EN
28.09.2021, 13:17 Wersja do druku

Warto rozmawiać – to nas wyróżnia od małp

Delikatność  słów i urocza żartobliwość  w komedii „La Bonne Anna”, stworzonej na potrzeby Paryskich teatrów w 1958 roku przez  Marca Camolettiego, w Och-Teatrze zmieniła się w ordynarny słowotok grubiańskich aluzji wyrwanych wprost z ulicznego rynsztoka. Uwspółcześniona wersja farsy w tłumaczeniu Bartosza Wierzbięty została poddana bezceremonialnym zabiegom na pograniczu skatologicznej igraszki nowobogackich mieszczańskich elit, które zamieniły luksusowy apartament w siedlisko bezwstydnych scen okraszonych tandetą oślizgłej pruderyjności.

Wspaniała obsada  (z wyjątkiem tytułowej „Pomocy Domowej”) mimo szczerych chęci i wielkiej siły, aby stanąć na wysokości zadania reżyserskiej wizji Krystyny Jandy, do utraty tchu szukała w tej odstręczającej teatralizacji słowa pisanego, pretekstu, by stawać się pełnowartościowymi postaciami, odwzorowującymi lekkość i frywolność dzieła wybitnego komediopisarza. Niestety, zamiast ukazania piękna satyry widz otrzymał galopujący bezwład półśrodków, osadzony w dusznej atmosferze niewymagającej głębszej analizy.

Tytułowa bohaterka Pani Beata (Krystyna Janda) już w pierwszych minutach spektaklu zaznacza, że „Rozmowa to coś, co nas wyróżnia od małp”, jednocześnie pielęgnuje portret psychologiczny zgorzkniałej, pazernej i przekupnej pijaczki, która nie potrafi rozmawiać szczerze, tylko kłamliwymi sztuczkami i mozolnym snuciem się od niechcenia prowadzi intrygę kamuflażu. W obdartym szlafroku chodzi po scenie emanując zgryźliwością, a jej sposób wyrażania żartów i złośliwości względem pracodawców stał się najodleglejszą formą od istoty tej komedii zawartej w oryginale.

Równoważąc nieumiejętne obsadzenie Krystyny Jandy w tytułowej roli, należy zwrócić uwagę, iż pozostali bohaterowie tego spektaklu utrzymywali potencjał dialogów w prawidłowej formie. Znakomita kreacja Katarzyny Gniewkowskiej, pobudzanej tęsknotą za prawdziwym miłosnym spełnieniem, czy wypalony emocjonalnie jej sceniczny mąż Krzysztof Dracz, szukający przygód w ramionach nierozsądnej naiwności kochanki (Małgorzata Kocik/Barbara Wypych), potrafią zaskoczyć równowagą sarkazmu i idiotyczności. Również Mirosław Kropielnicki zaskakuje irracjonalną służalczością, która w zabawny sposób przeradza się w niezrównoważoną namiętność. Niestety, przerysowana wizja reżyserska, objawiająca się chociażby w nadmiernym aprobowaniu pijaństwa, czy ordynarne wzmianki o charakterze społeczno-politycznym nie pozwoliły w pełni ukazać możliwości aktorskich potencjałów.

Nużące obrazy upojenia alkoholowego, ukazujące bezwład umysłu i uległość wobec tytułowej bohaterki, oraz nad wyraz irytujące tuptanie po scenie bez celu wywoływały tylko wrażenie nieprzemyślanej konstrukcji scenicznej. Niebywała reżyseria sztuczności sprawiała, że aktorzy zamiast tworzyć iluzje prawdziwych postaci, musieli zamieniać się w nieudolną kopię umęczonych cyrkowych małp, a królująca w tym sosie niedorzeczności diwa nieudolnego sprytu ciamkała pod nosem mądrości wyczytane z brukowców.

Cały ten archipelag nieprzemyślanych sytuacji mógłby zaistnieć w prawidłowej formie, gdyby nie okraszająca całość filozofia ordynarnych środków wyrazu, w dodatku niekonsekwentnie przeprowadzonych. Jeżeli w tym przypadku można by było się pokusić o pochwałę  seksualnego prymitywizmu, to należy ją uzasadnić, a nie piastować ją w formie niemożliwej do ocenienia, bez szansy na jakąkolwiek konfrontację. Koncepcja farsy z założenia jest sarkastycznym obnażeniem niedoskonałości ludzkich i jej akcja powinna się rozwijać bardzo precyzyjnie w kierunku pouczających wniosków. Niestety, w tej realizacji pozostał tylko nieelegancki  pastisz, nasycony obrazami upadku kultury i społeczeństwa.

Tytuł oryginalny

Warto rozmawiać – to nas wyróżnia od małp

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Realizacje repertuarowe