EN
31.03.2021, 11:52 Wersja do druku

"ONKO", reż. Weronika Szczawińska

"ONKO" wg scen. Weroniki Szczawińskiej, Piotra Wawera Jr. i Sebastiana Pawlaka reż. Weroniki Szczawińskiej w TR Warszawa, pokaz online. Pisze Marcelina Obarska w portalu Culture.pl.

fot. Monika Stolarska

"Weronika, ale ty się nie śmiej z tego raka, z raka nie wolno się śmiać", powiedziała reżyserce mama, jednak ta nie posłuchała. Szczawińska potraktowała pracę nad "ONKO" jako proces odkrywania potencjału komediowego w temacie nowotworu piersi.

Decyzję o tym, by stworzyć spektakl o własnym doświadczeniu choroby nowotworowej Weronika Szczawińska podjęła szybko, bo jeszcze w trakcie procesu diagnostycznego na przełomie 2017 i 2018 roku. Zaczęła wówczas prowadzić kompulsywne notatki w telefonie, analizując nową sytuację w kontekście społecznego teatru, nadawania i przyjmowania ról. Po kilku latach bazujące na kryzysie zdrowotnym badania artystyczne zmaterializowały się w przedstawieniu. "ONKO" zrealizowane w TR Warszawa traktować można jako rodzaj przesmyku pomiędzy dwoma samonarzucającymi się modelami twórczego przepracowywania ekstremalnych doświadczeń: pomiędzy autoterapią i sztuką konfesyjną. Spektakl umyka obu tym kategoriom, a metafora przesmyku jest o tyle adekwatna, o ile jego granice wyznaczają dwie potężne przestrzenie (w tym przypadku potężne pod względem emocjonalnego oddziaływania, bo niewątpliwie taki potencjał ma w teatrze i autoterapia, i konfesja). 

Jako że reżyserka chciała uniknąć jakichkolwiek znamion szantażu wobec uczuć widowni, razem z dramaturgiem Piotrem Wawerem juniorem postawiła na formułę pozornie niepasującą do podjętego tematu, korzystając z poetyki stand-upu i czarnej komedii. I choć pojawia się we własnej osobie na scenie, to wcale nie ona gra główną rolę – w rolę chorującej na raka piersi Weroniki wciela się Sebastian Pawlak. Choć w kontekście tego, w jaki sposób skonstruowane jest "ONKO", można uznać, że określenie "wciela się" nie jest tu do końca adekwatne. Pawlak jako stand-uper, wkurzony, sarkastyczny i smutny, ze łzami w oczach, a zarazem wypowiadający się w konfrontacyjnym, zaczepnym tonie, nie tyle gra Weronikę Szczawińską ile – powtarzając nieskończoną ilość razy frazę "Cześć, jestem Weronika i mam raka" – opowiada o pewnej roli społecznej i związanych z nią uwikłaniach. Jednocześnie relacja między Szczawińską i Pawlakiem, realną Weroniką na scenie i aktorem reprezentującym chorującą na raka piersi kobietę-artystkę ma charakter sobowtóralny. Ujawnia się on, kiedy Pawlak zaczyna mówić we własnym imieniu, dzieląc się fragmentami swojego aktorskiego życiorysu, ironicznie ekscytując się tym, że "doczołgał się" do TR Warszawa jako do miejsca-legendy, obiektu wielu teatralnych aspiracji, czy drwiąc z przymusu dokonywania "przekroczeń" w toku pracy teatralnej. Sobowtóralność tych dwóch opartych na prywatnych doświadczeniach narracji polega przede wszystkim na tym, że opisują one dwa systemy o opresyjnym potencjale; dwie przestrzenie, w ramach których można nabawić się tożsamościowych problemów wynikających z nieumiejętności rozpoznania granicy między "ja" i "nie-ja", a więc system teatralny i system opieki zdrowotnej. O tym zjawisku mówiła zresztą Szczawińska w przedpremierowej rozmowie z Witoldem Mrozkiem ("zauważyłam, że coś dzieje się z moją tożsamością: czasami jestem sobą, a czasami jestem pacjentką-petentką").

O tym mówi też początek przedstawienia, kiedy Pawlak i Szczawińska wkraczają na scenę zespoleni w figurze lajkonika (skojarzeń o krakowskiej proweniencji będzie tu zresztą więcej). Po dłuższej chwili hybryda rozłącza się, a aktor i reżyserka zaczynają istnieć w przedstawieniu – cytując jeden z utworów "Ich Troje" – "razem, a jednak osobno". Pawlak jako stand-uper opowiada nie swoją opowieść, a zarazem znajduje w strukturze "spektaklu o raku" rozszczelnienia, w którym może pojawić się z własną historią. Obie narracje – ta medyczna, akcentująca zderzenie osoby z mechanizmami diagnozowania i leczenia oraz ta teatralna, dotycząca napięcia między "prywatną" ekspresją i wrażliwością, a "publicznym" ich (nad)używaniem – to narracje, które pragną przełamać proste opozycje. "ONKO" czytać można jako miękki – bo nie korzystający z radykalnych środków wyrazu i bazujący na dystansie i humorze – manifest przeciwko dwóm dychotomiom o niezwykle silnej pozycji zarówno w kulturowych obrazowaniach, jak i języku, mianowicie: przeciwko dychotomii sukcesu i porażki oraz zdrowia i choroby. 

