- Teraz tworząca się po raz pierwszy silna klasa średnia szuka dla siebie formy kulturowej. Dostrzegam to np. we współczesnym polskim teatrze, który całkiem mądrze rozmawia z zachodnim i udowadnia, że można z sukcesem szukać nowej, własnej formy. Powołam się na spektakl Krzysztofa Warlikowskiego "(A)pollonia" [na zdjęciu] - mówi filozof kultury Andrzej Ledder.
- Ostatnio pojawiły się głosy, m.in. ministra Bogdana Zdrojewskiego, które burzą ustalone pojęcia uczestnictwa i aktywności kulturalnej, przeciwstawiają się też rutynowemu biadoleniu, że zainteresowanie kulturą upada, bo np. 62% nie miało w ręku żadnej książki itd. Listę tych kulturowych nieszczęść podał niedawno Stefan Chwin. Tymczasem dr Mirosław Filiciak w "Rzeczpospolitej" opowiada o twórcach w sieci, o przyszłości bez kin i bibliotek. Co pan na to? Trzeba chyba od nowa zdefiniować, czym jest kultura. - Aby zrozumieć istotę sporu, trzeba rzeczywiście zdefiniować podstawowe pojęcia. Mamy co najmniej cztery sposoby rozumienia kultury i każdy z dyskutantów do jednego albo kilku z nich nawiązuje. Zacznijmy od tego najszerszego: antropolodzy uważają, że wszelka aktywność ludzi, nawet ta dyktowana przez instynktowne potrzeby, jest ujęta w formy kultury; np. głód można zaspokajać przy użyciu widelca i noża albo pałeczek. Inny sposób rozumie