EN
28.11.2022, 11:49 Wersja do druku

Spowiedź nazisty

„Łaskawe" Jonathana Littella w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Magdalena Mikrut-Majeranek w portalu Teatrologia.info.

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

W Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego w Katowicach trwa rok jubileuszowy. W 2022 przypada bowiem m.in. stupiętnastolecie teatru i stulecie sceny polskiej. Spektakle powstające w tym sezonie teatralnym bodaj zapiszą się w historii katowickiej sceny, a na pewno będzie tak z Łaskawymi Mai Kleczewskiej, bowiem to ważne i świetnie zrealizowane widowisko.

Robert Talarczyk, dyrektor tutejszego teatru skory jest do ryzyka, ale to z reguły się opłaca. Ta gra z formą i treścią przynosi określone owoce. Teatr słynie z promocji śląskiej literatury i kultury. Tym razem postawiono jednak na inną kartę, a do współpracy zaproszono Maję Kleczewską – reżyserkę wyrazistą, niepokorną, tworzącą kontrowersyjne, acz nagradzane spektakle, która wzięła na teatralny warsztat jedną z najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych powieści XXI wieku. Nieprzypadkowo spektakl ten uświetnił jubileuszowy rok. Trwający obecnie sezon artystyczny przebiega pod hasłem „Rozliczenia. Rewizje”. Co więcej, przedstawienie wpisuje się także w kontekst wydarzeń rozgrywających się za naszą wschodnią granicą. Jego akcja toczy się bowiem nie tylko w Berlinie czy na francuskiej prowincji, ale także na terytorium Ukrainy.

Najnowsza premiera Teatru Śląskiego to inscenizacja powieści Łaskawe Jonathana Littella. Ta monumentalna, bo licząca ponad 1000 stron publikacja, wywołuje mieszane emocje i postrzegana jest ambiwalentnie – zarówno z uwagi na formę opowieści, jak i temat oraz sposób przedstawienia historii. Autor, przybliżając fikcyjne wspomnienia esesmana, oddaje głos bandycie, który brał udział w eksterminacji Żydów. Ten, choć początkowo próbuje zrzucić odpowiedzialność na innych, w toku wydarzeń jedynie się pogrąża.

Adaptacja przygotowana przez Kleczewską i Damiana Josefa Necia jest wierna powieści. W zrealizowanym z rozmachem i troską o detale spektaklu widać rękę Kleczewskiej. Jest widowiskowo i dosadnie. Reżyserka świetnie operuje tłumem, kreując sceny zbiorowe (jak ta, w której tworzony jest stos ludzkich ciał). Na scenie występuje kilkunastu aktorów, którym towarzyszą tancerze-cienie. Jest mrocznie, tajemniczo, a atmosferę grozy potęguje grana na żywo muzyka . Wszystko jest tu dopracowane w najmniejszym szczególe, nic nie dzieje się przypadkowo, a symboliczną kropkę nad „i” stanowi choreografia, którą przygotowała Kaya Kołodziejczyk. Tancerze snują się po scenie niczym dusze zmarłych błąkające się po Polach Elizejskich. Wyłaniają się z zapadni w tyle sceny, by po chwili znowu się w niej znaleźć. Znakomity jest zwłaszcza Paweł Kozłowski, którego giętkie ciało wygina się niczym struna.

Przewodnikiem i zarazem narratorem przeprowadzającym widza przez świat utkany z wojennych wspomnień jest szesćdzisięcioczteroletni Maximilian Aue – generator pamięci, niemiecki zbrodniarz wojenny, członek SD, Einsatzgruppen, a także homoseksualista darzący kazirodczym uczuciem swoją siostrę-bliźniaczkę. W Katowicach zdecydowano się na znaczne postarzenie sylwetki bohatera, bowiem w postać tę wcielił się osiemdziesięcioczteroletni Roman Michalski, świętujący podczas premierowego wieczoru zaległe sześćdzesięciolecie pracy artystycznej. Sceniczny Maximilian Aue w niezwykle emocjonalnym dwunastominutowym monologu otwierającym spektakl próbuje się wybielić, szukać usprawiedliwienia dla podejmowanych przez siebie działań i zbrodni. Michalski gra przejmująco, całym sobą, „stapia się” z graną przez siebie postacią. Do widzów przemawia niby to skruszony zbrodniarz, dokonując swoistej spowiedzi. Nigdy nie został bowiem ukarany za swoje czynny, próbuje zatem sam się osądzić. Przeszłość mu ciąży. Potrafi z matematyczną precyzję przeliczyć czas przeprowadzania każdej najprostszej czynności dokonywanej co dnia, na czas poświęcony na mordowanie ludzi. Uchylając stalową kurtynę, zaprasza do swego świata, w którym konsekwentnie zaprzecza wszystkiemu, co mówił na początku. Antybohater szuka usprawiedliwienia swoich czynów. Ma pretensje do innych, do świata, do losu. Tylko w swoim oku nie widzi biblijnej belki. Ale co z ekspiacją?

