Brak wiary w siebie jest bardzo ludzki.

Możesz mieć chwile załamań, płaczu. Ale wiesz, że to ty, że taka jesteś. Trzeba sobie na nie pozwolić. Każdemu się należą. Ważne, żeby ktoś cię potrzebował, żeby ktoś się cieszył, że jesteś – na pewno każdy kogoś takiego ma. Jeśli nie masz, to popatrz dookoła. Tam obok jest ktoś taki sam, samotny, i cię potrzebuje. Trzeba w siebie uwierzyć. Trzeba spokojnie do tego podchodzić. A my się tak ścigamy ze sobą, z innymi, ciągle się do kogoś porównujemy. Media to podsycają: każda chce być szczuplutka jak ta panienka z okładki.

R.G.: Też jesteś na okładkach, kobiety chcą być jak Anna Dymna.

Jak mi robią zdjęcie i potem wyretuszują – tak że mam inny nos, nie mam podbródka, nawet inny kolor oczu – to myślę: „To nie jestem ja!". Przecież jestem, jaka jestem. Zróbcie mi tylko ładne światło, żebym nie straszyła, bo przecież każdą twarz, nawet mnie, można bardzo ładnie sfotografować, bez komputerowej operacji. Ale można też ze mnie zrobić potwora, jak z każdego. Tylko że nawet w takiej sytuacji nie wolno się przejmować. Trzeba się cieszyć życiem, bo jest piękne, kruche i krótkie.

R.G.: A co dają nam relacje? O tym się dziś dużo mówi, to jest modne. Jak to widzisz?

Znam dziewczyny, które studiowały cztery fakultety równocześnie i pracowały. Mówię: „Dziecko, młodość ci mija. Na nic nie masz czasu. A gdzie chłopak?". „Nie mam czasu na chłopaka, muszę skończyć z najlepszym wynikiem wszystkie studia, zrobić karierę, muszę się dostać do najlepszej korporacji". „Dobrze, może będziesz za chwileczkę dyrektorem banku, będziesz siedziała w najpiękniejszym gabinecie i rządziła światem, ale wokół pustynia, samotność... Ani męża, chłopaka, dziecka, ani wspomnień beztroskich szaleństw młodości... A czasu się nie wróci".

Kariera aktorki jest sinusoidą – nie mam choroby morskiej, więc to wytrzymuję – ale kariera to nie wszystko. Kiedy robisz film, to istniejesz, masz okładki i wywiady. Później mniej robisz i cię nie ma na okładkach, nikt o tobie nie mówi – i widzisz, kto jest twoim przyjacielem.

Nie warto przejmować się tymi, którzy poklepują cię po plecach, kiedy jesteś na górze. Każde przedsięwzięcie ma swój czas pod niebem.

S.S.: A jaka jest według ciebie esencja kobiecości?

Nigdy nie udawałam faceta. Uważam, że często robimy ogromne błędy w relacjach z mężczyznami. Same zabieramy im męskość. „Daj mi ten młotek, sama zrobię lepiej". A ja nie chcę się ścigać z facetami. Pewnie wiele kobiet jest innego zdania. Ale chciałabym, żeby mężczyzna był silny, podnosił ciężary, opiekował się mną, woził mnie – chociaż umiem prowadzić i też mogę – zapewniał mi poczucie bezpieczeństwa. Ja chcę być słabą kobietką, gotować mu, sprawiać przyjemności, upiększać i ocieplać dni, rodzić dzieci.

Nie chcę zastępować mężczyzny. Jak będę mądra, to i tak będzie robił tak, jak ja o tym marzę. Oczywiście czasem to nie jest łatwe, ale baby są silne, sprytne i mądre, prawda? Nie chcę być sama, bez mężczyzny, to byłoby niepełne życie. 

Nigdy jednak nie komentuję i nie krytykuję innych wzorców miłości. Każdy jest inny i ma prawo do szczęścia. Ja jestem szczęśliwa w naszym cudownym teatralnym zespole. To nasz azyl i nie obchodzi mnie, kto wierzy w Boga, kto jest takiej orientacji czy innej, kto jest w jakiej partii.

R.G.: Człowiekowi pozwalasz być takim, jaki jest.

