To ja zabiłem Isobel. Nieważne - kiedy. Nieważne - jak. Może przed laty, może wczoraj. Może wtedy, w szkole. Może na ulicy. Na chwilę stałem się lwem i zraniłem głęboko - słowem, nożem. Nieważne. Teraz czuję ten ból - jej ból. Teraz patrzę i myślę o sobie. Czasem, niezwykle rzadko, teatr nie kończy się w teatrze. Zmusza do najistotniejszych przewartościowań, wywleka na wierzch najciemniejsze myśli. Długo nie daje spokoju, bowiem na jakiś czas, jak chciał William Shakespeare, staje się światem. Seans "Lwa na ulicy" w łódzkim Teatrze im. Jaracza, dzięki Mariuszowi Grzegorzkowi i jego aktorom, jest właśnie takim teatrem. W tym przypadku sprawdza się maksyma, że przedstawienie dzieje się na oczach publiczności, jednego wieczoru. Nie ma dwóch takich samych spektakli, nie da się dwa razy, nawet dzień po dniu, użyć tych samych emocji. Słyszę, że podczas bydgoskiego Festiwalu Prapremier "Lew na ulicy" przepadł, aktorzy poruszali się jak spęt
Źródło:
Materiał nadesłany
Teatr