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Poza wspomnianym przewodnikiem zdecydowano się także na dokładne zlokalizowanie kolejnych epizodów. Nad sceną pojawiają się informacje dotyczące czasu i miejsca akcji. Zdecydowanie ułatwia to orientację w fabule, bowiem akcja nie jest prowadzona linearnie.

Czterogodzinny spektakl podzielono na dwie, jakże odmienne, części. W pierwszej z nich widzowie obserwują dynamiczny rozwój „kariery” głównego bohatera, który wspina się po kolejnych szczeblach biurokratyczno-wojskowej drabiny, a stopnie awansu odmierzane są za pomocą liczby zabijanych przez nazistów ludzi. Ten marsz odnosi się do drogi III Rzeszy, jaką pokonała od wybuchu II wojny światowej. Wszystko działa tu jak dobrze naoliwiony mechanizm. Maszyneria zaczyna się psuć w drugiej części. Akcja wówczas nieco zwalnia tempo, a w świecie dźwięków pojawiają się rysy na partyturze. Do świata wykreowanego w drugiej części spektaklu wkrada się chaos. Miejsce umiaru i uporządkowania zajmuje nadmiar i bałagan. Wszystkiego jest tu za dużo, co stanowi oczywiście celowy zabieg. Przestrzeń gry zastawiono meblami. Mnóstwo tu krzeseł i innych elementów wyposażenia. Na scenie roi się od cieni, powoli, ukradkiem przemykających się tu i ówdzie. Pełzają po ziemi, symbolizując ludzi pomordowanych podczas II wojny światowej. To powidoki, wspomnienia o tych, którzy stracili życie w obozach zagłady. Świetna jest scena, gdy tancerze docierają do metalowej ściany i smarują ją błotem. Element niepokoju wprowadza nie tylko wspomniany chaos. Przebrzmiewa on także w warstwie muzycznej. Kwartet smyczkowy, który schodzi z balkonu, przenosząc się do epicentrum scenicznej akcji zaczyna rzępolić, i gubiąc rytm fałszuje, zapowiadając nadchodzący czas klęski – zarówno głównego bohatera, jak i nieunikniony koniec III Rzeszy. W ten sposób mechanizm zagłady przetransponowano na język teatru – ukazując jego wzrost i upadek. W wątku kryminalnym dotyczącym morderstwa matki Maxa wyśmiany został przy tym absurd prawodawstwa III Rzeszy.

Akcja osadzona została w realiach wojennych. Wskazują na to także kostiumy Konrada Parola, które wzorowane są na ubraniach noszonych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Wymieszano rzeczywistość wojny i czasu wolnego. Życie splata się tutaj ze śmiercią, a obrazy przenikają się. Zbiorowe egzekucje przedstawiono za pomocą światła stroboskopowego, dodatkowo uzupełnionego odpowiednimi odgłosami. Muzyka Cezarego Duchnowskiego wprowadza nastrój grozy i tajemniczości. Wspomaga ją surowa scenografia, której dominantę stanowi metal, oraz reżyseria świateł Katarzyny Borkowskiej, mistrzyni teatralnego „malowania światłem”. Przypomina ona tę stworzoną do adaptacji Pokory Szczepana Twardocha w reżyserii Roberta Talarczyka w Katowicach, już nagrodzoną. Praca Borkowskiej przy Łaskawych może powtórzyć ten sukces. W pamięci pozostaje zwłaszcza ostatni malowany światłem obrazek – w gigantycznej blasze przez otwory po kulach prześwitują promienie słońca, dając nadzieję, karmiąc ułudą lepszego jutra.