Byle nie krzywdził innych. Co mnie obchodzi, że mężczyzna akurat kocha mężczyznę? Te wzorce znamy już z Eposu o Gilgameszu. Taki jest świat. Co bym zrobiła, gdyby mój syn taki był? Robiłabym wszystko, żeby był szczęśliwy. To, że mam inne wzorce, to moja sprawa. A co jest prawidłowe? Nie wiem. Jakby ten Pan Bóg zszedł z nieba, toby nam powiedział, kto co robi dobrze, co źle. Nienawiść jest zła. Ciągła walka, rywalizacja, ściganie się – to nas zabija.

Ksiądz Józef Tischner powiedział, że nienawiść to spirala: ty nienawidzisz, ciebie nienawidzą i ta spirala nienawiści się zaciska, dusi wszystkich. Czasem wyłączam dźwięk w telewizji. Patrzę, jak nienawistnie politycy ze sobą rozmawiają – nawet gdy obie strony chcą dobrze i mówią właściwie o tym samym. Jak już nie ma znikąd ratunku, to trzeba popatrzeć w niebo. Tam zawsze coś fajnego się zobaczy, o każdej porze dnia i nocy.

S.S.: Swojemu synowi też to przekazałaś? Patrzy w niebo?

Nie wiem. Nie rozmawiamy na ten temat. Ale jak chciał mieć kota, to wziął z azylu umierającą kociczkę i ją najpierw uratował... Mówi: „Matka, wiesz, dlaczego ci podopieczni tak cię kochają? Bo ty taka sama jesteś jak oni. Nie niepełnosprawna intelektualnie, tylko zawsze prawdę powiesz, nigdy nie skłamiesz". On się tak ze mnie śmieje. Mój syn jest… no nie wiem jaki. Kocham go i jest moim skarbem, bo to przecież moje dziecko, ale też go po prostu lubię. Jest moim prawdziwym przyjacielem.

W człowieku dobro musi samo powoli dojrzewać, nic na siłę. Jak wychowywać dziecko? Jeśli widzisz, co daje mu szczęście, to starasz się usuwać mu kamyczki z jego drogi, żeby mu się lepiej poszło do tego szczęścia. I lekko, niezauważalnie popychasz go w tym kierunku, żeby mógł odnaleźć szybko swoje pasje. Oczywiście też czasem krzyczę, też się denerwuję, czasem się wścieknę – ale wolę takich ludzi, którzy rozbiją talerz, jak nie mogą wytrzymać, niż takich, którzy chodzą obrażeni i nadęci. Szkoda czasu i sił na nerwy.

R.G.: Jak się denerwujesz, to po to, żeby energia się ruszyła i żeby iść do przodu?

Ze złości, z niezgody na coś czasem powstają ważne rzeczy. Właśnie tak powstała Fundacja „Mimo wszystko". Najbardziej nie lubię uczucia rozczarowania. To bardzo przykra emocja. Boli, nie ma jej jak rozładować. Ludzie czasem tak niepotrzebnie robią złe rzeczy i rozczarowują cię. Bardzo wtedy cierpię. Ale trzeba się uśmiechnąć.

S.S.: Co wtedy, odwracasz się?

Nie, rozmawiam. Staram się to wyjaśnić i jeśli trzeba, to się rozstajemy. Najgorzej, jak coś ci siedzi nierozwiązane. Dusi człowieka i zabiera radość.

***

A autorkach:

Roma Gąsiorowska - wielokrotnie nagradzana aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna; reżyserka i producentka. Menedżerka kultury, coach, założycielka szkoły aktorskiej AktoRstudio, wykładowczyni Gdyńskiej Szkoły Filmowej, pomysodawczyni i dyrektor artystyczna W-arte! Open Art Space. Właśnie wchodzi na ekrany kin film "Całe szczęście" z Romą Gąsiorowską w roli głównej (obok Piotra Adamczyka).


Sylwia Stano - doktor kulturoznawstwa, literaturoznawczyni. Dziennikarka, kuratorka i autorka kampanii społecznych promujących czytelnictwo. Wspólnie z Zofią Karaszewską napisała książki "Ada, to wypada" oraz "Pod podszewką". Założycielka firmy Bibliocreatio, wyróżniona przez magazyn „Brief" miejscem w pierwszej 50 najbardziej kreatywnych osób w polskim biznesie.


Tytuł oryginalny

70. urodziny Anny Dymnej: Najszczęśliwsza jestem właśnie z tego powodu, że jestem kobietą

Źródło:

Wysokie Obcasy

Link do źródła

Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku są dostępne w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tekstów w języku polskim w sieci. Skorzystaj z prenumeraty Gazety Wyborczej.