fot. Monika Stolarska

Pierwsza z opozycji staje się tematem w spektaklu przede wszystkim ze względu na kliszę w komunikacji dotyczącej chorób onkologicznych – często mówi się przecież o "walce z rakiem". A skoro mowa o "walce", to musi być w niej przegrana i zwyciężczyni. Mówiąc w ten sposób o chorobie, sugerujemy, że jeżeli ktoś w wyniku nowotworu zmarł, to po prostu zbyt opieszale i niewystarczająco zaciekle walczył. Przegrał. Szczawińska, mówiąc o szkodliwości takiego "militarnego" języka, podważa dynamikę sukcesu i porażki. I tym samym zdejmuje część sprawczości i odpowiedzialności z siebie i innych osób chorujących. Zdanie "nie jestem chora, ale nie jestem też wyleczona", które pada w pewnym momencie w spektaklu, otwiera natomiast refleksję nad wyraźną różnicą między stanem zdrowia i stanem choroby. "ONKO" linię oddzielającą te dwie kondycje przedstawia raczej jako rozmytą, a ich definicje jako niejednoznaczne – słuchamy przecież opowieści osoby, która z jednej strony przeszła operację, a z drugiej stale przyjmuje leki. Gdyby skłonić się ku wspomnianej "militarnej" poetyce, to czy uznalibyśmy Szczawińską za wygraną czy raczej przegraną w swojej "walce"? Czy odniosłaby w ramach takiego języka "sukces"?

Innym istotnym tematem obecnym w "ONKO" jest kwestia płci. Mowa jest o raku piersi, ale upłciowiony jest cały – jak nazwała to Szczawińska – "onkobiznes" oferujący kobietom po lub w trakcie chemioterapii fantazyjne nakrycia głowy albo peruki. Wszystko po to, by złagodzić skandal łysej głowy. Łysa głowa staje się "dobrem publicznym" niczym brzuch ciężarnej – obcym osobom wydaje się, że mogą jej dotykać, protekcjonalnie głaskać albo komentować. "Onkobiznes" uwypukla okrutnie sztampowe przekonania dotyczące kobiecości, która – jak mówi Szczawińska – "sprowadzana jest do cycków i kudłów". W świetle tych przekonań kobieta powinna ukrywać oznaki choroby, fabrykować standardowe zewnętrzne atrybuty swojej płci. Kobieta przecież nie może być łysa, a jeśli jest łysa, to na pewno jest chora. A nawet jeśli nie jest chora, to z pewnością ogolona czaszka to u niej wyraz jakiegoś buntu, manifestacja. Bo na pewno nie stoją za tym względy estetyczne lub pragmatyczne. Kwestia płci jest kolejnym obszarem, po którym poruszają się twórcy i twórczynie, by przedstawić chorobę jako sytuację, w której doświadcza się napięcia między tym, co indywidualne i tym, co społeczne. 

Odpowiedzialny za scenografię i kostiumy Karol Radziszewski w popremierowym spotkaniu przyznał, że docenia we współpracy ze Szczawińską to, że może funkcjonować jako artysta wizualny, a nie scenograf. Dlatego jego plastyczną propozycję czytać można jako autonomiczną sferę inspiracji awangardową twórczością Marii Jaremy – dosłownym cytatem są: geometryczna kurtyna (oryginał artystka stworzyła w 1956 roku) oraz kostiumy (częścią jednego z nich, noszonego przez Pawlaka jest sztuczny, "lalkowy" biust; element ten jest zresztą obecny w kostiumach Jaremy i Kantora). Retro-estetyka została wzmocniona decyzjami reżyserskimi Jagody Szelc odpowiedzialnej za streaming premierowego wieczoru. Artystka, nawiązując do amerykańskich stand-upów z lat 70., postawiła na znany z telewizji format proporcji obrazu 4:3 i dynamiczną pracę kamery, która momentami celowo "nie nadążała" za ruchem Pawlaka. W efekcie obejrzeliśmy stylizowany na vintage spektakl, który nie unika mówienia o lęku, ale proponuje inne spojrzenie na to, co traktowane jest albo jako trauma i pole bitwy, albo jako "znak" w duchu mętnej spirytualności, wobec którego "nastawienie jest wszystkim". Szczawińska oba te mity rozbraja, nie proponując żadnej innej "mocnej" strategii w zamian. Raczej pielęgnuje odnalezioną w swoim kryzysie zdrowotnym śmieszność i wskazuje na kruchość różnych działań podejmowanych, by ukoić swój strach i niepewność (jak np. wyszukiwanie w internecie znanych kobiet, które przeżyły nowotwór piersi). "ONKO" wieńczy parodia gestu znanego z Piwnicy pod Baranami – Pawlak niczym Piotr Skrzynecki garbi się i dzwoni dzwonkiem, kpiąco cytując krakowską ikonę: "kochajcie teatr, kochajcie artystów!". "I badajcie sobie cycki", dodaje we właściwym dla stand-upu zaczepnym tonie. Trudno jednak odmówić temu apelowi powagi.

Tytuł oryginalny

"ONKO", reż. Weronika Szczawińska

Źródło:

culture.pl
Link do źródła