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Kleczewska zastosowała podwojenie głównego bohatera – na scenie obserwujemy poczynania młodego Maximiliana, którym przygląda się jego sześćdziesiecioczteroletnia wersja. Na uznanie zasługuje zwłaszcza młody Aue grany przez Mateusza Znanieckiego. Jego postać przechodzi diametralną metamorfozę. Aktor płynnie zmienia tożsamość (także w scenie przebieranek, gdy zamieniając ubrania z siostrą, niejako „wchodzi” w jej ciało), pokazując kolejne odcienie osobowości granego przez siebie bohatera. Cechuje go emocjonalny chłód, choć nie brakuje błysku w oku i nutki szaleństwa. Krok w krok podąża za nim stary Aue, czyli Michalski, bowiem ten, wspominając swoje życie, podczas retrospekcji dokonuje rekonstrukcji wydarzeń. I to jego melodyjny, spokojny głos słyszymy z offu, gdy przeprowadza nas przez meandry swego życia. Znakomicie spisał się także Marcin Gaweł, aktor, który kojarzony bywa raczej z komediowymi rolami. Tym razem wcielił się w postacie Blobela, Globocnika i Heinricha Himmlera, a każdej nadał swoisty charakter. Grażyna Bułka jest, jak zawsze, w formie. Tym razem powierzono jej rolę matki głównego bohatera, Heloise, która ginie z rąk syna. Ciekawą rolę zbudował też Bartłomiej Błaszczyński, sceniczny Thomas, kompan Maximiliana. Przerysowana wydaje się za to postać Uny, siostry głównego bohatera. Cechuje ją nadekspresja. Nina Zakharova obdarzyła ją tendencją do nadmiernej gestykulacji i zbyt emocjonalnego mówienia.

Spektakl Łaskawe w wykonaniu aktorów Teatr Śląskiego to przykład rzetelnej, znakomitej pracy zespołowej. Sceniczna adaptacja kontrowersyjnej powieści Littella ujmuje, przeraża i zachwyca jednocześnie. Dzięki dobrej grze aktorów katowickiego teatru na scenie zmaterializowały się demony wojny i fikcyjne wspomnienia byłego esesmana Maximiliana Aue, który brał udział w eksterminacji Żydów podczas II wojny światowej. Ze sceny padają też znaczące pytania, które wskazują, że poruszony przez Kleczewską temat ma wymiar uniwersalny. – Jesteście pewni, że wojna się skończyła? Że to się więcej nie powtórzy? – pyta Maximilian Aue. Czy wyciągnęliśmy wnioski i odrobiliśmy lekcję historii? Dziś już niczego nie możemy być pewni. Przepracowanie wojennych traum także nie przynosi ukojenia.

Spektakl tworzy misterną konstrukcję utkaną ze zmyślonych wspomnień. Wspomnień, które są wspólne pewnej zbiorowości, pokoleniu, które przetrwało II wojnę światową. Poruszono w nim także zagadnienie pamięci i niepamięci oraz nadpisywania wspomnień i ich modyfikacji. Pamięć naznaczona traumą miesza wspomnienia realne z wymyślonymi, jawę ze snami – dobrze ujęto to w scenie, kiedy ranny pod Stalingradem Max bredzi, a obrazy z przeszłości mieszają się mu z koszmarami, pokazując coraz bardziej abstrakcyjne wizje. Przypomina sobie szkolną inscenizację Elektry Sofoklesa i tytułowe Łaskawe, czyli Eumenidy (dawne Erynie), a po chwili w jego majaku pojawia się sterowiec, który następnie zamienia się w gigantycznego słonia. Ukazano też, że Zło jest wiecznie żywe. Może czasami uśpione, ale nieprzemijające. Łaskawe to trudna opowieść – i na czas wojny, i na czas pokoju, ale warta zobaczenia. Jakże jest aktualna dowiemy się, gdy odwrócimy wzrok w kierunku naszej wschodniej granicy.

Tytuł oryginalny

SPOWIEDŹ NAZISTY

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Magdalena Mikrut-Majeranek

Data publikacji oryginału:

24.11.2022