Teatr Witkacego ma lat dwadzieścia i dwa, czyli dokładnie połowę ze słynnej mickiewiczowskiej liczby czterdzieści i cztery. Być może dlatego swoje urodziny zorganizował w konwencji pół żartem, pół serio - pisze Małgorzata I. Niemczyńska w Gazecie Wyborczej - Kraków.
Kiedy zabieram się do pisania o zakopiańskich teatralnych wydarzeniach, których w ostatnich dniach byłam świadkiem, nachodzi mnie łobuzerska chęć przeredagowania pewnego starego - i przez to niekoniecznie już zabawnego - dowcipu. Mam mianowicie ochotę spytać, dlaczego urodziny Teatru Witkacego nie udałyby się na Księżycu. Odpowiedź jest jasna: bo tam nie ma atmosfery! W atmosferze właśnie tkwi wielka siła tej cyklicznej imprezy. Niezorientowanych warto bowiem uświadomić, że teatr jubileusz swój obchodzi hucznie nie tylko przy apetycznie krągłych rocznicach (do których dwudziesta i druga bez wątpienia nie należy), lecz co roku. Choć nie do każdego punktu programu zawsze pasuje określenie "mistrzostwo świata", impreza ma stałych bywalców, którym podoba się jej niezasznurowana w sztywny gorset konwencji oprawa. Popijanie niezobowiązującego piwka podczas spektakli czy sympatyczne (nierzadko personalne) zaczepianie publiczności przez konferansjerów